czwartek, 18 lipca 2024

Nad jeziorem

Z okazji urodzin zrobiłam sobie i Mojemu prezent: poszukałam hotelu nad jeziorem, nie za daleko od domu, z wyżywieniem, basenem, SPA i darmowym parkingiem (uważam, że opłata za parking hotelowy dla gości hotelowych, to jakieś dodatkowe "opodatkowanie" gości, jakaś fucha dla "znajomych królika", po prostu nadmiar zdzierstwa. Niech to będzie nieco wyższa opłata za pobyt, szczególnie, że są miejsca, gdzie bez auta się nie dojedzie (gdy teren parkingu należy do hotelu, to elegancko jest nie brać opłat za parking). 

Tym razem hotel nad jeziorem Rudnik (jeszcze w granicach miasta Grudziądza, ale na dalekich, zielonych peryferiach) miał wszystko to, co lubię. I co lubi Mój - spory akwen wodny :)

Jest lato, upały, więc nic dziwnego, że plaża była pełna ludzi (po sąsiedzku była plaża  Miejskiego Ośrodka Wypoczynku i Rekreacji, czysto i porządnie).


W tle nasz hotel.

Taka ciekawostka w Grudziądzu. I w hotelu i w mieście takie "zaplecione" wierzby w donicach. Czyżby tegoroczna miejscowa  moda? U nas czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

W upał najlepiej być albo w wodzie, albo na wodzie :) Pływaliśmy rowerem wodnym ( wolny, jak żółw) i kajakiem (tak lubię znacznie bardziej).


A chmurki, jak wata cukrowa, odbijały się w wodzie.

No i pływaliśmy w jeziorze (nawet nie poszłam zobaczyć, jak wygląda hotelowy basen). Zanurzyłam się z "bólem" (trochę to trwało, duża różnica temperatur), ale potem woda była cudna, mimo, że nieco mętna. I nie chciało się z niej wychodzić.

Żeby w pełni wykorzystać pobyt w hotelu z masażami Mój zafundował mi ajurwedyjski masaż stóp (te "stopy" miałam masowane aż do kolan ) i masaż pleców. Bardzo dobrze mi zrobiły te masaże 😊.

Mimo upału nie mogłam usiedzieć w jednym miejscu. Przecież do centrum Grudziądza mieliśmy tylko ok 15 minut autem (a kawałek od hotelu, ze 2-3 przystanki autobusem miejskim, jest pętla tramwajowa, tramwaj nr 2 jedzie przez całe  miasto, aż pod sam  Rynek, może nawet na przeciwległy kraniec miasta, ale nie sprawdzałam). Grudziądz to duże miasto, powiatowe, w 1999 roku miało przeszło 100 tys. mieszkańców (teraz nieco ponad 97 tys.).

Byliśmy w Grudziądzu pięć lat temu. Też w taki upalny dzień. Lubię grudziądzkie Stare miasto. Ma swój klimat,  ja "zbieram" w pamięci takie klimaty, takie miejsca i lubię do nich wracać.


Rynek nieduży, zadbany. W narożniku gotycka bazylika św. Mikołaja.


Tu barokowy zespół poklasztorny benedyktynek tzw. Dom Opatek i kościół św. Ducha.


Muzeum Miejskie.


To sławne spichrze grudziądzkie, z poziomu Starego Miasta.


A to widok na spichrze od strony Wisły!
W Grudziądzu zachowały się fragmenty gotyckich murów obronnych.



Za murami gotycki kościół ewangelicki.

Odwiedziny  Starego Miasta nie byłyby pełne, gdybyśmy nie wstąpili do jednej z wielu kawiarenek na świeżym powietrzu, w uliczce przy Rynku.


Wypiliśmy tu smaczną kawę mrożoną .

Grudziądz znacznie ucierpiał w czasie wojny (65% miasta w gruzach). Jednak najważniejsze zabytki ocalały i Grudziądz znajduje się na Szlaku Gotyku Ceglanego

Na zakończenie pobytu, w dniu urodzin pojechaliśmy do Chełmna. Bardzo lubię to małe (jednak powiatowe - nieco ponad 18 tys. mieszkańców), bardzo zasłużone dla historii miasto (słynna lokacja miast na prawie chełmińskim). Miasto nie ucierpiało w czasie wojny i zachowało się tu siedem gotyckich kościołów, gotyckie mury obronne długości prawie 2,3 km, a w murach 3 baszty, dwie bramy i wieża Mestwina. Jest tu chyba najwięcej zabytków gotyckich na metr kwadratowy, w Polsce (13,86 km kw. powierzchnia miasta)😉(Szlak Gotyku Ceglanego).


To fara pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, w środku są relikwie świętego Walentego (i pewnie dlatego, żeby promować miasto,  nadano Chełmnu miano "miasta zakochanych").



