środa, 25 marca 2020

Ząb w czasach zarazy

Mam nadzieję, że nikogo z was nie boli żaden ząb.
Bo w obecnym czasie bolący ząb urasta do mega problemu.
To taka dolegliwość, z którą nie poradzimy sobie domowym sposobem. Musi zadziałać dentysta.
I tu zaczynają się "schody". Bo dentyści nie pracują (co się będą narażać na wirusa!)
Nasz organizm też potrafi być "przewrotny". Mój (65+) ma wszystkie swoje zęby i (bo) o nie dba. Ale akurat teraz, w najgorszym do tego czasie, zaczęło go boleć "w zębach". Jako, że nie bardzo zna to uczucie, to nawet nie potrafi dokładnie określić, który to ząb konkretnie go boli. Ale dłużej nie dało się tego ćmienia po jednej stronie szczeki ignorować, a jakieś tabletki przeciwbólowe, to jedynie "pudrowanie" problemu (nie używa), postanowiliśmy więc poszukać dentysty. "Nasza" dentystka ma zamknięty gabinet, w Miasteczku nie sposób zdobyć informacji, te podawane przez internet są (już?) nieaktualne. W Mieście półmilionowym, owszem, powinno być czynnych parę gabinetów (znów nie wszystkie dane Informacji medycznej są aktualne). Dzwonimy, często numer nie odpowiada, a gdy już, to dopytujemy się, terminy są dłuższe. W końcu jest, dziś, wieczorem. Należy przynieść własny długopis, termometr i wodę utlenioną. No i grubą kasę. Bo za narażanie swojego (nie naszego) zdrowia dentysta i personel muszą mieć odpowiednią gratyfikację. I to nie kartą płatniczą, tylko gotówką (na szczęście bankomat działał bez przeszkód). Nie wiem, jak u was, ale jak dla mnie zdjęcie rentgenowskie zęba za 80 zł, to mocno stromo. Dalej ma być jeszcze "lepiej". Prognozowałam, że pierwsze spotkanie zęba z dentystą może się zakończyć sumą w okolicach 500 złotych. A może to nie być jedyne spotkanie! (opukać)
Ale póki jeszcze można pomoc w tej kwestii otrzymać, to dziękujmy i za to  (na razie efektu wizyty nie znam).
I oby nic gorszego nikomu z nas nie "wypadło".

A na dworze słonko, ale to pozorna wiosna, zdradliwa, jak ten wirus.
Nocne mrozy, silniejsze niż w czasie zimy, zniszczyły nie tylko kwitnącą morelę (w końcu egzot ze strefy śródziemnomorskiej), ale także kwitnące forsycje i przymierzające się do kwitnienia żonkile. Dziś widziałam, że nawet bratki wystawione na dworze na sprzedaż, nie dały rady conocnym mrozom  (-7) i wyglądały, jak uschnięte.
Ale przyroda jest silna i cierpliwa. Pokona i nocne przymrozki, i wirusa. Tylko uzbrójmy się w cierpliwość.
Już niedługo będzie jak co roku:)



PS
Okazało się, że zdjęcie było panoramiczne, wszystkich zębów, to cena zrozumiała. I pani doktor profesjonalna. Mój "zaopatrzony" i (na razie) zadowolony :)

czwartek, 5 marca 2020

Rezydentka - Pusia

Wracam do tematu odwiedzających mnie kotów.
Teraz odwiedza mnie z doskoku czarny kocurek. Wieczorem wpadnie do mnie, zje, co mu dam, łapczywie, jakby cały dzień nie jadł. Przed jedzeniem łasi się, daje się pogłaskać, po posiłku znika. I dobrze. O niego nie muszę się martwić. Zapewne ma w pobliżu swój dom i tylko się dokarmia u mnie.
Natomiast na moim tarasie rezyduje koteczka trikolorka. Szmaragdowooka  Pusia.


