niedziela, 16 stycznia 2022

Nie moje moje koty

Odkąd moja koteczka odeszła i "terytorium" było "do wzięcia", pojawiła się kotka. Właściwie nie można było tego stwierdzić jednoznacznie. Chociaż jej umaszczenie "tricolor" właściwie określało jej płeć. Twierdzi się, że tricolor jest prawie zawsze kotką, związane jest to z genem , odpowiedzialnym za  dziedziczeniem koloru rudego. Jeśli pojawi się z rzadka kocurek w trzech kolorach, to ponoć zwykle bywa bezpłodny. 


Ta koteczka ma melanżowe futerko i biały ślinik, no i białe "skarpetki". Jest stareńka albo (i) wiele przeszła. Pojawiła się nagle którejś późnej jesieni. Robiłam piernik, wystawiłam garnek z gorącym roztworem mleka, masła, miodu i cukru, na murek na ganku, żeby szybko przestudzić. Gdy po chwili wyszłam po garnek, ów leżał przechylony na ziemi a "jakiś duży kot" bardzo starannie i szybko wylizywał rozlana zawartość. Krzyknęłam, kot odskoczył, ale niedaleko. Pomyślałam sobie, że musi być bardzo głodny, jeśli skusił się na coś takiego (ponoć koty nie czują słodkiego smaku). Pozwoliłam kotu wylizać, ile dał radę (miałam mniej pracy ze zmywaniem tego zastygłego tłuszczu). To było pierwsze, historyczne spotkanie z Lulu. Tak nazwałam kotkę, tak ją przywołuję, gdy długo jej nie widzę. Potem zaczęłam widywać kotkę coraz częściej. W końcu zaczęłam kupować kocie jedzenie (znów) i kotkę dokarmiać. Na wiosnę zaczęła przychodzić codziennie, bardzo ufna, bardzo przyjacielska, jakby szukała kontaktu z człowiekiem. Ale nie unosiła ogonka na powitanie. Coś nie tak, przecież widzę, że "mnie lubi". No i z jedzeniem też było "nie tak". Gdy trafiała na twardsze kawałki (suche jedzenie), to bywało, że 'krzyknęła" i odskakiwała, uciekała. Zaczęłam jej miksować mokre. Zjadała. A że była taka ufna i nikogo ani niczego sie nie bała, to wzięłam ja do weterynarza. Okazało się, że ma uszkodzony nerw w ogonie (jakiś krewki kot uszkodził jej nasadę ogona), ogon ma bezwładny, a nie chciała jeść, bo zęby ma strzaskane, w złym stanie, a dolnych siekaczy nie ma (już?) wcale. No i zaczynała sie u niej zaćma. Dostała zastrzyk z antybiotykiem i zastrzyk przeciw pasożytom wewnętrznym i zewnętrznym. Na wiosnę była piękna. To duży kot. Miałam ja przywieźć do weterynarza, gdyby miała rujkę (w naszej gminie sterylizuje się koty na koszt gminy). Nie miała. Czyżby była wcześniej wysterylizowana? 

I tak codziennie po kilka godzin Lulu siedzi na moim oknie kuchennym i czeka aż jej coś dam jeść (to podobno świadczy o syndromie głodu, bo nie jest głodna, jak dostanie więcej, to zje i zwróci).


Jaka szkoda, że nie poznam  nigdy jej historii. Mogę tylko domniemywać, że była kotem domowym, wypieszczonym, hołubionym i nagle co? Znudziła się? Została wywieziona "w pole", jej pan czy pani umarli? Tego sie nie dowiem. A że była kotem domowym świadczy fakt, że któregoś lata, gdy mieliśmy otwarte drzwi tarasowe kotka "zaprosiła się" do domu i zaległa na kanapie w salonie, jakby to było jej stałe miejsce ;). Niestety, ten manewr nie podziałał. Ze mną podziałałby na pewno. Ale nie mieszkam sama. No i nie przebolałam jeszcze wtedy straty mojej koteczki, z którą przeżyłyśmy wspólnie 17 lat. Nie chciałam też przywiązywać się tak bardzo, kochać, a potem przeżywać znów odchodzenie i cierpienie zwierzęcia.