To kościół podominikański św. Piotra i Pawła.


To pięknie odnowiony zespół klasztorny Sióstr Miłosierdzia (dawniej cystersko-benedyktyński zespół klasztorny).

Barokowy ołtarz w przyklasztornym kościele (a kościół oczywiście gotycki).



I jeszcze kościół pofranciszkański pw. św. Jakuba i św. Mikołaja.

Ale najpiękniejszy jest Ratusz , na rozległym Rynku.😍



Perła architektury renesansowej (z elementami gotyku, a jakże).

Żeby uczcić urodziny wstąpiliśmy do uroczej cukierni na rogu Rynku.



Posileni tak wspaniałymi deserami mogliśmy wracać do domu. 
I jak tu nie lubić Chełmna? 

piątek, 12 lipca 2024

Przesadziłam ;)

 Przesadziłam z fasolą. I wcale nie przesadzałam fasoli. Okazuje się, że za dużo jej posiałam. Aż nie do wiary, że powiem coś takiego! U mnie raczej polityka niedoboru, a tu nadmiar. Bardzo lubię fasolkę szparagową. Od kiedy mieliśmy kawałek ziemi uprawnej (najpierw ogródek działkowy rodziców) była własna fasolka, przez całe lato. Na daczy było kilka (jeśli nie kilkanaście) odmian fasoli: niskie i pienne, zielone i żółte, wszystkie tzw. szparagowe, czyli nie na ziarno (chociaż biały i czerwony  Jaś też bywał). Tato siał sukcesywnie, co tydzień , dwa fasolę od maja do połowy lipca (dojrzewała przed jesiennymi przymrozkami). Ja też staram się tak siać fasolkę, żeby była przez całe lato. W zeszłym roku bardzo późno przyszła wiosna i nie miałam jakoś miejsca na większą ilość fasolki (kupiłam sporo sadzonek pomidorów, wysiałam ogórki). Nie najadłam się tą moją fasolką, czułam niedosyt (a nie kupuję, z zasady, warzyw, które rosną mi w ogrodzie).

W tym roku postawiłam na fasolkę. Pierwsze ziarna, próbnie, posiałam pod koniec kwietnia. Wiosna była ciepła, żadne przymrozki fasolkom nie zagroziły, jadłam pierwsze strąki pod koniec czerwca!


A teraz bujność i dojrzewają kolejne krzaczki. Trzy dni nie jedliśmy w domu (czyli nie jedliśmy naszej fasolki) i okazuje się, że zielone strąki są "wszędzie" i zaczynają iść w ziarno, dojrzewają (upał też ma na to wpływ).


Na warzywniku poza fasolką sporo kopru. Nareszcie! W zeszłym roku zupełnie nie chciał rosnąć. Ogórków troszkę będzie też, ale chyba na kiszenie nie starczy. Nie szkodzi, lubimy surowe też.
 Dziś zerwałam, co wpadło w oko i ręce. Na razie nieco ponad 1,5 kg. A do zerwania jeszcze raz tyle, bo wyjeżdżamy na pare dni (a na co mi tyle ewentualnych nasion na siew, już w tym roku nie byłam w stanie wysiać wszystkich zeszłorocznych, a fasolę w ziarnach jemy bardzo rzadko). No, przesadziłam z ilością, za dużo dojrzewa na raz.


Ale i tak sie cieszę, że kolejne strączki pojawią się za tydzień, następne może za 3 tygodnie . I nie zabraknie mi fasolki aż do jesieni. Czego nie wydam rodzince, czego nie zjemy - zblanszuję i zamrożę. Zimą też chętnie zjem choćby zupy jarzynowe z fasolką. 

Wiecie, że w Wielkopolsce mówiono na fasolkę szparagową "szabelek". Dziś będzie zupa szabelkowa. W dzieciństwie Mój miał tak często taką zupę na obiad, że teściowa wspominała, jak narzekał, jako dziecko: " ciągle tylko ten szabelek i szabelek". Dziś z sentymentem wspomina tamte dni i tamte dania, a ja postaram się zrobić najlepszą zupę szabelkową. Może choć trochę będzie przypominać tamtą, z dzieciństwa Mojego (ja tamtej zupy nigdy nie jadłam)?

A w ogrodzie cieszą oczy (i pachną cudnie) floksy, moje wspomnienia z dzieciństwa .



Jedne przekwitają, a drugie rozkwitają w pełni (po kilku dniach).😍

czwartek, 4 lipca 2024

Walota zakwitła

 Walota, kwiat doniczkowy, z cebuli, który sprowadzono do Anglii, z Afryki Południowej, w I połowie XIX wieku  (nie tak dawno, chyba w końcu XX wieku, zmieniono jej łacińską nazwę gatunkową, ale w Polsce funkcjonuje nadal jako Walota). 