Co najmniej od miesiąca siedzi całe dnie. Na noc znika, a od samego rana znów siedzi, czeka na jedzenie i głaski. Zachowywała się czasem dziwnie: jedząc odskakiwała od jedzenia, niekiedy w trakcie jedzenia  "krzyknęła", wizgnęła, jak Moja, gdy ktoś jej przydepnął ogon. Myślałam sobie: zęby ją bolą, nie może gryźć. Kotka łagodna, ufna, ładowała się do domu (nie wpuszczam, nie mam zgody na kota w domu, na dworze, jak najbardziej). 
Więc pytanie: czy kotka ma swój dom? Dom, gdzie nikt nie zawraca sobie głowy kotem, nikt o kota nie dba? Czy kotka miała dom, a teraz z nieznanych mi powodów domu i swojego pana, pani już nie ma?
Znajoma zastanawia się, czy to dobrze zaopiekować się cudzym kotem? Bo niby kotka na bezdomną nie wygląda. A czemu kot bez właściciela ma wyglądać źle? Na wsi? Nawet weterynarze twierdzą, że koty na swobodzie dobrze sobie radzą, gdy są zdrowe. Ta kotka też sobie "poradziła", chociaż w moim domu nie nocuje, ale karmię ją od przeszło dwóch miesięcy, miksuję jej mięsko od kurczaka, indyka (także skórki i chrząstki), gotowaną marchewkę, kupuję lepszą karmę, też miksuję, daję mleko bez laktozy (bardzo lubi mleko), kilka razy na dzień. To zabiedzona nie jest. 
Ale widziałam, że coś jej dolega. Nie chciałam, żeby taki ładny i miły kot "się zmarnował". A jeśli u mnie siedzi całe dnie i wieczory, to nikt o nią nie dba, myślę.
Najpierw poszłam do naszego gabinetu weterynaryjnego (gdzie troskliwie opiekowano się moją kocią domową) zasięgnąć rady i opinii. Pani weterynarz od razu dała mi transporterek i zaproponowała przywiezienie kotki na zbadanie. Łatwo powiedzieć...
Bardzo byłam przejęta i nerwowa, bo nie wiedziałam, czy kotka da się do tego transporterka bezproblemowo zapakować , no i jak zniesie podróż (niby tylko 5 km, ale na przykład moje kotka miała chorobę lokomocyjna i w aucie "umierała").
Okazało się, że kotka bez żadnego problemu dała się wziąć na ręce i bez protestów umieściłam ją w transporterku. Podróż też minęła w ciszy. W gabinecie kotka była wzorową pacjentką. Nie szarpała się, nie wyrywała,  nie "krzyczała", gdy pani doktor czyściła jej uszy i zakrapiała specyfikiem przeciwko świerzbowcowi (bo ten pasożyt kotkę męczył). Podała też na skórę preparat przeciwko pchłom. Okazało się, że kotka, co prawda nie ma przednich zębów i kilku innych, ale te co są nie wymagają wyrwania i stanu zapalnego nie ma. Uff, ulżyło mi. I to podwójnie: nie muszę się martwić więcej o kotkę i nie muszę jej już miksować jedzenia :) Nawet jeśli płynne lubi bardziej ;)
I faktycznie po powrocie na wieś podałam kotce normalne kocie żarcie z saszetki (w sosie). Zjadła i nie grymasiła :) Może przez miesiąc mojej diety jej się wyleczyło to, co tam miała chorego?
Być może zaopiekowałam się cudzym kotem. Ale nie mam z tym żadnego problemu. Bo ten właściciel (hipotetyczny) nie sprawdza się w roli opiekuna. 
Wolę głaskać zdrowego i zadbanego kota, nawet bezdomnego lub czyjegoś, niż mieć nadzieję, że "jakoś to będzie, przejdzie samo". 


Po "ciężkich przeżyciach" - nagroda :) (a zrobić zdjęcie niełatwo, nie usiedzi w miejscu, gdy właśnie chcę jej zrobić portret).

wtorek, 3 marca 2020

Z tęsknoty za wiosną

Tęsknię za ciepłem, za zielenią, za kwiatami, za słońcem.
Poszłam szukać wiosny w polu, w ogrodzie. Niewiele jej w mojej okolicy. W polu ozimina jakaś szara, nie miała śnieżnej kołderki, nie urosła, mizerna, też czeka na ciepłe dni.
W ogrodzie, na mojej łące kilka krokusów przymierza się do kwitnienia, parę "uciekło" za płot i tam kwitnie, swobodnie, bez ograniczeń jakimiś klombami.