Jeszcze do niedawna była to bardzo bojowa kotka. Przeganiała wszystkie "nieswoje" koty i walczyła z nimi. Co chwilę miała poszarpane futro, podrapany nos, podarte uszy , pogryzioną łapę (znów wizyta u weterynarza, znoszona z anielska cierpliwością).

Nie wiem, gdzie Lulu przepada na noc. Czy ma jakieś miejsce w piwnicy wiejskiego bloku? Czy ma gdzieś metę, ale wybrała moją stołówkę, bo lepiej karmię? Nie wiem. Latem koteczka nocuje na poduszkach na tarasie, na ławce pod lipą, ale może też letnią nocą poluje? Bo mimo, że staruszka, to potrafi mysz upolować i przynieść nam na taras.


A to jest Misio. Mój ulubieniec. Może dlatego, że czarny? Moje dwie ukochane kotki domowe były czarne :) (ogon należy do trzeciego kota).

Misio, to zupełnie inna historia. To prawdziwy dziki kot, który bał się ludzi, uciekał, gdy ktoś się pojawiał. Jest najmniejszy z trójki kotów, ale chyba też najmłodszy. Gdy zaczął przychodzić, podbierać jedzenie Lulu, był już z wyglądu dorosłym kotem, ale z zachowania jeszcze kociakiem. Bał się wszystkiego: wiatru, szelestu liści, światła, innych kotów i ludzi. Gdy otwierałam drzwi tarasu uciekał w krzaki. A ja, zamiast to tak zostawić, zaczęłam go oswajać. Mówiłam do niego pieszczotliwie, podsuwałam smaczne kąski. Wyciągałam rękę, żeby poznał mój zapach. Trwało to jakiś czas. Ale któregoś razu dał się pogłaskać! :) Nadal uciekał, gdy mnie widział z innej strony domu, "ja" byłam tylko na tarasie, w ogrodzie to już "nie ja". Taki głuptas. Tego lata zaczął za mną chodzić, gdy pracowałam w ogrodzie, ocierał się o nogi (ulubiona zabawa, przechodzenie między moimi łydkami, ocieranie się o nogi, w tę i z powrotem, tak z 4 razy). Teraz zdarza się Misiowi nawet wejść za próg, do domu, chociaż wie, że tego nie wolno. No i pozwolił sie wziąć na ręce. Ale wyraźnie było widać, że nie czuje się pewnie. Poczekam :) Nadal boi się wszystkich mężczyzn, pozwala się głaskać tylko mnie, bardzo lubi być głaskany. I jak tu go nie wyróżniać? 


Tu Misio i Lulu przy misce mleka. Podobno koty nie powinny pić mleka. Ale te koty uwielbiają mleko, nie pójdą "do swoich zajęć" dopóki rano nie dostaną mleka. Tu wyjątkow z jednej miseczki, bo już się nie mogły doczekać, zwykle każdy pije ze swojej miski. I piją mleko bez laktozy (nieco podgrzane, bo z lodówki), bo ja takie pijam.


