wtorek, 14 maja 2019

Drobiazgi

Nic specjalnego się nie dzieje. Ale przecież każdego dnia może nas coś zadziwić, zaskoczyć mile, może nas coś wzruszyć, coś ucieszyć. Takie drobiazgi, na milszy dzień, żeby nie narzekać, że beznadzieja i wszystko jest do...wiadra, jak mówią Niemcy.
Czas konwalii, lubię te drobne, delikatne białe kwiatki, które pachną upajająco, a przecież nie nachalnie. I które są tak piękne i cenne, bo trwają tak krótko - w naturze 2 tygodnie i po kwiatach, zerwane- 4 dni w wazonie, a potem już nie pachną i więdną. W staropolszczyźnie konwalię zwano landyszem (po rosyjsku, to nadal ландыш ). To roślina silnie trując, ale też lecznicza, lepiej trzymać kwiaty z dal od dzieci.
 Na drugim ogrodzie rosną mi konwalie na trzech stanowiskach, bujnie się rozrastają, są ekspansywne. Od opanowania całego ogrodu powstrzymują moje konwalie betonowe krawężniki, wkopane głęboko w ziemię. W dwóch innych miejscach konwalie przeszły do mnie od sąsiadów. Sąsiedzi w międzyczasie zlikwidowali konwalie po swojej stronie, a u mnie zostały i sobie kwitną, zupełnie mi nie przeszkadzają. Pojechałam specjalnie 15 km po bukiecik konwalii. I żeby pooddychać tym miejscem, które było długie lata moją wakacyjną rodzinną oazą (przesadziłam na swój przydomowy ogród dwie kępy tych konwalii, ale uparte, u mnie wcale nie chcą się rozrastać, moich sześciu kwitków żal było zrywać). 
Wypiłam tam sobie kawkę na tarasie, z kruchym ciastkiem("sucha" kawa, czyli bez ciastka, to niepełna przyjemność), popatrzyłam na zdziczały ogród z pewną nostalgią, a potem zerwałam bukiecik konwalii, kroplę w morzu zieleni i kwiatków. I pojechałam do domu.

Tu rosną sobie pod murem na daczy.

A tu już mi pachną w domu.
Jak się przyjrzycie, to zauważycie jeden biały groszek pachnący. Też cudnie pachnie.
To kolejny miły drobiazg dziś i zaskoczenie.
Mam przy domu pnącą różę , na tę różę wspinają się też groszki, ale nie pachnące, tylko takie różowe, wieloletnie. Na razie nie kwitną. Ale blisko domu zauważyłam, że zakwitł biały groszek. Czyżby różowy zmienił kolor po latach? Zerwałam i z nawyku powąchałam. Ach, jakieś cuda! To groszek pachnący! Ale skąd? Może kiedyś wysiewałam tam  pachnący groszek? Nie pamiętam, jeśli tak, to dawno. Jeszcze kilka kwiatków kwitnie, nie zrywam. I liczę teraz na jeszcze inny kolor ;)
A wracając z drugiego ogrodu do domu zachwyciłam się parą żurawi, które za nic mają auta i spokojnie "pasły się" na łące, przy szosie. Ta szosa nie jest zbyt ruchliwa, oprócz mnie żadne auto akurat nią nie jechało ( jakieś puste 4 km), ale jednak to szosa. A żurawie widziałam tak blisko dopiero drugi raz w życiu. I to bardzo blisko miejsca, gdzie te ptaki (też parę) widziałam parę lat temu. Gdy widzę bociany z bliska, na gnieździe, na łące albo w locie też zawsze się uśmiecham i cieszę z ich widoku. To takie okazałe ptaki, a towarzystwo ludzi nie tylko im nie przeszkadza, a wręcz jest im miłe.
Pamiętam taką sytuację: bocian usiadł na dachu naszych najbliższych sąsiadów. Prawdziwy potomek pterodaktyli. Posiedział, odpoczywając chyba i poleciał dalej. Rozradowana opowiedziałam o tym sąsiadce, przy najbliższym spotkaniu (to przecież wyróżnienie, gdy taki piękny, duży ptak wybierze nasz dach). A sąsiadka, jeszcze młoda mama dwójki dzieci, ze  strachem w głosie zaczęła machać ręką "nie, nie, tylko nie bocian". Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, czego ona się wystraszyła ;) Ale na wyrost, ma tylko tę dwójkę potomstwa ;)
Pogoda dziś była zmienna, po pochmurnym przedpołudniu słonko co jakiś czas wyglądało zza chmur aż do późnego popołudnia. uwierzyłam, że "zimni ogrodnicy" już minęli i że teraz przymrozków już nie będzie i posadziłam sadzonki pomidorów, które od kilku dni hartowałam w ciągu dnia i chowałam na noc pod dach. Mam w tym roku dwa zagonki warzywne, więc mogłam z sadzonkami "poszaleć";) Jeszcze tylko wsadzę jedną czerwona paprykę (gdy kupowałam, zostały tylko żółte) i zagonek będzie obsadzony.
Na drugim zagonku posadziłam fasolę, ale na razie się jeszcze nie wychyla, pewnie jej za zimno. Na pozostałym kawałku poletka posieję, pewnie jutro, ogórki. W zeszłym roku ładnie mi owocowały.
I to sadzenie dziś też mi dało zadowolenie.