Ale tak ich mało.
Dereń jadalny zaczyna kwitnąć. Za wcześnie zacznie - przyjdą przymrozki, nie będzie owoców, jak w zeszłym roku, ani jednego.

Kwitnie jeszcze kępa przebiśniegów, gdy słońce zaświeci , otwierają się kwiaty. Może za parę lat rozrosną się i będzie pole przebiśniegów? Chciałoby się...


I tak tęskniąc za wiosną przypomniałam sobie prostą, miła pioseneczkę, mojego ukochanego Amadeusza:)
Kiedyś ją śpiewałam. Przeszło 200 lat temu wiosna przychodziła w maju. A teraz fiołki zaczną nam kwitnąć w marcu, a żurawie już przyleciały, za tydzień, dwa, ptaki rozśpiewają się pod oknami.
Wybrałam bezpretensjonalne wykonanie pieśni, historyczne, sprzed lat. nazwisko śpiewaczki nie jest mi znane. Ale zapewne w swoim czasie (w swoim kraju) cieszyła się popularnością.

Posłuchajcie: W.A. Mozart "Sehnsucht nach dem Frühling", Erika Köth (Tęsknota za wiosną)

https://www.youtube.com/watch?v=vxYBlixs6Ic

poniedziałek, 17 lutego 2020

Dzień Kota

Nie spodziewałam się, że będę miała swój udział w Dniu Kota. Owszem, moje-niemoje koty ogrodowe pewnie przyjdą coś zjeść. Albo akurat nie (chociaż ostatnio regularnie odwiedza mnie koteczka tricolor i bardziej od jedzenia brakuje jej głaskania).
Ale pojechałam dziś na mój drugi ogród (ten po Rodzicach). Byłam w okolicy i spontanicznie zajechałam, żeby uciąć do wazonu trochę forsycji, przywołać wiosnę do domu.
Spotkałam sąsiada, pana Józefa, starszego już pana, który mieszka tam i opiekuje się psami i kotami innych sąsiadów, którzy całe dnie , do wieczora są poza domem.
I właśnie powiedział mi, że koteczka pana Doktora jest bardzo chora. Prawdopodobnie na nerki. Oj bieda. Zmartwiłam się. To takie wdzięczne stworzenie, sama łagodność i ufność. Zawsze gdy byłam na ogrodzie albo gdy tylko wpadałam na krótko - przychodziła do mnie i się łasiła. Tak sobie mnie wybrała do odwiedzin sąsiedzkich. Jeszcze niedawno, w grudniu (wtedy ją widziałam ostatnio) dobrze się miała. Futerko błyszczące i okrągła figura. Może była ciut za gruba, ale koty sterylizowane często tak mają.
A tu taka smutna wieść.
Kocieńka albo Szarunia (tak zawsze do niej mówiłam) nie miała łatwego startu. Chociaż start, to może akurat miała niezły. Urodziła się na pobliskich działkach pracowniczych w maju lub czerwcu, z mamy działkowej kotki, żyjącej na swobodzie, ale pod opieką ludzi. W lecie kociakami zajmowały się dzieci właścicieli działki, na której rezydowała działkowa kotka. Rozpieściły kotki, przyzwyczaiły do ludzi. Wtedy jeszcze Szarusi nie znaliśmy. Jakoś przetrwała zimę, też dzięki dobrym ludziom z okolicy. Latem zaczęła pojawiać się i na naszym ogrodzie. Oswojona, garnąca się do ludzi, do ich nóg i rąk. 
Mieliśmy wtedy na ogrodzie przez całe lato naszą koteczkę, zaborczą i egoistyczną. "Żadnych obcych kotów  w pobliżu mnie" demonstrowała nam nasza kicia. Dopiero, gdy zabieraliśmy naszą kotkę na zimę do bloku, to Szarusia mogła spokojnie przychodzić i się łasić, i karmić.
W takim właśnie czasie nasz najbliższy sąsiad, pan Doktor (lekarz na emeryturze) zaopiekował się Kocieńką, wziął ją do domu, ujęty jej niezwykle łagodnym usposobieniem. Miała dobrze, zaczipowana, mogła sobie wychodzić z domu do ogrodu i z powrotem, bez przeszkód, jednocześnie mając w bród jedzenia i pieszczot. Żyła tak szczęśliwie kilka lat (10 na pewno).
Niestety, mimo, że ''tego nie robi się kotu", pan Doktor zmarł w połowie zeszłego roku.
Koteczka, na szczęście nie została sama. Obok mieszka córka pana Doktora i ona przejęła opiekę nad kotką. Ale cóż, pani pracuje od rana do wieczora i kotka czuła się samotna. Nie opuściła żadnej okazji, żeby się ze mną spotkać, gdy tylko usłyszała mnie w pobliżu. Myślałam, że to niekoniecznie chodzi o mnie, ale o każdą osobę, która zechce ją pogłaskać.
A jednak...chyba  to mnie wybrała.