A to jest Pusio alias Wiskas. Gdyby nie jasne źrenice, które nadają jego oczom 'zbójeckiego" charakteru, byłby kopią reklamy kociego żarcia. Jest wielki i zimą puchaty. 
Przychodzi do mnie od poprzedniej jesieni. Starą kotkę oba koty "szanują", nie wyjadają jej z miski, nie zaczepiają. Ale Pusio rości sobie prawo do tarasu i pierwszego miejsca przy jedzeniu. Jest ze dwa razy szerszy od Misia i zapewne sporo starszy (bardzo trudno określić wiek dorosłego kota w pełni sił). Gdy wychodzę z jedzeniem Pusio zawsze przegania Misia, czasem go atakuje, chociaż oba koty dostają to samo, w tym samym czasie, na swoich miskach. Misio ma być podporządkowany. I jest.
Pusio "się nie pieści", Łaskawie pozwala się pogłaskać, pręży ogon na mój widok, ale bez entuzjazmu. Jest taki odkarmiony i piękny, że aż mi się nie chce wierzyć, że nie ma domu. Ale jednej ciepłej nocy (+5 st) widziałam go śpiącego o drugiej w nocy  na podusze na tarasie. 
Pusio jakby czeka tylko na jedzenie, bliższe spoufalanie się ze mną go nie interesuje. Do domu się nie pcha. Dokarmiam go, bo jest piękny. To samiec alfa, bez wątpienia. Wiosną był tak wycieńczony swoją rolą, że chyba nie miał czasu jeść, zostało go dosłownie pół, tak zmizerniał. Widać intensywny seks wykańcza ;) A do weterynarza go nie zabiorę, bo nie próbowałam go brać na ręce, nie wiem, jak by sie zachował, Jest wielki i silny.
Koty mają swoje budki, ocieplone styropianem i miękkimi szmatkami. Czasem z nich korzystają, ale raczej w mokry dzień i wieczorem. Więc ciągle nie wiem, czy są czyjeś czy niczyje.

Nie mam ich w domu, ale mam je pod ręką. Dosłownie. Sprawia mi radość opiekowanie się nimi, patrzenie na nie, obserwowanie ich wzajemnych relacji, cieszy możliwość pogłaskania ich. Gdy jeden ociera się o nogi, druga wskakuje na kolana, to czuję, że to są moje koty.


niedziela, 9 stycznia 2022

Zimowo

 Dzisiejszy piękny słoneczny dzień "wywabił" mnie w końcu z domu. Niby codziennie muszę wyjść za próg, żeby nakarmić "moje" bezdomniaki., ale to nie jest "wyjście z domu". "Jeśli dają jeść, to trzeba korzystać z okazji" - tak pewnie kombinują te trzy koty. Ale o kotach będzie kiedy indziej.

W każdym razie od dłuższego czasu nie miałam nastroju (ani kondycji) na wyjście w plener. A dziś się coś zmieniło. Może to słońce przypomniało mi o wiośnie, że niedługo dzień będzie znacząco dłuższy, w końcu się wkoło zazieleni. A zieleń, to przecież kolor nadziei.

Na razie wszędzie na wsi zima, z cieniutką warstwą nowego śniegu- ponowa :) Słońce świeci, śnieg odbija promienie, jest jeszcze jaśniej (ten cień, to od ściany lasu)


A ja, żeby dotrzeć dalej niż w pole, muszę pojechać. Las najbliższy mamy ok 4 km od nas. Pieszo nie ma co chodzić, bo tylko szosą można do tego lasu dotrzeć. Szosa w sam raz dla rowerów, bo prawie pusta (a ja bardzo nie lubię, wręcz boję się, dużych ciężarówek, ocierających się o rower; takie tędy jeżdżą bardzo rzadko). Zwykle do lasu jeździmy rowerem, ale dziś nasza kondycja nie sprzyjała takiej jeździe. Cóż, auto zimą, to dobra rzecz.

Po przyjeździe do lasu, poszliśmy na mały spacer, żeby zobaczyć, czy coś się w okolicy zmieniło. I owszem, wycięto spory kawał starszego lasu, pnie miały ok.40 cm średnicy. Ciekawe, czy posadzą tam nowe drzewa, czy ktoś tam coś zbuduje? 

Mało tu lasów. Ale mieszkam w miejscu, gdzie już 700 lat temu były wioski, gdzie włościanie karczowali lasy i uprawiali pola (moja wioska została przekazana przez biskupa poznańskiego w darze Kawalerom Maltańskim w XIII wieku). Cieszymy się z tych stosunkowo młodych lasów, które tu posadzono, sądząc po grubości pni, mniej niż 100 lat temu.


 Pusto, cisza i spokój.


Las mieszany, od wiosny do jesieni jest tu zielono i gęsto. Teraz pustka i dużo światła.

