sobota, 13 czerwca 2020

Czas moich róż

Właśnie w czerwcu róże wszędzie wybuchają, kwitną najbujniej. witamy je niecierpliwie i z zachwytem.
To banalne, ale uwielbiam róże. Na pewno są odmiany, wymagające troski i dbałości, kapryśne i wrażliwe. Takie róże nie dla mnie.
Jako leniwy ogrodnik muszę mieć kwiaty wytrzymałe na nie zawsze komfortowe warunki pogodowe i glebowe. Na pierwsze nie mam wpływu, na drugie staram się wpływać, ale bez przesady.
Nie trzęsę się nad roślinami, nie chodzę stale z opryskiwaczem, nie nawożę, co miesiąc. Na początku wiosny, daję pod róże jakiś kupny nawóz w płynie, dorzucam granulowanego "kurzyńca"(z ptasich g..), jak sobie przypomnę. Potem, jak zobaczę mszyce, to likwiduję mechanicznie i truję.
Jestem przywiązana do moich róż. Nie obcinam krzewów, nie formuję. pozwalam im rosnąć "na żywioł". Jedna z róż, wielkokwiatowa, pąsowa, późna, sięga już chyba "I piętra" (choć  mam dom parterowy), trzeba będzie ją przyciąć, bo za rok nie dosięgnę już kwiatów, nawet wzrokiem.
Kupiłam pierwsze krzaki w szkółce róż, niedaleko domu. Wtedy ogrodnik jeszcze sam hodował młode róże, kosztowały 4 zł za krzaczek (przeszło 10 lat temu). Później zaczął sprowadzać małe sadzonki róż z Holandii i sprzedawał już większe, podrośnięte  krzaczki za 10 zł (4 lata temu).
Gdyby mi któraś róża nie przeżyła zimy, to byłoby mi smutno, ale tragedii by nie było, każdej chwili mogę dokupić podobne .
Te róże rosną mi przed kuchennym oknem. Teraz widzę je w pełnej krasie, cieszą moje oczy.




 Portrety róż :)
Tu te młodsze krzaki.


Te starsze.

A z drugiej strony domu, przy tarasie róża pnąca, też ma już około 10 lat.



I jeszcze "bonus" w postaci kotki - rezydentki. Zadomowiła się i nie opuszcza tarasu :)

wtorek, 2 czerwca 2020

Dzień Dziecka w plenerze

Można wymyślać różne atrakcje dla wnuków na Dzień Dziecka. Ale jakoś jestem ostatnio wyprana z pomysłów. Wybrałam proste rozwiązanie.
Po okresie długiego siedzenia w domu, po chłodnych nocach i średnio ciepłych dniach, wczoraj objawiło się lato! I wspaniale! Idealna okazja, żeby zabrać wnuki "w przyrodę".
Mamy pod Miastem , pod bokiem, Park Narodowy - Wielkopolski. Piękne lasy i jeziora.

"Wielkopolski Park Narodowy, utworzony w 1957 r., znajduje się w powiecie poznańskim, w odległości zaledwie ok. 15 km na południe od Poznania. Park obejmuje fragmenty Pojezierza Poznańskiego oraz Poznańskiego Przełomu Warty. Jego powierzchnia wynosi obecnie 76,2 km2, natomiast otulina obejmuje obszar 73,8 km2.
Krajobraz Parku ukształtowany został w wyniku działalności lądolodu podczas ostatniego zlodowacenia i charakteryzuje się dużym zróżnicowaniem rzeźby terenu. Występują tu liczne elementy krajobrazu polodowcowego: wysoczyzna morenowa, rynny wypełnione w większości wodami (11 jezior), pagórki kemowe*, ozy*, spotyka się głazy narzutowe. (...)
Przyroda parku jest bogata i urozmaicona (...) Na obszarze Parku dominują zbiorowiska leśne. Są to: bory sosnowe, sosnowo-dębowe (bory mieszane), kwaśne dąbrowy, lasy dębowo-grabowe (grądy), świetliste dąbrowy, łęgi wiązowo-jesionowe, lasy olszowe (olsy) oraz zarośla łozowe.
Najgłębsze i uważane za najpiękniejsze jezioro Parku to Jez. Góreckie (powierzchnia 97 ha) ." (to informacje z serwisu "Region Wielkopolska"). 
I właśnie Jezioro Góreckie było naszym  celem. 
Trasa spaceru wiodła brzegiem jeziora, szeroką ścieżką, wzdłuż czerwonego szlaku, od miejscowości Jeziory (siedziba WPN) do południowego "początku" jeziora. Jezioro jest rynnowe, wąskie (ok. 500 m w najszerszym miejscu) i długie (ok.2,5 km), z wyspą pośrodku.



Wydawało mi się, że idziemy i idziemy, a to było zapewne ok 3 km w obie strony. Ale tak dawno nie spacerowałam, że poczułam się zmęczona.

Po drodze był i taki głaz.

I zwalone pnie drzew, które trzeba było "zdobywać" :)

I ciekawe urządzenie hydrologiczne - aerator pulweryzacyjny.

Majaczy tam na środku, za nim Wyspa Zamkowa (z ruinami zameczku z XIXw., które hr.Tytus Działyński zbudował dla swej siostry hr. Klaudyny Potockiej).