Dziś  szykowałam się do wyjazdu, po dość krótkim pobycie. Nie liczyłam, że jeszcze zobaczę Kocieńkę. Przecież chora siedzi w domu, zbyt chora żeby wychodzić. Tak myślałam.
A tu idąc już do furtki zobaczyłam ją, truchtającą do mnie! Ocieranki o nogi, przytulanki, wyprężony ogon, no po prostu spotkanie "po latach". Głaskałam ją delikatnie, jej futerko, zawsze dość sztywne, teraz zrobiło się jedwabiste. I koteczki też zrobiło się znacznie mniej. Futerka nadal dużo, ale gdy ją podniosłam, żeby przytulić, to była lekka, zbyt lekka, jak na nią.
Już się z nią żegnałam, zostawiając w moim ogrodzie i zastanawiając się, czy poradzi sobie z wysoką furtką, czy jednak nie wynieść jej na ścieżkę. W tym momencie podszedł do mnie pan Józef (z jednym z psów, z którym był na spacerze) i pokazałam mu Kocieńkę siedzącą w ogrodzie. Zaraz ją wziął na ręce i zabrał do jej domu, nakarmić.
Bardzo się zdziwił i jednocześnie ucieszył. Bo, nie wiedziałby gdzie szukać kotki, którą karmi pipetką , zanim wieczorem wróci jej pani, no i dlatego, że koteczka wyszła na dwór z własnej woli  pierwszy raz od czasu choroby (zaczipowana, więc może wyjść kiedy chce, ale do tej pory nie wyszła). Czy zrobiła to, ze względu na mnie? Żeby się ze mną przywitać? Czy też ze mną pożegnać?
Było to dla mnie bardzo wzruszające spotkanie. W sam raz na Dzień Kota.