Mizernie to jeszcze wygląda, ale oczami wyobraźni już widzę te przyszłe zbiory :) Na pewno za jakiś czas pokażę, jak rosną.


I jeszcze taki kącik ogrodu, który też za jakiś czas zakwitnie bardziej :)
Takie drobiazgi, ale ważne, że przeganiają szarość.

wtorek, 7 maja 2019

Obiadek

Zwykle robienie obiadu, to dla mnie codzienny obowiązek. Czasami, jak dziś sprawia przyjemność.
Codziennie muszę podjąć decyzję, jaką zupę zrobić na obiad (bo zupa "musi" być). Najczęściej zaczynam od rosołu z jakąś częścią kurczaka (bo się szybko gotuje) i włoszczyzną, a potem najczęściej robię różne wariacje na temat pomidorowej (bo tę robię najszybciej). Dziś zawiesiłam oko na małej zeszłorocznej kapuście białej, która już parę dni leżała na stole i czekała na użycie. A może by tak zrobić szczi? Dawno nie robiłam.
Szczi - щи, czyli rosyjski kapuśniak, nazwę ma, przyznacie, "niechętną" dla polskiego ucha. Ale to bardzo popularna za naszą wschodnia granicą zupa, nie wiem, czy nie najpopularniejsza. Może być w bardzo prostej formie(woda, kapusta, jabłko, przyprawy, łyżka śmietany) a może być na bogato.  Może znacie taką zupę i nawet nie wiecie, że jadacie szczi?
U nas w Wielkopolsce taka zupa kapuściana jest nieznana. Bo to kwaskawa zupa ze świeżej kapusty. Tutaj, jeśli robimy zupę z kapustą, to jest to zwykle kapuśniak z kiszonej kapusty, a jeśli kapusta jest świeża, to w zupie jest składnikiem zupy jarzynowej.
Więc pokroiłam, poszatkowałam kawałek główki, na oko 30 dag (główka miała kilogram) i gotowałam, dodałam pół podsmażonej cebulki, w piórkach. I obowiązkowo jeden liść laurowy i 5 ziaren ziela angielskiego. Potem pokroiłam na drobne kawałki 2 ogródkowe jabłka (małe), już bardziej słodkie niż kwaśne (zwykle dodaje się dość kwaśne jabłko), dalej gotowałam. Gdy rosół z mięsem się ugotował, to i kapusta była miękka, a jabłka się ładnie rozgotowały. Odcedziłam rosół, pokroiłam marchewki z rosołu i kawałek selera, i mięso, dodałam to wszystko do kapusty, wyjęłam liść i ziele, dołożyłam łyżkę przecieru pomidorowego, żeby zupa była kwaśniejsza, ale tylko lekko kwaskowa, na koniec już po zdjęciu z ognie dodałam łyżkę śmietanki kremówki (może być śmietana, nie miałam) Już na talerzu ubrałam łyżeczką jogurtu (zamiast śmietany) i zieloną pietruszką. Wszystko oczywiście osoliłam do smaku (czyli mało). Aha, dodałam jeszcze łyżkę kus-kusu, żeby było pożywniej. I w wersji rosyjskiej obowiązkowo do zupy musi być chleb (ale ja nie jadam). A oto efekt:
Mojemu smakowało. :)
I właściwie tyle by wystarczyło na obiad.
Ale miałam jeszcze od wczoraj małą porcyjkę duszonych polędwiczek wieprzowych, należało zjeść. Tylko ziemniaki się skończyły, a do sklepu to mi się zupełnie nie chciało iść (ani jechać - najbliższy 700 m od nas). To zrobiłam kaszę. To też bardzo w rosyjskim stylu.
Ostatnio często gotuję kasze. I jest w czym wybierać. Najbardziej chyba lubię smak bulgura, kaszy bliskowschodniej z pszenicy durum (czyli tej, co na makarony). Bulgur gotuje się 15 minut od zagotowania wody i ma zupełnie neutralny smak, pasuje do wszystkiego. Uniwersalny.
Podobna w smaku jest kaszka orkiszowa, tylko bardziej sprężysta. Muszę kupić, skończyła się.
Lubię też kus-kus, także bliskowschodnia spreparowana kaszka z pszenicy, nie trzeba gotować, wystarczy zalać wrzątkiem i trochę poczekać. W sam raz na różne nasze wyjazdy i do zup w domu, także do gulaszy. Podobno można jeść i wersji na słodko, ale jeszcze nie próbowałam.
Dziś zrobiłam jęczmienną kaszę perłową.  Ładna, ale w smaku "jęczmienna", nie przepadam.
Robię też kaszę gryczaną, nazwaną przez moich synów "papierową " kaszką, bo jakoś jej smak (zapach?) kojarzył im się z zapachem farby drukarskiej. Gdy byli jeszcze w podstawówce byliśmy na wczasach na Ukrainie, tam dawali nam prawie codziennie tę papierową kaszkę, której chłopcy nie znali i nie bardzo im smakowała. Teraz ta kasza przypomina im dzieciństwo i nawet ją lubią.
Dawno nie gotowałam kaszy jaglanej, też muszę kupić, wcześniej często używałam, bo nie ma glutenu i  była składnikiem diety jednego z synków.
Najrzadziej używam ryż, zdecydowanie za długo się gotuje, jak dla mnie. Jestem niecierpliwa (nie tylko w kuchni).
A jako dodatek do zup często używam kaszki manny i kaszki kukurydzianej (ze swojej kukurydzy).
Ale jako nieodrodna córka Ziemi Wielkopolskiej i żona syna tej Ziemi - nic, na dłuższą metę, nie zastąpi ziemniaków, czyli naszych pyrek powszednich:)
A oto drugie danie Mojego:

Dobrze ma, prawda? ;)

piątek, 3 maja 2019

Maju, cóż zobaczymy dziś?