Czemu tak się cieszę z kwitnącej waloty? Jej historia w moim domu sięga II połowy lat 80-tych. Byłam swego czasu wychowawczynią I klasy w podstawówce moich dzieci (a dokładnie byłam "Panią" mojego syna przez pół roku). W kasie było dużo kwiatów, którymi trzeba było się zaopiekować w wakacje. Dzieci brały różne kwiatki do domu na 2 miesiące. Ja (w imieniu syna) wybrałam niewielką roślinkę, z ładnymi wąskimi ciemnozielonymi wstęgowymi liśćmi, bez kwiatu. Ale jej starsza "siostra" (może "matka") na tym samym parapecie, zakwitła w klasie. I mnie zachwyciła. Tę roślinę też zabrałam na przechowanie. Po wakacjach syn odniósł do szkoły tę większą roślinę. A młoda została u nas w domu. Była zupełnie niekłopotliwa, stała sobie na wschodnim parapecie w kuchni i podlewałam ją, jak mi się przypomniało (a że była jedyna w kuchni, to ją podlewałam i nie zasuszyłam). Tyle, że nie miała zamiaru kwitnąć. Rok, trzy, dziesięć i nic. Już myślałam, że jest jakaś rozdzielnopłciowa albo trafiła mi się taka "bezpłciowa". I nagle, którejś wiosny, gdy już porzuciłam nadzieję na ujrzenie kwiatu, chyba po 16 latach, pojawił sie pęd kwiatowy! Akurat, gdy mieliśmy wyjechać na jakąś wycieczkę. Uprosiłam syna, żeby mi zrobił zdjęcie tego wyczekiwanego, a potem zapomnianego, kwiatu w pełnym rozkwicie. Ach jaki był piękny! Dla mnie wyjątkowy, niezwykły.😍 Ale nadal nie wiedziałam, co też to za roślina, taka piękna "bezimienna". Amarylis czyli hipeastrum to nie był. Bo mama miała całą kolekcję amarylisów i kwiaty (także szersze liście) nie pasowały do mojej roślinki. Nie była to też kliwia. Bo ona ma bulwę, a ten kwiat jest cebulowy (choć kwiaty podobne).

I w takiej nieświadomości rozmnażałam tę roślinę z cebul przybyszowych i oczekiwałam dalszych kwiatów. I dopiero na blogach (jeszcze były to bloogi poczty wp.) jedna z was mnie "poratowała", znalazła walotę. I to jest to!

Po okresie świetności w XIX wieku i na początku XX., walota poszła nieco w zapomnienie. Pojawiły się piękniejsze i większe kwiaty hipeastrum (także w większej gamie barw). A walota, bardzo wytrzymała, przetrwała na wielu parapetach aż do naszych czasów 😉



Ten trochę inny kolor, to inne światło.

Dzisiejsza walota jest jedną z najstarszych moich walot. Nie pamiętam, kiedy kwitła ostatnio. Mam ich sporo. Ostatnio jedna z młodych kwitła pierwszy raz, zeszłej jesieni. 

Podobno kwiaty powinny pojawiać sie regularnie, na jesieni, po okresie zimowego odpoczynku (chłodniej i mniej podlewania). Ale u mnie to nie działa. Kwitną kiedy same chcą, i dobrze, mam miłe niespodzianki. Tak jak teraz. Tak jest ciekawie. Hipeastrum są zwykle przewidywalne, a waloty są dla mnie "tajemnicze" i "nieodgadnione". Bardzo mnie cieszą jej kwiaty i chętnie zobaczyłabym na parapecie cały rząd kwitnących walot. Ale jestem zbyt niefrasobliwa, żeby ich "pilnować" i im "dogadzać'. Chcą kwitnąć? Super! Czuję, że one kwitną dla mnie 😊 A nie chcą? Trudno, poczekam, kiedyś sie doczekam😉




czwartek, 27 czerwca 2024

Lawendowy czas

W ostatnią niedzielę znajomi, prawie siłą, wyciągnęli nas na pole lawendy ( na farmę?). Ja byłam tam kilka razy (ze szwagierką, dla szwagierki), Mój raz (ale mu to wystarczyło). Teraz po trzech latach, dobrze było zobaczyć, jak firma się rozwija, jak lawendy przybywa na polu, jak interes się kręci. Chyba właśnie teraz jest szczyt sezonu, Wielkie kępy lawendy w pełnym rozkwicie 😍


Za pierwszym pobytem byłam nieco zawiedziona "polem" lawendy. No, Prowansja to nie jest. Ale zapewne na polskie warunki, to jest duża plantacja. A w tym roku chyba jeszcze większa?


Wszystko pachnie i brzęczy. mnóstwo owadów, ale mało agresywnych, przeważały różne odmiany trzmieli. Można wszędzie chodzić , między kępami lawendy, robić zdjęcia, ile kto chce (jedynie za profesjonalne sesje zdjęciowe jest opłata). 