wtorek, 4 lutego 2020

Na karnawał i nie tylko

Od początku karnawału "chodziły" za mną pączki. Zwykle raz do roku, właśnie w karnawale robię (piekę, smażę) pączki. I zawsze długo się zbieram, bo  mam wrażenie, że czeka mnie huk roboty z tymi pączkami. W tym roku też zwlekałam, piekłam inne ciasta i ciastka, a pączki czekały na moje "natchnienie".
No i doczekały się. ;) Znalazłam stary przepis, wycięty przez moją mamę z ówczesnej Gazety Poznańskiej w styczniu 1974 roku. Przepis na pączki podał czytelnikom szef cukierników kawiarni "Regionalna", której też już nie ma od co najmniej 20 lat (jeśli nie dłużej).
 Ogarnęła mnie melancholia.... Z tą kawiarnią łączą się miłe wspomnienia. Była kawiarnią najbliższą mojego domu i mojego liceum. Pamiętam dokładnie twarz mojego chłopca (Mojego Chłopca), który zaglądał przez duże okna do środka kawiarni i cieszył się, że mnie nieoczekiwanie spotkał (wtedy nie było przecież komórek, nie wszyscy mieli nawet telefony w domu, umówienie się na spotkanie nie było sprawą prostą). A ja siedziałam z przyjaciółkami w kawiarni i lodami świętowałam ukończenie liceum. Dostałyśmy właśnie do rąk świadectwa maturalne i raz na zawsze skończyłyśmy ze "szkółką". W końcu byłyśmy dorosłe. a w każdym razie tak nam się wtedy wydawało ;)
I żeby w jakiś "szalony" sposób zakończyć ten etap życia wymyśliłyśmy "happening" - 4 maturzystki zawiązały kokardki na szczoteczkach do zębów , taśmy udawały smycz i każda z nas ciągnęła "na smyczy" swoją szczoteczkę, wołając co chwilę "Azorek (Reksiu) do nogi", na odcinku od liceum do kawiarni Regionalna :), jakieś 200 metrów jedną z głównych ulic Poznania. Ludzie się odwracali za nami, ale nikt nie pokazywał kółka na czole ;) A my byłyśmy młode, ładne i szczęśliwe !
I gdy teraz wpadł mi w ręce przepis na pączki z widmowej Regionalnej musiałam go wypróbować . Kawiarnia miała bardzo smaczne wypieki.
Pączki udały się nad podziw, wyrosły i są pulchne. I nie było to nawet takie bardzo czasochłonne zajęcie.  Uwinęłam się w dwie godziny. Z pół kilograma mąki ulepiłam 27 pączków! Jedyny problem, jaki miałam, to ustawienie optymalnej temperatury tłuszczu do smażenia. Nie mam termometru kucharskiego (przez tyle lat nie pomyślałam o nim), a bardzo by się przydał.  Pan cukiernik twierdził, że optymalna temperatura tłuszczu to 175-185 stopni (najlepiej smażyć  na  smalcu lub oleju, bo na Ceresie i Omie pączki wychodzą twarde, kto z was pamięta jeszcze te tłuszcze?). No i mój smalec z olejem był albo z gorący, albo nieco za chłodny i pączki raz wychodziły za brązowe, raz za blade. Inna sprawa, że nie miałam cierpliwości stać nad nimi cały czas smażenia.


Pączki są z konfiturą z płatków róży  i z powidłami . Oba nadzienia własnej roboty.


 Ale w karnawale smaży się nie tylko pączki. To taki czas na smażone ciastka. Później rzadko w domu się je robi.
Wcześniej, tydzień temu zrobiłam chruściki, czyli faworki. Robiliśmy je wspólnie z młodszym wnukiem :)
Ja przygotowałam ciasto, a potem wkładałam i wyjmowałam usmażone chrusty z tłuszczu. Wnuk pięknie ciasto wywałkował, potem kroił i zgrabnie wywijał chruściki. Też wypróbowałam wtedy przepis dla mnie nowy, ale liczący już 45 lat. I także z Regionalnej ( z jakiegoś powodu akurat te dwa wycinki gazetowe, pożółkłe i kruche, zachowałam do wypróbowania).


Z 25 dag mąki wyszło całkiem sporo ciastek. Zniknęły w jeden dzień! No, cóż, młodość ma swoje prawa :)
A z białek, które miałam w lodówce zrobiłam jeszcze bezy. Tym razem skorzystałam z przepisu blogowej koleżanki . Miała wspaniałe przepisy na słodkie wypieki, korzystam  regularnie z jej przepisów na mufinki, na ciastka typu cooki, z czekoladą i kawą, na paschę, na suflet czekoladowy... Jaka szkoda, że nagle przestała pisać, zniknęła ze znanego mi blogu (może jest w innym miejscu, ale nie zostawiła namiarów).


Część bezów jest z kawą instant.

Skąd to "bogactwo" wypieków?  Nie tylko z powodu karnawału. Postanowiłam zrobić porządek w moich przepisach. A przepisy od lat zapisuję w specjalnym zeszycie. Ale zapisuję tylko sprawdzone przepisy. A te do przetestowania utykam z tyłu zeszytu. No i już mi się zeszyt nie domykał  z nadmiaru wycinków i zapisków do przetestowania. Przejrzałam wszystkie karteluszki, część wyrzuciłam (jednak nie skorzystam), a część, tę karnawałową szczególnie, przetestowałam. I przepisy zapisałam , sprawdziły się. 
A pączki (znakomita większość) pojadą jutro do wnuków, na zdrowie ! I na karnawał!