A przy domu mam pole, zaraz za ogrodem. Jak świeci słońce (i mam nastrój), to chodzę sobie z kijkami hen, przed siebie. I czasem "wyprowadzam" na spacer, któreś z kotów (towarzystwo: dwa kocury i koteczka, ale zawsze tylko jeden kot mi towarzyszy).



Ale zima, to nie moja pora roku. Nie lubię chłodu, nie lubię krótkich ponurych "zgniłych" dni.

Czekam na wiosnę. A więc - byle do wiosny!

piątek, 24 grudnia 2021

Na Święta!

 Wszystkim miłym odwiedzającym składam najserdeczniejsze życzenia zdrowych, spokojnych, rodzinnych, ciepłych Świąt Bożego Narodzenia!!!



Moje tradycyjne pierniczki, dla wnuków! :)


A to krakowskie rożki orzechowe :)


I nasza choinka, z "odzysku', ze starego świerka, który tworzy nowe czubki :) I drzewo dalej rośnie, ma kolejne 2 nowe czubki na następne lata :) To drzewko "na bogato", żeby ukryć jego "ułomności". I ja takie błyszczące lubię :)

Wspaniałych Świąt !!!


wtorek, 16 listopada 2021

Jesień odchodzi

 Zaczął się słotny czas. Jeszcze ostatnie złote liście czekają na silniejszy podmuch wiatru. W lasach i podmiejskich  parkach leży gruba warstwa tych liści już opadłych. Na dworze szaro buro i ponuro. I do tego mokro. Nie lubię listopada. Nie lubię szarego dnia. 

W święto 11 listopada świeciło słońce, było dość ciepło, ładny dzień na spacer z dala od miasta.




Brzozy, przypominają obrazy Wasiliewa, tylko wiejskiej biedy się tu nigdzie nie zobaczy. 
To park nad poznańskim jeziorem, bogata okolica.


A na jeziorze, w ostatnich promieniach jesiennego słońca dzieci ćwiczą swoje umiejętności na Optymistach, mimo święta.

Dziś już szaro, bez słońca, ale jeszcze ładnie prześwietlony las liściasty dodaje trochę optymizmu .


Nostalgia mnie dopada. Na razie chowam się w skorupę raka pustelnika. Jak wychynę przed Świętami, to tu wrócę. Do zobaczenia "zaś".

poniedziałek, 8 listopada 2021

Rogale nieco "kwaśne" ;)

Już od początku listopada trwa w Poznaniu i Wielkopolsce rogalowy czas. Zbliża się święto Marcina. U nas "od zawsze"  w Marcina - 11 listopada, jada się rogale Świętomarcińskie. Dla mnie będą to zawsze rogale Marcińskie, tak nazywały się one w czasach mojego dzieciństwa. Wtedy 11 listopada nie był świętem państwowym, a święci byli "niesłuszni". Ale w Poznaniu tego dnia (i tylko tego) wszędzie sprzedawano rogale Marcińskie, w sklepach spożywczych, w kawiarniach na wynos, w piekarniach. Czekało się cały rok na ten jeden dzień łasuchowania. 

Jest w Poznaniu ulica Święty Marcin (tak właśnie, nie Św. Marcina), jedna z głównych ulic centrum. 11 Listopada, od "nowych" czasów, od lat dziewięćdziesiątych XX wieku, na tej właśnie ulicy, w południe, poznaniacy witają Świętego Marcina na białym koniu i oddają mu klucze do miasta :) To nasze lokalne święto ulicy Święty Marcin. Wzdłuż ulicy stoją niezliczone stoiska z rogalami Świętomarcińskimi, przede wszystkim. Trwa prawdziwy festiwal rogali. A wieczorem dla mieszkańców organizowany jest pokaz fajerwerków, często połączony z muzyką i widowiskiem "światło i dźwięk".