Ludzi było mnóstwo, cóż, niedziela. W budynku widocznym na horyzoncie jest kawiarenka i sklepik z wyrobami, choćby luźno, związanymi z lawendą. W kawiarence można, oprócz kawy, kupić lody lawendowe (słodkie, liliowe, bez konkretnego smaku), a także (chyba) jakieś ciastka. Ścisk był taki, że miejsc siedzących zabrakło. Wzięliśmy po kulce lodów (dla tradycji) i na straganie lawendowym kupiłam wiązankę świeżej lawendy  (znajoma wzięła 10 sztuk!)(po 10 i 15 zł, te dłuższe).


To pole lawendy znajduje się niedaleko miasteczka Czerniejewo. To niezwykłe miasto. Dzieje osadnictwa datuje się na okres mezolitu i neolitu, czyli dawne prehistoryczne czasy.  W XIII wieku powstał na terenie osady kościół parafialny Św, Idziego (nie pozostał po nim ślad, poza obeliskiem upamiętniającym tę świątynię). Prawa miejskie Czerniejewo otrzymało ok. 1390 roku (nie ma dokumentów, tylko wzmianki w kronikach o wójcie czerniejewskim i "obywatelu miasta Czerniejewa" (1390).

Na bitwę pod Grunwaldem malutkie miasto wystawiło 4 pieszych rycerzy.

Po wojnach szwedzkich, po pożarze miasta w początku XVIII  wieku miasto było zrujnowane. Dopiero, gdy właścicielem dóbr czerniejewskich został generał Jan Lipski (od 1770r), rozpoczął sie pomyślny rozwój miasta. Gen. Lipski wybudował swoją siedzibę, okazały pałac w stylu barokowym w końcówce XVIII wieku.  Do dziś to jeden z okazalszych i piękniejszych pałaców Wielkopolski.


To wewnętrzny dziedziniec, otoczony bocznymi skrzydłami. W lewym (?) narożniku znajduje się baardzo ekskluzywna (sądząc po cenach) restauracja (tam, gdzie to nagromadzenie aut). Kawa jeszcze cenowo w normie (latte 16 zł), ale deser szefa - jakiś rodzaj sernika (bardzo malutki trójkącik) + połowa marakui z jakimś kremem i "garnie" (2 borówki, 2 malinki, jakieś maziaki z przecieru marakujowego, zapewne, kwaśnie) za ten deser, ogólnie niewielki - 35 zł! Gdyby tak nie sępili (i był jakiś wybór) wzięlibyśmy dwa, a tak nie było mojej zgody na "rozbójniczą" cenę i wzięliśmy jeden deser (na dwoje trochę mało). Ale czego się nie robi, żeby choć otrzeć się o dawny ziemiański świat 😉

Park otacza zabytkowy, rozległy park, z dużym stawem, w stylu angielskim.

Przy zewnętrznym dziedzińcu pięknie odrestaurowana lewa oficyna, jeszcze przed pandemią zrujnowana.


W prawej oficynie jeszcze w 2020 roku była restauracja. Teraz nie wiem, co tam jest (czy cokolwiek)..


W miasteczku, które nadal jest jednym z najmniejszych miast gminnych (prawie 2700 mieszkańców),  oprócz Pałacu jest Rynek(zabudowa z przełomu XIX/XX w.)  i zabytkowy późnogotycki kościół parafialny, pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela z połowy XVI wieku. Niestety, nie zrobiłam więcej zdjęć (w trakcie spaceru po miasteczku odebrałam telefon od dawno niewidzianej i niesłyszanej znajomej).

Wspomnę jeszcze, że Czerniejewo szczyci się swoim wybitnym rodakiem. Onufry Kopczyński, ksiądz pijar, poeta, językoznawca i twórca pierwszej polskiej gramatyki urodził się w Czerniejewie w1735 roku (zmarł w Warszawie w 1817 roku). Obelisk z medalionem portretowym Onufrego Kopczyńskiego znajduje się przed kościołem parafialnym. 

I tak, wyciągnięci prawie na siłę, spędziliśmy bardzo sympatyczną niedzielę.😊

piątek, 21 czerwca 2024

Moje koty wolnożyjące

 Od zawsze kocham koty. Pamiętam, gdy miałam 9 lat "opiekowałam się" kociątkiem w czasie wakacji na wsi. Głaskałam, tuliłam, podsuwałam smaczne kęski. Byłam szczęśliwa. Zostawiłam koteczka i nawet nie wiem, czy dożył dorosłości. Bo kocięta są wrażliwe, często padają ofiarą kociego kataru, bez pomocy weterynarza nie dają rady. Szczególnie koty ogrodowe, działkowe, wolnożyjące, często zdane na siebie i "łaskawców" ich dokarmiających. 