sobota, 1 lutego 2020

Niedoceniane Bergamo

Bergamo, to lombardzkie miasto, położone około 50 km na wschód od Mediolanu. Znajduje się tu lotnisko o oficjalnej nazwie Mediolan Bergamo Orio al Serio. Lądują tu samoloty tanich linii lotniczych "do Mediolanu". Z Bergamo do Mediolanu (i z powrotem) można dojechać busami prosto spod budynku portu lotniczego w nieco ponad pół godziny (za 6 euro). I większość turystów nawet nie pomyśli, że i Bergamo jest warte zobaczenia.
To 120-tysięczne miasto, położone u stóp Alp Bergamskich.
Bergamo ma wiele do zaoferowania. Powstało już w III w.n.e (założyli je Celtowie), na wysokim wzgórzu. To historyczna część miasta - Cita Alta, Górne Miasto. Od XV wieku Bergamo należało do Republiki Weneckiej, było najdalej na zachód wysuniętą twierdzą Republiki. Potężne mury obronne, fortyfikacje można podziwiać do dziś. Z tamtych czasów pochodzą też inne zabytki Górnego Miasta.


Postanowiłam skorzystać z okazji i przed powrotem do Polski zatrzymać się na dobę w Bergamo i pozwiedzać.
W Informacji Turystycznej  dostałam plan miasta i informator "Bergamo w 6 godzin". To dla tych, którzy zdecydują się dojechać z lotniska do centrum i zobaczyć oprócz Mediolanu także Bergamo. Ale myślę, że sześciu godzin nie starczy, żeby zobaczyć wszystkie atrakcje miasta. Bo jest ich sporo.
Dolne Miasto, powstające za murami miejskimi od XVII wieku też jest ciekawe i sympatyczne.
Mnie, jak zawsze, fascynują zabytki. A tu, we Włoszech są one oryginalne, jest w nich zamknięty miniony czas (bo w Polsce, to niestety, często "dekoracje", odtworzone ze zniszczeń wojennych, zupełnie "świeże zabytki", mające nie więcej niż 60 lat). To trwanie ma dla mnie szczególny urok. A to, co dotrwało do jest zwykle warte podziwiania.
Do Górnego Miasta można dojechać albo krętą stromą ulicą autobusem miejskim, albo historyczną kolejką linowo-szynową z Dolnego Miasta. Ta kolejka, to atrakcja turystyczna. Kursuje wahadłowo, bez przerwy. Podróż trwa krótko, 3-4 minuty, ale w tym czasie przenosimy się ze współczesności w dawne wieki.

Wspinamy się, pod nami Dolne Miasto.
A na górze inny świat!

Wąskie uliczki, ciasno.


Widać wieże kościoła Santa Maria Maggiore, 

Ale, jak do niego wejść? Tu jesteśmy na tyłach kościoła.
Brak perspektywy, wszędzie wysokie domy i wąskie uliczki.


Najlepszy widok kościoła, jaki udało mi się zmieścić w kadrze, Tu to nieefektowne wejście boczne.
Nie zapowiadało TAKICH widoków.
Gdy weszłam do środka westchnęłam :WOW!



 Ściany ozdobione są gobelinami, to osobliwość tej świątyni.





Dawno nie widziałam tak okazałego , bogatego i pięknego wystroju. Do tej pory mam pod powiekami to lśnienie, ten blask :)
Wyszliśmy drugimi bocznymi drzwiami. I te boczne drzwi są wejściem głównym. Na wejście na wprost ołtarza nie było miejsca. Kościół stoi wciśnięty między inne budowle.


Tu widać na pierwszym planie to "lepsze' wejście boczne, które jest tym oficjalnym wejściem do kościoła. Przytyka do niego kaplica rodu Colleoni - renesansowa perełka.


Bartolomeo Colleoni był najsłynniejszym przedstawicielem swojego rodu.  Był weneckim kondotierem (czyli żołnierzem najemnym)  urodzonym w Bergamo.  A sławę w naszych czasach zyskał dzięki pomnikowi. Ów piękny renesansowy pomnik, przedstawiający kondotiera Colleoni na koniu w pełnej zbroi, został zamówiony przez Colleoniego i przez niego sfinansowany, z prośbą o wzniesieni go po jego śmierci(1475) . Stoi na jednym z placów w Wenecji (a jego kopia z 1913 roku zdobi Plac Lotników w Szczecinie). Colleoni uchodzi za najwybitniejszego włoskiego kondotiera. Herbem szlacheckim Colleoniego były trzy jądra (ponoć tyle miał!). Wieść niesie, że jeśli potrze się ten herb, to będzie się miało szczęście (to chyba dotyczy panów?). Na ozdobnej kracie przed kaplicą są umieszczone te herby. 