Tytuł, to takie moje pierwsze skojarzenie ;)
A że maj się już zaczął, to i ja zapragnęłam ruszyć się, gdziekolwiek, z mojego obejścia. Bo ileż można siedzieć w domu i w ogrodzie w długi weekend (szczególnie, że goście byli w pierwszą sobotę i będą jutro). Dziś święto. Takie trochę nieokreślone, z pewnością państwowe, ale też i kościelne. W każdym razie też zapragnęłam mieć święto, bez codziennych obowiązków.
No to zaproponowałam obiad na wyjeździe. Jak wiecie mieszkam wśród pół , "w środku niczego", a raczej w centrum dawnego państwa Piastów. W niewielkiej odległości od naszej wsi można napotkać zabytki sprzed  przeszło ery i wszystkich kolejnych stuleci. 18 km od nas  znajduje się Giecz - dawne gniazdo rodu Piastów, teraz muzeum - skansen archeologiczny.  Niecałe 20 km mam do Lednicy, ponoć Chrzcielnicy Polski (takie napisy widnieją na przyporach wiaduktów na A5 w mojej okolicy), do Gniezna tylko 32 km. W pobliskich miasteczkach Kostrzynie i Pobiedziskach stoją gotyckie kościółki z (odpowiednio) XV i XII wieku. We wsiach sąsiednich, także w mojej wiosce są drewniane kościółki z XVIII wieku i pałace i dwory ziemiańskie z XVII-XIX wieku.  W sumie ciekawa okolica (nie takie "nic"). Restauracji w naszej wsi nie ma, chociaż stoi bardzo dobrze zachowany budynek dawnej karczmy - naprzeciw kościoła, oczywiście. Do restauracji zwykle jechaliśmy do Miasteczka. Ale dziś chcieliśmy przetestować nowe miejsce. Widziałam reklamy zajazdu w malutkiej wsi na uboczu, z dala od głównych dróg. Byłam prawie pewna, że albo restauracja będzie nieczynna, albo zarezerwowana na imprezę rodzinną. I rzeczywiście - stoły pięknie udekorowane, a kuchnia dla indywidualnych konsumentów zamknięta. Trudno, imprezy zamknięte dają lokalowi zarobić. Pojechaliśmy dalej, czyli bliżej Miasta. I trafiliśmy do restauracji, w której imprez zamkniętych nie organizują, nie muszą;). Tę restaurację znam z widzenia. Ma długą tradycję. Gdy zaczynaliśmy jeździć na budowę naszego domu, 20 lat temu, to mijaliśmy ten lokal : "Bambaryła" ?? Cóż to za nazwa? Dziwna, żeby nie rzec dziwaczna. I jakoś nigdy dotąd nie było okazji, żeby tam wstąpić i żeby się zatrzymać. Teraz w końcu nadarzyła się okazja. Obiadek był smaczny i szybko podany (zrazy wołowe z pyzami i modrą kapustą, danie wręcz kultowe, dla Mojego, a dla mnie smażony sandacz z zestawem surówek, pycha).
A ta ciekawa miejscowość to Tulce. Teraz prawie na granicy Poznania. Dawniej na starym trakcie z Poznania do Środy. Ale dopóki mieszkałam na przeciwległym krańcu miasta i nie miałam działki budowlanej z tej strony, to nie słyszałam o Tulcach. A ponoć tutejszy kościółek, pod wezwaniem Narodzenia NMP,  Sanktuarium Maryjne, jest znanym miejscem kultu. Jak przeczytałam na stronie parafii tuleckiej   kościółek  w stylu późnoromańskim, z palonej cegły powstał w XVI wieku, a parafia tulecka istniała w miejscowości już w XII wieku, był tu wtedy kościół drewniany.




 Najcenniejszym zabytkiem jest drewniana rzeźba matki Boskiej z Dzieciątkiem, z ok. 1500 roku, z drewna lipowego polichromowana. Stoi w głównym ołtarzu (piękny i wielki barokowy ołtarz, zajmuje całą szerokość nawy, tego jednonawowego kościółka), w specjalnej wnęce pośrodku ołtarza. .

(zdjęcie z internetu) 
Miałam szczęście, zaglądając do kościółka. Z okazji święta rzeźba była odsłonięta, na co dzień jest przysłonięta obrazem, przedstawiającym rzeźbę (przeczytałam, że obraz namalowano w Poznaniu w początkach lat 60-tych).  Nie zrobiłam zdjęcia wnętrza, bo kilka osób stało na środku kościoła, czekając na spowiedź (bo kościółek malutki i ciasny), nie wypadało robić im zdjęcia.
Pogoda nie sprzyjała spacerom, chociaż słonko wyszło na chwilę zza chmur. Obeszliśmy kościół naokoło, Mój sprawdził, czy są w pobliskim księżym stawie ryby (nie było)  i wróciliśmy do auta i do domu.