Moja koteczka, z którą przeżyłam 17 lat, też urodziła się, jako kot wolnożyjący, działkowy. Obserwowaliśmy (ja i moi synowie) piątkę maluchów (od dwóch młodych kotek), gdy przechodziły pod płotem z sąsiedniego ogrodu do nas, tak głodne, że (przecież dzikie)nie zwracały uwagi na nasze głaski, gdy "przypięły się" do miski z mleczkiem. Że niby mleko krowie kotom szkodzi? A człowiekowi alkohol nie szkodzi? A papierosy? Więc dlaczego człowiek pije i pali? Dlaczego koty (wiem, że nie wszystkie) łapczywie piją "niezdrowe" mleko? Bo lubią.

Z tej piątki kociąt w ciągu lata ubywało maluchów. Na jesień zostało jedno kocię, już ok. czteromiesięczne, jeszcze całkiem małe. Pod koniec października zamykaliśmy daczę na zimę. Koty musiały sobie jakoś radzić (tam niektóre osoby mieszkały cały rok). To jedyne kocię miało katar. Mój syn nie chciał pozwolić, żeby cała kocia rodzina "zniknęła". Bez zgody "pana domu", ale za moim przyzwoleniem, wzięliśmy malucha do domu, przekonani, że to kocurek. Pani weterynarz wyprowadziła nas z błędu. To była koteczka, chora i zaniedbana, z niby czarnym futerkiem, ale w kilku rodzajach szarości i brązu. Jak sprana szmatka. No i została Szmatką, moją ukochaną koteczką, cudowną, łagodną, "lulunią".


Jedno z jej ostatnich zdjęć.

Była ze mną 17 lat! Po jej odejściu, 5 lat temu, po półrocznej chorobie (cukrzyca i zastrzyki), nie miałam ochoty przeżywać takiego bólu odejścia jeszcze raz. No i mając w pamięci słowa noblistki, nie chciałam zostawić kota "samego w domu". Bo koty potrafią żyć i 20 lat, nie wiem, czy miałabym aż tyle czasu dla kota ("tego się nie robi kotu")?

Ale przyroda nie zna próżni. Przed zimą, po odejściu mojej koteczki, zaczęła się pojawiać pod moim domem inna kotka (trikolor, więc na pewno kotka). Sama łagodność. Los nie obszedł się z nią łagodnie. Nie była młoda, zęby "zjedzone",  połamane, ogon przetrącony (nie mogła go podnieść, w ogóle był bezwładny). Taka ufna, widać, że domowa. Skąd się wzięła na tej wsi taka sama? Ktoś umarł, czy wyrzucił, bo stara? Pozwalała sie brać na ręce, sama wchodziła na kolana, bez problemu wiozłam ja w transporterku do weterynarza. Ale było powiedziane (obiecałam to Mojemu, a i sobie też) żadnego kota w domu. Karmiłam koteczkę na tarasie, na zimę miała podgrzewaną budkę na tarasie i podusię na cieplejsze pory roku. Widziałam, że jest coraz chudsza (a to był duży kot). Do tego pojawiła się "konkurencja" - dwa kocurki, niekastrowane. Ale tak naprawdę, to nie była konkurencja. Grzecznie każde jadło ze swojej miseczki. Musiałam tylko dopilnować, by staruszce młodsze koty nie wyjadały jedzenia (bo ona jadła powoli). Wypieściłam ją, wygłaskałam, ile chciała. Pojechaliśmy zimą na 3 dni (delegacja), pani sąsiadka dokarmiała koty. Ale moja Lulu (jak ją nazwałam) odeszła. Za Tęczowy Most. Nie zobaczyłam jej już więcej. I znów łzy i smutek. Wiem, że śmierć, to element życia. Tylko dlaczego zawsze boli?



Zostały 2 kocurki. Jeden, czarny, nazwałam go Misio, naprawdę dziki, długo bał sie podejść do miski, gdy ja byłam w pobliżu. Na mężczyzn reaguje ucieczką (chociaż Mojego, "z szacunku" tylko omija, ale nadal jest nieufny). Mnie pozwala się głaskać, ociera się o nogi, ale jest czujny, na każdy gwałtowniejszy ruch jest gotów odskoczyć, uciec. Na ręce czasem pozwala się wziąć, ale bardzo jest niespokojny, więc go "nie gwałcę". Ostatnio nie widzę go co rano, raczej wieczorem, czasem w dzień. Może znalazł lepszą "miejscówkę" ? Ma tu swoją budkę i w zimie tu nocował. Teraz chyba woli krzaki?