Jak widać ludzie potrzebują wiary w szczęście ;)

Przy kaplicy - mauzoleum Colleonich.
Tuż obok jest katedra bergamska - Duomo.
Wszystko jest tak stłoczone na małym placyku, że można ją przeoczyć.


Weszłam, wstęp był bezpłatny.

Parę kroków dalej znajduje się "serce" Górnego Miasta - Piazza Vecchia, Stary Plac.




Za tymi bramami stoją opisane wyżej kościoły.

Zeszliśmy do murów miejskich, 
 Stamtąd widok na nowszą część miasta w dole i na okoliczne góry.

Przeszliśmy przez bramę w murach obronnych i po przejściu kilkudziesięciu stopni w dół dotarliśmy do Accademii Carrara.

To galeria malarstwa włoskiego od wieków średnich do XIX wieku. Jest to muzeum powstałe z inicjatywy hrabiego Giacomo Carrara w 1796 roku, z jego zbiorów, w późniejszych czasach dołączyły do tych zbiorów kolejne prywatne kolekcje .
Widzieliśmy Boticelliego, Tycjana, Raffaella,  były obrazy "naszego" Canaletto, a także po jednym obrazie  Dürera i El Greco. I wielu innych mniej mi znanych. Mój to lubi, ja chętnie spojrzę na "sztukę wysoką".
Wracaliśmy do Cita Alta i na drugi dzień. Ta atmosfera zanurzenia się w odległym czasie, poza współczesnym hałasem i pędem była pociągająca.

W Dolnym Mieście było też kilka zabytkowych kościołów i klasycystyczna Port Nuova, ale jakoś nie zrobiłam zdjęć. Zainteresowało mnie Święto Czekolady i niezliczone stragany z rzemieślniczymi wyrobami czekoladowymi. Ja mogę żyć bez czekolady, ale ciekawie było popatrzeć, jak wiele form  może przybrać zwykła czekolada (o smakach nie wspominając) i jak wielu ma wielbicieli.


 Mój Inżynier nie oparł się pokusie i gdy zobaczył kram pełen "narzędzi" z czekolady, różnych śrubokrętów, obcęgów, łożysk, młotków, śrubek i nakrętek, kupił synkom, niech sobie schrupią po nakrętce :)(średnica otworu - 3 cm).


A na koniec pobytu w Bergamo poszliśmy na tradycyjną cappuccino z małym pasticio czyli ciastkiem. I czekoladowym cukiereczkiem od firmy. Bo przecież przyjemnie jest do kawy coś przegryźć :)


I jak wam się spodobało Bergamo?  Ja chętnie zobaczyłabym je jeszcze raz!

środa, 29 stycznia 2020

Mediolan c.d.

Na następny dzień pojechaliśmy do dzielnicy Navigli. Są tu ciekawe stare kanały, jak rzeka, której nie ma w Mediolanie. Nad kanałami w cieplejszych porach roku i wieczorami toczy się (podobno) nocne życie Mediolanu. Jest tu mnóstwo restauracji, kafejek, trattorii. My byliśmy w końcu zimą i w południe, więc te bulwary nad kanałem Navilio Grande były pustawe, a stoły i krzesełka piętrzyły się pod lokalami (niewykluczone, że wieczorem życie tam wraca nawet teraz, widzieliśmy w centrum wiele kawiarnianych ogródków czynnych i ludzi popijających kawę na dworze).
Nie zgłębiałam historii powstania tych kanałów, wiem tylko, ze drugi z kanałów Naviglio Pavese postał na polecenie Napoleona Bonaparte, czyli dość późno. Tego kanału nie widziałam.


To Naviglio Grande. Widok z jednego z mostków przerzuconych nad kanałem.




Domy odbijające się w wodzie wyglądają malowniczo. A woda jest kryształowo czysta. Tu z widokiem na kościół Santa Maria delle Grazie al Naviglio.