Rogale Świętomarcińskie, to nazwa zastrzeżona. To produkt regionalny, chroniony prawem Unii Europejskiej. Aby rogal mógł się nazywać świętomarcińskim  musi być wypiekany według specjalnej receptury i w specyficzny sposób , a każda cukiernia, która chce używać tej nazwy  musi uzyskać certyfikat autentyczności.  Przede wszystkim rogale muszą ważyć nie mniej niż 200g, mają być zrobione z ciasta półfrancuskiego (z drożdżami), nadzienie powinno być z białego maku z bakaliami (czasem jest mak niebieski, wtedy są tańsze), muszą  mieć oczywiście kształt rogala , zwykle są polane lukrem i zawsze posypane orzechami, dowolnymi. Ich smak nie zmienił się od XIX wieku, kiedy to zaczęto wypiekać te rogale na święto Marcina. Ja kocham ten smak :)

Co roku rogale są coraz droższe. Ale takich cen, jak w tym roku, to jeszcze nie widziałam. Ceny szybują! Jakiś tydzień temu kupiłam w poznańskim Aldim rogala za 6 zł (zwykle rogale kupuje się na wagę, nie na sztuki). Myślę sobie, "cóż,  5 sztuk średnio na kilogram, to tylko 30 zł /kg, tanio". Ale to był Aldi, tani sklep, a rogale miały mało nadzienia. Dziś weszłam do dwóch cukierni w małym miasteczku. W renomowanej miasteczkowej cukierni kupiłam  2 rogale za przeszło 17 zł (43 zł/ kg). Uff, nietanio. Ale to są certyfikowane rogale, najlepszej jakości.  Do Marcina jeszcze parę dni, muszę wypróbować, gdzie warto kupić te świąteczne rogale (już dziś zaczęłam degustację)  ;) W kolejnej cukierni rogali nie kupiłam, cena za kg - 49,99, czyli 50 zł! Było pusto, żadnych klientów, no nie dziwię się. Takiej ceny się nie spodziewałam. Jako nieodrodna poznanianka, która "każdy grosz potrafi przeliczyć dwa razy, nim go wyda w obce ręce" (tak opisuje przedwojennych poznaniaków Ryszard Ćwirlej w swoich poznańskich kryminałach retro), uznałam, że jest jakaś granica mojego łakomstwa, granica finansowa.

Weszłam po sąsiedzku do Dino, a tu rogale, może mniejsze niż 200g, ale jak najbardziej marcińskie. I za tanie pieniądze. Bardzo smaczne, spróbowałam, mają ten smak, co trzeba ;) I nadzienie z białego maku. Można się czepiać, że zamiast orzechów włoskich, czy migdałów, mają fistaszki na lukrze. Ale przez wiele lat fistaszki były głównymi orzechami na rogalach marcińskich (zwłaszcza w tamtych czasach).

Z rogalami trzeba uważać, są bardzo kaloryczne ;) Ale jak tu sobie odmówić takiej przyjemności raz do roku?  I chociaż w niektórych cukierniach można kupić rogale przez cały rok, to na imieniny Marcina są ona najsmaczniejsze :)


Te rogale z większą ilością lukru są posypane orzechami włoskimi, te nico drobniejsze - orzechami arachidowymi. Obie wersje równie smaczne :)




środa, 20 października 2021

Wracając (z niespodzianką)

 Z okolic Morąga trzeba było wrócić w okolice Poznania. To przeszło 270 km (jadąc najkrótszą z tras). Ale kto emerytom zabroni wybierać dłuższe, okrężne trasy? 

A ja miałam takie niezrealizowane życzenie - zobaczyć zamek w Kwidzynie. Czytałam kiedyś kryminał -retro dziejący się w przedwojennym, pruskim Marienwerder, czyli Kwidzynie właśnie (autor Krzysztof Bochus, tytułu powieści nie pamiętam). Jedną z głównych "bohaterek" była katedra w tym mieście. Opis miasta zrobił na mnie tak duże wrażenie, że chciałam choćby rzucić na nie okiem. 