To jeszcze młody kot, ale zawsze głodny, je na wyścigi. No bo jak się nie pospieszy, to drugi starszy, samiec alfa, odepchnie go od miski i mu zje. Muszę ich pilnować 😉

Drugi kot, szary, Pusio, gdy się pojawił 4 lata temu, razem z czarnym, wyglądał jak z reklamy Whiskas. Po kocie w sile wieku nie widać wieku. Ten wyglądał pięknie. Sądziłam, że przychodzi do mnie, żeby sobie "dojeść", że jest kotem z sąsiedztwa. Ale zbyt często zostawał na noc na tarasie, czasem nie opuszczał mojego ogrodu przez cały dzień. Zaczęłam zauważać, że jak na kota kiepsko słyszy. Może też niedowidzi? I futerko też ma takie troszkę zmechacone. Czasem pozwala Misiowi wyjeść  coś ze swojej miski.  Starość. Koteczek prawie nie opuszcza naszego ogrodu. W zimie spał w swojej budce, zakopany w poduchy (na szczęście mroźne było tyko kilka nocy). A teraz widzę go nocującego na swojej poduszce z gąbki, przy oknie tarasowym. A dnie przesypia albo w krzakach, albo na krzesełkach na tarasie.




Pusio śpi w krzakach przy tarasie. Ufny, nic mu nie przeszkadza.


Zauważył mnie, ale jeszcze się nie obudził😉 A potem spał dalej.


A tu idziemy jeść.



Oczywiście odrobaczam i "odkleszczam" oba koty (tabletkami). Ostatnio musiałam podawać Misiowi antybiotyk 2 razy dziennie (na szczęście tabletki były smakowe, a Misio to głodomorek, zje prawie wszystko). Okropnie rozwalił sobie czoło, a do weta nie pozwoliłby sie zabrać. Zrobiłam zdjęcie (usłyszałam "masakra") i dostałam tabletki. Zadziałały. Czółko, jak nowe, z nową sierścią 😊

I tak nie mając kota w domu mam swoich "podopiecznych" (prawdopodobnie nie jestem jedyna). I cieszę się, gdy mogę je głaskać, nawet jeśli to tylko wyrachowanie z ich strony, chęć "rozmiękczenia" mnie, droga do celu, jakim jest jedzenie😉I martwię się, gdy coś im dolega, gdy długo któregoś nie widzę. Wiem, że to wolne duchy, przywiązane bardziej do swoich misek niż do mnie. Nie szkodzi. Kocham koty, za tę niezależność, za mięciutkie futerko i za to patrzenie mi w oczy bez lęku. I nawet jeśli to uczucie nie byłoby odwzajemnione, nie szkodzi. Obcowanie z kotami daje mi radość i wnosi spokój do mojej codzienności.😸

poniedziałek, 17 czerwca 2024

Czereśniowy wpis

Przysypało nas czereśniami... Naprawdę nie wiem już, co mam z tymi czereśniami robić. Wiem, że są zdrowe, maja sporo witamin (m.in B), cenne sole mineralne (np. potas), ale ile można ich zjeść w ciągu dnia? Jem ich dużo, bo uwielbiam. I te moje, z czasem coraz ciemniejsze, coraz większe i coraz smaczniejsze stale mnie kuszą, Mogłabym żywić się samymi czereśniami, ale jeśli i tek musze zrobić obiad dla Mojego, to i sama jem coś wytrawnego.


Łyżeczka dla porównania 

wielkości.

Zrobiłam kompoty, dżemy (Mój drylował), nawet nalewki. Wydałam rodzinie (bliższej i dalszej), sąsiadom, znajomym (może można by je sprzedać za grosze, ale nie mamy takich umiejętności, handlowych). A na drzewie nadal z kilkanaście kilogramów. I "w kolejce" czeka następna czereśnia !! Cieszę się, że mogę każdej chwili podejść do drzewa i skubnąć sobie parę czereśni, urwać garść i zjeść po kawie. Ale męczy mnie ten "pośpiech". Bo jak nie zerwie się tych czereśni teraz, w pełni dojrzałości, to zaczną się na drzewie psuć (a jak jeszcze deszcz je zamoczy, no ale u nas , jak w Kalifornii - nie pada). 



Rzadko jemy kompoty, więcej nie robię więcej (no, chyba, że z tych ostatnich).


A tak to wyglądało dziś, po zrywaniu z górnych gałęzi. Już jedno takie wiadro zagospodarowaliśmy. Te czereśnie też pojechały do rodzinki.

Na ostatnim drzewie też urodzaj. Czekam aż większość owoców będzie ładnie wybarwiona. Ona raczej nie będą ciemnoczerwone,  mają takie żółte "lusterko". Ale jeszcze nigdy tak do końca nie dane im było dojrzeć. W poprzednich latach albo ich było malutko, albo osy i "robaki" je zjadły. Zobaczymy, czy w tym roku się nam spodobają (są bardzo słodkie, ale takie dość zwarte "twarde"). 