Ta wzruszająca Pieta za rusztowaniem (dalsza renowacja) tuż przy drzwiach do kościoła, mało widoczna.

Ostatni widok na Navilio Grande z ostatniego mostku. I powrót do wielkiego miasta (bo tu nad kanałem można się poczuć, jakby czas stanął, jak byśmy przenieśli się do dawnego niewielkiego miasteczka).
A ten czas znów nieco zwolnił, gdy wsiedliśmy do zabytkowego tramwaju (sporo ich jeszcze jeździ, gratka dla turystów, jak w Lizbonie).


Tramwajem podjechaliśmy do centrum, prawie na plac katedralny, a stamtąd pieszo do Zamku książąt Sforza czyli Castello Sforzesco.



Monumentalne mury obronne, 

baszty,



Brama wjazdowa z charakterystyczną wieżą, widoczną z daleka. To widok z dziedzińca zamkowego.



A to już na zewnątrz, przed zamkiem.


Za fontanną, która "rośnie" i maleje widać piękne budynki z lat 20 XX wieku.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Muzeum Nauki i Techniki, oczywiście Leonardo da Vinci. Miałam nadzieję, że to jak nasze Centrum Kopernik w Warszawie. Ale jednak nie. Owszem, dużo sal do eksperymentowania , z różnych dziedzin, ale to sale przeznaczone dla uczniów mediolańskich szkół. Dla uczniów super sprawa - fizyka w praktyce, czasem też chemia. Takie lekcje na pewno zapadają w pamięci i zasady fizyki przyswaja się bezboleśnie. Mój inżynier był zadowolony, choć liczył na więcej. Były tu modele machin i innych pomysłów Leonarda w skali 1:1 (ciekawe, czy miały szansę działać?, mechaniczne skrzydło na pewno nie). Moją uwagę przykuł film z animacją, przedstawiający Idealne Miasta, taka idea, którą człowiek miał od tysiąca lat, aż do XX wieku - najlepsze rozwiązania dla miast, żeby było pięknie i jednocześnie ergonomicznie, oczywiście idea fix. Ale pokazana
z rozmachem.
Zachwycił mnie też sam budynek muzeum. Zabytkowy pałac z szerokimi klatkami schodowymi, jak wszędzie z marmurowymi stopniami i pięknymi dziedzińcami wewnętrznymi.



Po muzeum - kawa z ciastkiem, w cafe wskazanym przez pana z muzeum (akurat w tym muzeum nie było kawiarni o tej porze roku).
Muzeum znajduje się w rejonie San Ambrogio. Święty Ambroży jest patronem Mediolanu. Tu znajduje się Uniwersytet i najstarszy , romański, kościół w Mediolanie z VI wieku (pod wezwaniem tego świętego).



W środku nie byliśmy. Mój nie lubi zwiedzać kościołów, a ja nie byłam aż tak zmotywowana, żeby iść samej.
Pojechaliśmy znów na plac katedralny, przeszliśmy Galerią Vittorio Emmanuele na Plac Scala i wstąpiliśmy do Gallerie d'Italia na wystawę czasową rzeźb "mistrzów rzeźby nowożytnej" (taki tytuł wystawy): Antonia Canovy i Bertela Thorvaldsena.


Bardzo słynne Trzy Gracje Canovy.




Samo wnętrze galerii też zachwyca.


Pozdrawiam Was osobiście :) u stóp pięknej kawiarni owej Galerii.


A to okazały budynek banku, w którym mieści się galeria.

Codziennie idąc do metra przechodziliśmy przez kładkę nad ulicą i mieliśmy niczym niezakłócony widok na odległe Alpy.  Pogoda dopisywała i widok zachwycał.


Aparat mój nie oddaje prawdziwego widoku, ale chciałam pokazać chociaż namiastkę .
To tylko subiektywny wybór celów turystycznych. 
W zielonej porze roku na pewno warto odwiedzić liczne mediolańskie parki . Może jeszcze uda mi się zobaczyć zielony Mediolan . To miasto, które warto zobaczyć bez względu na porę roku.



A z tego wielkiego i pięknego dworca głównego (Centrale) pojechaliśmy pociągiem do Bergamo. Też zdobyło moje serce :) cdn.