I faktycznie, rzuciłam ;) Pojechaliśmy prosto do katedry - Konkatedry (cokolwiek to znaczy) i Zamku. Nie wiedziałam, że zamek i katedra, to właściwie jedna budowla.


 

Nie da się obejść samej katedry, trzeba obejść  i zamek. A zdjęcia zamku widziałam wcześniej w internecie. Zafascynowało mnie Gdanisko, niezwykła wieża, ustępowa, czyli dawna latryna ;)


Pierwszy rzut oka.

Gdanisko, zamek i katedra.


A pod jednym z przęseł - ulica.  Choćby dla tego widoku warto było przyjechać do Kwidzyna. 
Czytałam, że do wojny była w Kwidzynie piękna Starówka, niestety, wojna zamieniła ją w ruiny. W tej chwili zaczyna odradzać się, powstają nowe kamienice w pobliżu katedry, w stylu tych domów przedwojennych, jeszcze świeże, nie wszystkie jeszcze zamieszkane.
Zrobiliśmy sobie przerwę na kawkę i ciastko w sympatycznej "cafe", poleconej przez miejscową mamę z niemowlakiem. Kawa i ciastka były najtańsze z tych spotkanych na wyjeździe (ciastko duże, czekoladowe z przybraniem z owoców - 10 zł, kawa cappuccino - 10 zł). 
Po tej przerwie w podróży pojechaliśmy w stronę domu.
Wybraliśmy lewą, czyli zachodnią stronę Wisły. I fajnie, najpierw była autostrada, płatna. A potem S5. Nieszczęsna szosa do Bydgoszczy, z podwójną ciągłą linią na chyba stu kilometrowym odcinku i ograniczenie prędkości do 60 km/h. Omijajcie ją! Bo robią dwupasmówkę (no jestem ciekawa, jak długo będą ją robić bez funduszy unijnych?). Roboty trwają już trzeci rok, zakres prac szeroki. Ale nikt tam sobie za bardzo rękawów nie wyrywa na tej budowie (no, prawda, była niedziela!). A kierowcy muszą się uczyć cierpliwości. I jechać grzecznie jeden za drugim w gigantycznej "gąsienicy"(nawet w niedzielę tuż po południu). To nie na moje nerwy. Nie znoszę być postawiona w sytuacji bez wyjścia.

Byliśmy w tamtych okolicach 2 lata temu. Wtedy mieliśmy bazę noclegową w Pałacu Poledno. Zaproponowałam Mojemu wstąpienie na obiad do hotelowej restauracji. To tylko parę kilometrów w bok od tej remontowanej "piątki". Zgodził się chętnie. I zaczął snuć plany, że przecież 'dzieci w domu nie płaczą", jak będzie miejsce, to może sobie zrobimy przerwę w podróży? Ja zawsze jestem chętna na "wywczasy".
No i okazało się, że są wolne miejsca w hotelu, a cena nie zwala z nóg. I zostaliśmy :) pogoda była piękna, słoneczna, okolica zielona i spokojna (weekendowi goście już pojechali),  hotelowa restauracja kusiła wykwintną kuchnią, a SPA miało dla mnie czas. To była bardzo miła niespodzianka, ten pobyt w Polednie. Taka wisienka na torcie. Takie zwieńczenie naszej 45 rocznicy ślubu, z okazji której wyjechaliśmy z domu.

Tu plan Poledna, a z tyłu letnia karczma.


To pałac, prywatny dom właściciela.
Za pałacem jest stary park, ze starodrzewiem, kilka drzew, to pomniki przyrody , a obok parku jezioro.


Jezioro niewielkie, ale dwa lata temu Mój złapał tu szczupaka. Tym razem ograniczył się tylko do spaceru wokół jeziora. Ja w tym czasie zamówiłam sobie masaż, całościowy, a co :)
 
Na terenie hotelu znajduje się też Wystawa Przyrodnicza (pięknie zaaranżowane wypchane, no niestety, zwierzęta z czterech kontynentów, trofea myśliwskie właściciela obiektu, w większości). Widzieliśmy ją 2 lata temu, teraz w poniedziałek, była zamknięta.
Na wolnym powietrzu zgromadzono piękną kolekcje starych traktorów i kilku innych starych maszyn rolniczych. Te ciągniki są najpewniej sprawne, na chodzie, bo większość (poza tymi najstarszymi, parowymi) miała nowe opony. Traktory, to miłość i sentyment mojego Najmłodszego, więc też się nimi interesowałam "przez wpływ".