Odpukać, szpaki wpadają do nas okazjonalnie i raczej "po drodze". 2-3 szpaki czasami "zabłądzą" na tę dużą czereśnię. Oczywiście, jesteśmy w pogotowiu, gotowi przeganiać szkodniki (bo niewiele zjedzą, ale uszkodzą owoce i nic już po takich "dziobniętych").

Czereśniowy wpis, a przecież jeszcze czekają wiśnie na zerwanie (na szczęście tylko jedno drzewko) i porzeczki. Świętojanki (jak je u nas nazywano) dojrzały wcześniej, ale tylko odrobinę przed świętym Janem (24.06). Mam krzak czerwonych, krzak czarnych i krzak białych. Dam radę. Tylko na co mi tego tyle? Cóż, rodzinna tradycja. od mojego szóstego roku życia mieliśmy ogród (najpierw działkowy). W domu zawsze były swoje warzywa i owoce.  Ziemia jest po to, żeby rodzić - to motto mojego taty. Tak mi zostało w głowie i  sercu. I przekazuję tę tradycję dalej. Może  któreś wnuczę ją przejmie (syn przejął)?

Taki rok, jak ten nie zdarza sie często (takiego jeszcze nie było). Cieszmy się urodzajem, bo lepiej mieć, niż płakać, że nic nie urodziło. 

A ja już dawno nie sięgnęłam po czereśnię. Czas to nadrobić😋


niedziela, 9 czerwca 2024

Ogrodowe zapiski

 Przyroda w tym roku tak się spieszy, tak pędzi, że tradycyjnie czerwcowe kwiaty już przekwitły. Na przykład róże. Powinny zacząć kwitnąć w czerwcu i potem spokojnie dalej zdobić ogród i w lipcu, aż do jesieni (albo zakwitnąć jeszcze raz).

U mnie w końcu maja zakwitły "nagle" wszystkie. Było pięknie, ale krótko, zdecydowanie za krótko ;)


Wystarczył jeden solidny deszcz, potem kolejny i kwiaty przemokły, a potem, na silnym słońcu - wyschły, "niedokwitnąwszy" do końca. Teraz mam zadanie poobcinać te biedne zbrązowiałe kwiaty, żeby to "jakoś wyglądało".


Moje śliczne purpurowe róże wielkokwiatowe, cudnie pachnące zakwitły niespodziewanie wszystkie naraz. I po jednym z gorących dni zrobiły się z nich "papcie" (ale zapach niósł się po ogrodzie).


Różowe róże wielokwiatowe też "zgryzł" deszcz. Napite wodą pełne kwiaty pochylały gałęzie aż do ziemi. A potem w słońcu więdły. W tle jaśminowiec - też "przemknął" jak meteor, kwitł chyba niecały tydzień i też na przełomie maja i czerwca.


Została mi dziś białoróżowa róża wielokwiatowa. Cieszy oczy, gdy patrzę na nią przez kuchenne okno.

Z "ciekawostek" przyrodniczych muszę odnotować lipę, która zwykle i tak kwitła w czerwcu.


Ale w tym roku pobiła "rekord": zakwitła jeszcze w maju (30.V.). No i oczywiście już przekwitła, tylko trochę zapachu, z tych suchych kwiatów, zostało, gdy siadam z kawką na ławeczce pod lipą.

Innym ciekawym rekordem tegorocznego lata są czereśnie. Skubię je już od tygodnia. I nie są to czereśnie majowe (mieliśmy kiedyś takie na ogródku działkowym). Nie, to normalne późnoczerwcowe - wczesnolipcowe czereśnie. Piękne w tym roku, bez "wkładki" biologicznej, bo pryskane (no, cóż, w zeszłym roku nie dało sie ich jeść ze względu na "robaki"). I osy ich nie gryzą (odpukać), bo jest dość wody w przyrodzie (ostatnio pada co noc, wspaniale, bo u nas  wody nigdy za dość). A szpaki chyba dopiero się szykują do nalotów. Może one działają według zeszłorocznego "kalendarza". Cieszyliśmy się nieobecnością tych czereśniowych  marniszy, ale dziś, idąc na wybory zauważyliśmy stadko tych hultajów, poszukujących "zdobyczy". Brr. Bo one nawet, jak coś na drzewie zostawią, to podziobią, podziurawią, zniszczą. Plaga, niestety (widziałam dziś nad naszymi czereśniami dwóch zwiadowców, przegoniłam, ale na jak długo?)