A w domu, z okazji święta miałam do podwieczorku ciasteczka.
Upiekłam je wczoraj wieczorem. Ponoć najprostsze z ciastek (tak twierdziła 90 -letnia znajoma mamy, przynosząc jej te własnoręcznie upieczone rożki).
Mówiła: tyle samo sera-twarogu, tyle samo tłuszczu (masła, margaryny), tyle samo mąki. Wygnieść, wywałkować, wykrawać, dodać dżemu, zlepić, upiec, posypać cukrem pudrem. Gotowe.
Wzięłam wszystkiego po 200g (przyznam się, że masła wzięłam tylko 150g) i po wygnieceniu ciasta wstawiłam na 2 godziny do lodówki, dopiero potem wałkowałam i wykrawałam, szklanką, jak na pierogi, a można z kwadratów robić trójkątne rożki, jak kto chce.


Od wczoraj do podwieczorku została ich tylko połowa. I pomyśleć, że wszystkie wykrawałam tą samą szklanką? ;)

wtorek, 30 kwietnia 2019

Listy

Wiecie, że wiele lat temu, gdy dopiero wprowadzano internet i pocztę elektroniczną polscy studenci informatyki proponowali na e-mail polska nazwę "listel" - list el.ektroniczny. nazwa sie nie przyjęła, szkoda. Czy jeszcze ktoś pisze normalne listy, na papierze listowym? To jest (i dla mnie zawsze była) pewna celebra. Trzeba było zadać sobie trochę trudu , mieć ten papier listowy albo chociażby czysta mowa kartkę papieru, trzeba było przemyśleć, co sie chce napisać, bo przecież pisało się ręcznie i nie wypadało skreślać i poprawiać, w końcu trzeba było mieć znaczek i kopertę ( czyli wydać parę groszy, teraz to już są ciężkie złotówki) i znaleźć trochę czasu, żeby napisany list wrzucić do skrzynki (czy współczesne dzieci wiedzą co to). A potem, gdy korespondencja była intensywna, trzeba było poczekać kilka dni na odpowiedź (w Polsce) albo nawet kilka tygodni (gdy pisaliśmy za granicę). To czekanie miało swój rytm i swój urok. W czasach studenckich regularnie pisałam listy do przyjaciółki, która wyjechała na studia do stolicy. To był i tak najszybszy sposób kontaktu, przecież nie wszyscy mieli w domach telefony (wtedy tylko stacjonarne Tepsy), a na kwaterach studenckich najczęściej ich nie było. O komórkach wtedy w Polsce jeszcze nie słyszano (środek lat 70-tych).
 A teraz? Wydawało by się, że nic prostszego napisać mail, jak dawne listy, prywatny, do bliskich znajomych - osobisty. W tym liście to, co i w dawnych listach: trochę o swoich sprawach, czasem pytania o radę, o zdanie, zwykle pytania, co słychać u odbiorcy.
I proszę mi powiedzieć, czy jest jakaś etykieta mailowa? Zawsze mi się wydawało, że na list należy odpowiedzieć, a to znaczy nie tylko napisać swój monolog, ale też odnieść się do pytań i spraw poruszonych w mailu nadawcy. Inaczej - po co pisywać do kogoś? W końcu są jeszcze blogi ;) można, jak ktoś potrzebuje, pisać o wszystkim, absolutnie o wszystkim, i nawet nie specjalnie dbać o to, czy ktoś komentuje, czy nie (można nawet nie mieć opcji komentarza). Ja rozumiem, że nie zawsze ma się czas i ochotę odpowiedzieć na mail zaraz po jego przeczytaniu. Ale ile czasu można czekać na odpowiedź? Zwłaszcza, gdy zada się konkretne pytania dotyczące bieżącej sprawy? Gdy czekam daremnie jest mi po prostu przykro.
Bo ja ciągle się dziwię ( a powinnam już zmądrzeć na stare lata), że ludzie, nawet znajomi, postępują inaczej, niż bym się spodziewała. Gdy ktoś nie odpowiada mi na np. trzeci list, to myślę sobie, że nie ma głowy do pisania i że nie ma też ochoty mną sobie tej głowy zawracać (wiem, wiem, odzywa się we mnie rozpieszczona jedynaczka). I jeżeli sytuacja pozostaje niewyjaśniona (bo przecież są i inne komunikatory, sms-y, czy choćby bezpośrednie telefony), to z bólem serca (a czasem i bez bólu) znajomość przechodzi do historii.  Nie chcę i nie będę się narzucać. Są sytuacje wyjątkowe, o których wiem. Wtedy mam "zielone światło" na pisanie listów i nie oczekuję odpowiedzi w jakimś wymiernym czasie. A odpowiedź przyjdzie, gdy to będzie możliwe. Ale to są wyjątki, nie norma.
Tak mnie naszło, bo cierpliwość (nie tylko do listów) gdzieś mi się zapodziała.
A poza tym jest znów pięknie i tylko wody ciągle u nas za mało, bo deszcz dżdżył, a nie padał.