A to hotel, całkiem nowy, 3*.
Na podwieczorek wybrałam sobie tajemniczy deser "mus dyniowy na pierniku z owocami".


Owszem, smaczny był, ale sądząc po cenie, to restauracja jest 5* ;). deser był w cenie ćwiartki pieczonej kaczki w naszym małomiasteczkowym hotelu 3*. Ale raz się żyje :)) I raz obchodzi się Szafirowe Gody!



niedziela, 17 października 2021

Złota polska jesień

 Złota jesień nie trwała w tym roku zbyt długo. I nie było to typowe babie lato, z temperaturami zbliżonymi do letnich. Niestety, było chłodno, a w nocy nawet mroźnie. 

Ale liczy się słońce i jego pozytywny wpływ na nasze samopoczucie. 

Jeszcze w zeszłym tygodniu było słonecznie. Wykorzystałam te ponoć ostatnie piękne dni października (tak, tak, podobno do końca miesiąca ma być ogólnie szaro buro, chłodnawo i mokro) i pojechałam z Moim na Mazury. A może na Warmię? Na pewno do województwa warmińsko -mazurskiego. Sprawdziłam, gdzie Warmia, gdzie Mazury i okazało się, że Morąg, w pobliżu którego mieliśmy bazę, to historyczne Prusy Górne, ale na granicy z Warmią, historyczną krainą, której stolicą jest Olsztyn. 

Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że za każdym zakrętem było jezioro albo nawet dwa, po jednym po obu stronach szosy. I że nasz hotel leżał nad samym jeziorem, o dziwnej, niepolskiej nazwie - Narie.



Próbowaliśmy aktywności , ale jak widać po falach na pierwszym zdjęciu, był silny, chłodny wiatr. Trochę jeziora zwiedziłam, mnie wystarczyło. A Mój zamienił kajak na łódź wędkarską i oddawał się swojemu hobby. Po to przede wszystkim wybrałam hotel nad jeziorem. Ja swoje wakacje miałam w Austrii :) Teraz coś dla Mojego.
Ale przy okazji także i ja miałam swoje zwiedzanie.


Gdyby nie potrzeba kupna pozwolenia wędkarskiego pewnie nie poznałabym Morąga (oj, znalazłabym jakiś pretekst) ;)
W ten piękny słoneczny dzień (roboczy) Morąg bardzo mi się spodobał. 
Oczywiście, bardzo żałowałam, że zniszczenia wojenne pozbawiły to miasteczko Starówki. Ale jednocześnie cieszyłam się, że te najważniejsze i najcenniejsze zabytki zostały ocalone, uratowane, odbudowane.
Na zdjęciu gotycki Ratusz na placu, który niegdyś był Rynkiem (teraz nazywa się Placem Jana Pawła II). Dziś poza pięknym Ratuszem, gdzie mieści się Sala Ślubów i Centrum Informacji Turystycznej, nie ma nic z dawnego Rynku. Z trzech stron otaczają Ratusz "gomułkowskie " bloki (z trzeciej jest park), a dodatkowo wzdłuż Ratusza biegną dwie najruchliwsze, jednokierunkowe ulice w mieście (jakby okrążają Ratusz, tylko kilkaset metrów dalej jest rondo i powrót na Rynek). Ale w sumie, ten plac wygląda sympatycznie, jest zieleń, jest pomnik (papieża), są zabytkowe armaty. Szkoda, że nie ma tam żadnego sklepu, żadnej kawiarenki (nawet latem).  No i ludzi też nie ma, są samochody.


Armaty, "zdobyczne" francuskie (choć odlane w Liege), z czasów wojny francusko - pruskiej (1870).