Mamy trzy drzewa, wszystkie samosiewki, zostawione na łut szczęścia. No, bo nie było wiadomo, co z nich wyrośnie - dziczki wielkości małego paznokcia, czy smaczne duże owoce? Wczesne, czy późne?  Mieliśmy szczęście, najmłodsze drzewko (broniłam przed wycięciem) wczesne owoce, jasnoczerwone z żółtym, miąższ miękki. Słodkie, ale dopiero całkiem dojrzałe. Nie wszyscy lubią taką konsystencję (ja kocham wszelkie czereśnie, te dzikie też). Robię z nich kompoty (w kompocie bledną).




Ta moja ulubiona, najstarsza czereśnia (ma ze 20 lat) ma jędrne, soczyste, ciemnoczerwone owoce  - w fazie pełnej dojrzałości. Oczywiście jest słodka. I można ją "podskubywać" nawet, gdy nie jest jeszcze ciemnoczerwona. W ogóle przez kilka pierwszych lat byłam przekonana, że to taka czerwona czereśnia. Aż pare lat temu wyjechaliśmy w okresie dojrzewania tej czereśni. Jakież było moje zdumienie, gdy stwierdziłam po powrocie, że owoce na drzewie są prawie czarne, słodkie i smakują wspaniale. Ale tak trudno się opanować i czekać na tę "bordową" dojrzałość. No i trzeba ubiec szpaki, zdążyć zjeść czereśnie przed nimi. Więc podjadam, kiedy tylko się zaczerwienią ;)




Na słońcu wydają się jeszcze mało "wiśniowe", ale są już słodkie😋

No i jest jeszcze jedna czereśnia (z jakiejś, obcej, wyplutej pestki) 😉
Chyba najmniej smaczna, najpóźniejsza, ale i tak dość wczesna (zwykle wczesnolipcowa). Czerwona, ale zwyczajnie czerwona, nie osiąga wiśniowego koloru. Dość twarda. Ostatnia z z moich, więc i w lipcu mogłam jeszcze zrywać dla siebie czereśnie. W zeszłym roku dojrzewała tylko odrobinę później, niż ta moja ulubiona, najstarsza. I też nie było z niej pożytku, bo osy ją poszatkowały. Jak nie robaki, to osy albo szpaki. Czereśnie są dość kłopotliwe (no a jak jeszcze jest urodzaj, to jest robota). Ale bardzo się cieszę, że je mam. Bo uwielbiam czereśnie 😋

Truskawek mam niewiele. Resztki wcześniejszych upraw. Rosną sobie po krzakach, żadne chwasty im nie przeszkadzają, nie są wielkie, jak te niektóre z plantacji, ale mają smak. Jako dodatek do deserów wystarczą. I dojrzewają w tym roku już od połowy maja! I jeszcze codziennie znajduję ich sporą garść.

Bardzo lubię borówki amerykańskie. Nie miałam do tej pory. W tym roku posadziłam trzy krzaczki. Będę mieć pierwsze dwa owoce 😉, od czegoś trzeba zacząć. Mam też jagodę kamczacką, posadzoną jako wypełnienie pustego kątka pod domem. Nie lubię gorzkiego smaku, a jej owoce, niestety, zawsze maja nieco goryczki. Ale na bezrybiu...Miała dość sporo owoców (jak na warunki - malutko słońca i ciągły deficyt wody). Już się skończyły. Z bitą śmietaną można zjeść.

Niedługo będą wiśnie, potem pare brzoskwiń i jabłka lipcowe, potem mirabelki i śliwki, i trochę późniejszych jabłek (niewiele, na szczęście). No i zapewne jeszcze winogrona (ale dopiero zakwitły, więc jeszcze nic pewnego).

Warzywa, kwiaty, no coś tam jest, ale nie takie i nie tyle ile bym chciała (zwłaszcza kwiatów). 


Tu jeszcze rosną sobie dziko margarytki, a na grządce tojeść (kropkowana). Margarytki już raz były skoszone, ale nie odpuściły. A ja przypilnowałam, żeby ich przed kwitnieniem nie wykosić. A tojeść, to letni kwiat, kwitnie długo, ale do lipca chyba nie dotrwa. 

Nie mam siły na chwasty, nie mam pomysłu jak "zjeść ciastko i mieć ciastko". Bo żeby mieć ładne klomby, to musiałabym przekopać to, co mam i zasadzić, zorganizować przestrzeń na nowo. A na to nie mam ani siły, ani pomysłu (a może i czasu...). Jest, jak jest. Niech kwitnie, co chce kwitnąć. I pozostaje mi jedynie lubić to co mam (pamiętając o piosence Andrzeja Poniedzielskiego o tym, "że jak nie ma co się lubi, to nie lubi się i tego co się ma ").

Mam nadzieję, że jak w końcu wyleczę gardło  ( z jakiegoś upartego wirusa), to i nastrój mi wróci do stanu naturalnego😊


Na poprawę humoru podwieczorek na tarasie z aktualnie kwitnącymi kwiatkami (tojeść, gajlardie, floksy, margaretki).