piątek, 26 kwietnia 2019

Cudnie!

Dzisiaj był piękny dzień. Pod każdym względem. Ale przede wszystkim było cudnie na dworze. A ja byłam niezwykle pracowita.
Pojechałam w południe do szkółki bylin po kwiatki. Szkółkę znalazłam - ogrodnictwo ogromne. Ale bylin za wiele nie mają (mają ogrom krzewów ozdobnych i drzew ozdobnych, także mnóstwo traw), ale maja sprzedaż detaliczną, dla takich szaraków, jak ja. Przede wszystkim chciałam dzielżan. Pani w kantorku mówi, że nie ma. No, rozczarowała mnie. Ale mówi, że tu jest samoobsługa i mogę sobie chodzić, oglądać i wybierać, co tylko chcę. To mi odpowiadało. Mogłam obejrzeć każdą donicę z sadzonkami, ocenić kondycję roślin i sprawdzić cenę. W każdej grupie roślin było kilka z przyczepioną  kartką z nazwą i ceną. Jak to dobrze, że jako ogrodniczka teoretyczka i osoba z natury ciekawska, znam większość łacińskich nazw bylin (mam taki katalog, gdzie wszystkie kwiaty mają nazwy alfabetycznie po łacinie i tylko polskie tłumaczenie maczkiem). Chodzę sobie, oglądam, a tu też wszystkie nazwy po łacinie, bez tłumaczenia. I cóż ja widzę : Helenium (odmiana Siesta)! No, przecież Helenium, to dzielżan ! Bardzo byłam (z siebie) zadowolona. Oczywiście wzięłam, zaciskając zęby ( 30 zł za donicę, ze sporą kępą sadzonek). Zrobiłam sobie jeszcze drugą przyjemność kupując dwie donice płomyka, czyli floksów. Ponoć biały (no trudno) i różowy (ciekawe jaki różowy). W każdej donicy co najmniej 10 roślinek (czyli potencjalnie 10 kwiatów). No i skusiłam się jeszcze na kwitnący już floks szydlasty i irysy syberyjskie, bo moje takie jakieś mizerne, w zeszłym roku mi nie kwitły. Trochę nowej "krwi" się przyda. Zapłaciłam 9 dych, bez bólu.
A potem pracowicie sadziłam nowości i okazuje się, że zajęły ostatnie wolne eksponowane miejsca. Teraz gladiole posadzę już "z widoku", bo ich widok z tarasu przysłonią leszczyny na środku "pola".  A sił na więcej rabat kwiatowych nie mam. I tak spływałam potem, bo dzień był upalny ( a sadziłam kwiaty dopiero przed wieczorem).
Wcześniej pojechałam na daczę, na mój drugi ogród,  który dla mnie zawsze będzie ogrodem Rodziców. Odziedziczyłam i nie sprzedam. Dla mnie to magiczne miejsce. Teraz dość zaniedbane, niestety. Także za sprawą zeszłorocznej suszy. Wiele posadzonych na wiosnę roślin, głównie warzyw, ale także truskawek, nie wytrzymało bez podlewania, a deszczów nie było. Tylko chwasty nic sobie nie robiły z suszy. No i drzewa owocowe, szczególnie jabłonie, zniosły suszę nieźle. I miałam klęskę urodzaju (do dziś zużywam te jabłuszka, całkiem dobrze się przechowały w piwniczce na daczy).
To miejsce ma w sobie ciepło i miłość tych, których już nie ma,  także miłość do tej ziemi. Tu spędzałam długie akademickie wakacje z Rodzicami i moimi dziećmi. Dla nich to tez miejsce szczególne. Tato dbał o ten sad i warzywnik jeszcze w dziewięćdziesiątym czwartym roku życia. Z kwiatów uznawał tylko tulipany i je hodował. Inne kwiaty, to były "chwasty", przecież nie można ich było zjeść ;) Tylko mama i ja starałyśmy się ozdobić chociażby otoczenie tarasu i ścieżkę do domu kwiatami. Wtedy poznałam trochę bylin.
A dziś na daczy była wiosna w rozkwicie.  Brzozy za płotem w wiosennej zieleni, jabłonie kwitną w pełni, na ciemnoróżowo kwitnie pigwa i jeszcze nie przekwitła wiśnia.