Zabytkowy pałac Dohnów, z XVI wieku, rozbudowany w początku XVIII wieku, zniszczony w 1945 i znów odbudowany w 1975-85, jest obecnie siedzibą  Muzeum im.J.G. Herdera, które jest oddziałem Muzeum Warmii i Mazur (w Olsztynie). J.G. Herder, to najsławniejszy "morągowianin", filozof, teoretyk sztuki, teolog, poeta doby Oświecenia, urodzony w Morągu w 1744 roku.
W muzeum - sala poświęcona jego pamięci. A także zbiory ilustrujące sztukę dworską okresu nowożytnego.

Pałac Dohnów.



Dwie z kilku ciekawych sal muzeum. Mogłabym mieszkać w tamtych czasach , w takich wnętrzach :)

Z dawnych czasów do naszego XXI wieku zachował się też gotycki kościół parafialny św. Piotra i Pawła (z XIV-XVI ww).

Właśnie jest remontowana wieża, niedługo na pewno odzyska dawną świetność.

Nie miałam czasu na dokładniejsze zwiedzanie miasta (miasto gminne, 14  tys. mieszkańców),  a jest jeszcze resztka zamku krzyżackiego (częściowo rozebrany jeszcze przed wojną) i bardzo ciekawe Rozlewisko Morąskie, obszar krajobrazu chronionego. Dawna niemiecka nazwa miasta, to Mohringen, w nazwie słychać to "trzęsawisko".

A nad jeziorem złota jesień. Łowiłam ją, ale oko widzi kolory lepiej, niż mój smartfon. A kolory złota i czerwieni były bogate.





A to już jesień w Olsztynie, bo nie mogłam odmówić sobie odwiedzenia stolicy Warmii. Byłam w Olsztynie, gdy miałam 15 lat, czyli za głębokiego socjalizmu, wieki temu ;) Nie zapamiętałam z miasta nic poza Nowym Ratuszem. Stare Miasto chyba dopiero miało być odbudowane. 


No i jest neorenesansowy Nowy Ratusz z przełomu XIX /XX wieków. Pięknie odnowiony lśni w jesiennym słońcu :)

A dalej była brama do Starego Miasta.


Bardzo przyjemny Stary nowy Rynek. Wcale mi nie przeszkadza, że większość kamienic jest tylko stylizowana na stare, najważniejsze, że ten Rynek wygląda ładnie, z dbałością o szczegóły, z gustem, harmonijnie. No i że jest tam mnóstwo miłych kawiarenek ze smaczną kawą i smacznymi ciastami :)



To nasz wybór :)


A to olsztyński Zamek Kapituły Warmińskiej,  najbardziej okazały zabytek Olsztyna. Zbudowany  na wysokim wzgórzu, w zakolu Łyny w  XIV wieku , pełnił swoją funkcje aż do początku XVIII stulecia.  Obecnie siedziba Muzeum Warmii i Mazur. Tym razem wybraliśmy piękną pogodę i spacer , nad Łyną.


A w jesiennym parku nad Łyną popiersie Mikołaja Kopernika, związanego z Olsztynem przez 5 lat (1516-1521).  Był tu , na Zamku , kanonikiem-administratorem. Tutaj zaczął spisywać dzieło swojego życia "O obrotach sfer niebieskich", tu też napisał "Traktat o monetach" (gorszy pieniądz wypiera lepszy pieniądz). A w 1521 roku obronił Olsztyn przed Krzyżakami .  Więc jest i popiersie i ławeczka Kopernika i piękne nowe Planetarium jego imienia (ale tam nie dotarłam).
Bardzo mi się podobał ten zabytkowy Olsztyn. Chyba nigdy jeszcze w swojej historii nie był tak ładny, jak teraz :)

Po powrocie z Olsztyna ostatni spacer nad jeziorem Narie.


A w drodze powrotnej czekały mnie jeszcze miłe niespodzianki. Ale o tym w następnym wpisie :)