 Co nie kwitnie, to się zieleni. Pietruszka z zeszłego roku bujna niebywale i szczypiorek gruby i wysoki (wieloletni), bardzo mu te warunki odpowiadają (u mnie ledwo rośnie i cieńszy od sznurowadła).
Kwitną też tulipany, te wcześniejsze, czerwone i żółte już przekwitły w pełnym słońcu, te późne w odcieniach różu i fioletu, a także kilka białych i czerwonych nie dotrwają do maja. Bardzo wcześnie, już kolejny rok, skończą kwitnienie ( tradycyjnie tulipany kończyły kwitnienie około 15 maja, wtedy w pełni zaczynały kwitnąć konwalie, ale ostatnio wszystko się przyspieszyło).

Zerwałam do wazonu, bo na daczy nikt ich nie będzie oglądać (podobno ma padać i być chłodniej, to nie pojadę).
A wracając do domu podziwiałam rozległe pola kwitnącego rzepaku i czułam jego miodny zapach.

Cudnie jest na wiosnę :)

środa, 24 kwietnia 2019

Drogie hobby

Muszę przyznać, że "nie wiem, na jakim świecie żyję". A jeszcze, że chyba podrzucono mnie ze Szkocji do tej Wielkopolski, za skąpstwo.  To mi się tak nasunęło po pobieżnym dość przeglądzie cennika jedenej z internetowych szkółek ogrodniczych, z bylinami. Chciałam w tym roku trochę (trochę!) zainwestować w moją rabatę bylinowa, więc zaczęłam szukać szkółek bylin i przeglądać katalogi. Najpierw dowiedziałam się, że nieodległe ogrodnictwo w Mieście nie prowadzi sprzedaży detalicznej i mogę kupić najmniej skrzynkę kwitów jednego rodzaju za minimum 300 złotych. Odpada, nie mam miejsca na skrzynkę bylin, nawet najpiękniejszych. I nie mam zamiaru wydać 300 złotych. A katalog roślin mają imponujący - ponad 2 tysiące rodzajów i odmian bylin i traw. Mogę pojechać do wytypowanych sklepów ogrodniczych w Mieście, do których szkółka dostarcza rośliny, i co? Zamówić sobie po kilka roślin z kilku rodzajów? Może? Ale to i tak daleko, i tak bez skrzynki do przewozu owych  nie obyłoby się. Przeważnie rośliny w takich centrach ogrodniczych są w osobnych doniczkach, zwykle już wyrośnięte, czasem nawet z kwiatami. A te kwiaty w naturalnych warunkach mają jeszcze czas na kwitnienie. Bo jak teraz kwitną, to co mi zakwitnie w lipcu, sierpniu? No i nie mam pojęcia o cenach w takich centrach ogrodniczych, na pewno są "odpowiednie". Weszłam więc na stronę szkółki wysyłkowej. I tu ceny mnie zaszokowały. Taki dzielżan ogrodowy, którego nigdy jeszcze nie miałam, kosztuje średnio 10 zł za jedną sztukę. Pytanie, czy jedna sztuka, to jedna roślina i ile kwiatów wyda taka jedna roślinka? Podobno to kwiat na każdą glebę, odporny na mróz, mało wymagający. Coś dla mnie akurat. Ale jedna roślinka, to jak żadna roślinka, rabaty nie zrobi. Do tej pory byłam sobieradkiem, moje byliny wyhodowałam z nasion albo z rozsad od rodziny i przyjaciół. Smagliczkę skalną, jeżówkę, gailardię, słoneczniczki, mak wschodni, rudbekię lśniącą, złocienie (margaretki)- z nasion, orliki, piwonie, bergenie, irysy różne, tojeść kropkowaną, firletkę kwiecistą, funkie, dąbrówkę, konwalie, barwinka i pewnie parę innych jeszcze drobnych bylin - z ogrodu rodziców i od znajomych. Nie miałam potrzeby kupować, a na super odmianach mi nie zależało. Teraz chciałam pójść szerzej i " oczy mi się otwarły". Całe szczęście nie mam ambicji ani potrzeby posiadania pięknego, wypieszczonego ogrodu ( nie mam przede wszystkim sił i chęci do roboty). No i nie mam ochoty wydawać majątku na moje pole. Podziwiam śliczne, wypracowane ogrody, jak dzieła sztuki, a jeszcze bardziej podziwiam pracowitych właścicieli - ogrodników pasjonatów. Teraz popatrzę na takie ogrody także jak na kapitałochłonną inwestycję. Ale chyba każdy ma takie swoje "potrzeby", czy hobby, na które nie żal mu wydać pieniędzy. Mnie nie żal bywało pieniędzy na dobre buty, na srebrne broszki, na dobre perfumy, mapy, przewodniki, książki. Ale ile można mieć tego wszystkiego? Od pary lat drastycznie ograniczyłam zakupy przedmiotów, ogród też nie jest moim priorytetem. Ale jeszcze nie zrezygnowałam z chęci poznawania nowych miejsc. Póki siły i finanse pozwolą będę zwiedzać.
A ten dzielżan ( i może krwawnik kolorowy) być może kupię w łaskawszej cenie w pobliskiej szkółce bylin, której adres znalazłam w internecie (i oprócz adresu i godzin otwarcia żadnych innych informacji). Się zobaczy. Te byliny, to z lenistwa i niecierpliwości. Bo kanny, dalie i galtonie już posadziłam, ale wzejdą w maju. A ja chciałabym już teraz chociaż trochę więcej zieleni. Zwłaszcza, że temperatury zapowiadają nam już wysokie.

Dzielżan. Z katalogu bylin (Związek Szkółkarzy Polskich)

piątek, 19 kwietnia 2019

Na te Święta

Wiosennie nam się zrobiło, wręcz "latowo"(bo nawet nie letnio, tylko od razu gorąco - ach ten język polski).
Wiosna wybuchła kwitnącymi drzewami owocowymi i zielonymi liśćmi na innych drzewach. Wszystko kwitnie i tylko nie nadążam z podlewaniem (bo susza, pył z pół w zębach skrzypi).
Pojechałam na mój drugi ogród (po rodzicach). A tam dzicz, może jakiś dobry duch (dobra dusza) pogospodarzy tam trochę, bo nie mam sił ( posadziliśmy trochę ziemniaków, od kuzyna, ponoć bardzo smaczne i wczesne, i cebulkę , bo stale mam w głowie słowa taty "ziemia nie może leżeć odłogiem", a tam tego ugoru sporo). Ładnie na tym Polu, tak romantycznie, i niechby sobie wszystko rosło na dziko. Tylko jak znów nie będzie deszczów, jak w zeszłym roku, to zrobi się tam spalony step (jak w zeszłym roku). Niestety.
Ale na razie jeszcze jest zielono i nawet ostatnie forsycje jeszcze nie zwiędły do końca (na tamtym ogrodzie jest zwykle zimniej niż u nas, wiosna przychodzi tam później).


To już pewnie wspomnienie, przez ostatnie dwa dni słonko piekło mocno, kwiatki pewnie zwiędły.

Ten wypad na drugi ogród, to był przerywnik w przygotowaniach świątecznych.
Już tylko sałatki zrobię jutro i barszcz, i mogę świętować i  czekać na gości.:)

A wszystkim Wam, odwiedzającym mnie tutaj życzę pięknych, pogodnych, serdecznych i zdrowych Świąt!

Wesołego Alleluja!