Ptaki mają w Parku raj, niezakłócony przez nikogo. Słyszeliśmy zewsząd ptasie trele, ale zobaczyłam tylko te dwa łabędzie, akurat nieme ;)
Nie samym pięknem przyrody się żyje;) Przy jednym z licznych miejsc odpoczynku (stół i dwie ławy) zjedliśmy smaczne ciastka tortowe i popiliśmy wodą mineralną (bo nie pomyślałam wcześniej, żeby dla dorosłych wziąć kawy w termosie).
A po "trudach" wycieczki zjedliśmy jeszcze obiad w przydrożnym zajeździe. I zakończyliśmy dzień lodami. I wszystkim się  podobało, wszyscy zadowoleni :) Przyroda, to jest "TO". :)


niedziela, 24 maja 2020

Dzień Ślimaka

Siedzę w domu. Taki Dzień Ślimaka. Marazm, monotonia, rutyna. Niby nic specjalnego się nie zmieniło. Różnica jest taka, że siedzę, bo nie mogę wyjeżdżać, jestem ograniczona do pewnego niewielkiego obszaru, poza swój powiat nie ruszam. Ograniczenie odgórne, które, oczywiście, mnie dotyka, bo nie znoszę, jak ktoś mi "mebluje" życie. Na pewno są tacy, którzy lubią, jak inni stawiają im granice (i jeszcze mówią im, co mają myśleć), ja wolę granice wytyczać sobie sama i myśleć (a tym bardziej decydować) też nie pozwolę nikomu za siebie. Więc z rozsądku siedzę w domu (ale mi to mało pasuje).
W tym "domowym" czasie zajmuję się ogrodem, na tyle, na ile pogoda pozwala (tak zimnych nocy w maju nie pamiętam, nie było takich od lat). Głównie podlewam i sprawdzam, czy coś z posianych kwiatów i warzyw rośnie.
Dla uprzyjemnienia sobie południowych i popołudniowych "kawek" - piekę.
Ale jestem w głębi duszy leniwa i robię najczęściej szybkie ciasta.
Najszybszy, to placek "na oleju", kiedy wszystkie składniki (raptem mąka ,cukier, jaja, olej i odrobina proszku) miksuję razem (zaczynając od jajek z cukrem) i wylewam na blachę. Na wierzch jakiś owoc (latem świeży, teraz ze słoika albo mrożony). Ostatnio nawet owocu nie dałam, tylko jedliśmy placek z musem jabłkowym (własnej roboty mus).
Zdjęcia nie mam, o tym placku pisałam już parę razy.
Drugim częstym wypiekiem są ciastka. Albo takie zwykłe kruche, albo takie z czekoladą i rodzynkami (albo orzechami laskowymi) , jak "cookis". Przynajmniej starczają na dłużej.
Zrobiłam też w międzyczasie tiramisu, z mascarpone i żółtkami, nawet biszkopt cieniutki upiekłam, bo w sklepie gotowych biszkoptów nie dostałam.
A gdy są białka, robię bezy.


Czasem robię babkę, z nostalgii za domem rodzinnym, gdzie właśnie babka była najpopularniejszym wypiekiem. Mama (która nie pijała kawy), mówiła, że nie lubi "suchej" herbaty. To znaczyło, że do herbaty zawsze było jakieś ciasto, nigdy sama "sucha" herbata (czy kawa dla taty). A "zawsze" to było codziennie. Wyobraźcie sobie, że codziennie po obiedzie była herbata i ciasto, najczęściej babka, domowej roboty (a moja mama pracowała zawodowo, wracała do domu o 15.30, podgrzewała obiad przygotowany rano, zawsze zupę i drugie danie, więc obiad był około czwartej, a po obiedzie zaraz podwieczorek) :)
I mama nie miała cukrzycy (tato, owszem, dostał w późniejszym wieku). I nie byliśmy grubi, żadne z nas.
Tak mi zostało. Uwielbiam ciasta, ciastka, świeże wypieki.  Bez cukierków, czekolad mogę żyć, bez ciasta czegoś mi brakuje ( przyjemności?) ;)




To ta babka w kamionkowej foremce, świetnie się piecze, łatwo wychodzi.

Najbardziej oczekiwane przez Mojego jest ciasto drożdżowe. A dla mnie jest ono nieco problematyczne. Bo jestem niecierpliwa, a ciasto drożdżowe wymaga nieco czasu. Drożdże muszą wyrosnąć (no i trzeba je mieć, mam zwykle zamrożone, ale i tak może coś pójść nie tak), potem ciasto wyrobione powinno wyrosnąć (a czas ucieka), no i należałoby zrobić kruszonkę, to wszystko trwa. A ja bym chciała jak śpiewał Queen "mieć wszystko i mieć to teraz, zaraz".
Czasami (ostatnio coraz częściej) jestem "dobra" dla Mojego i robię drożdżowy wypiek.


Były już bułeczki z jabłkami i rodzynkami.

Potem była słodka bułka z rodzynkami, posypana cynamonem.



W końcu wczoraj zrobiłam klasyka, normalny placek drożdżowy z rabarbarem (akurat sezon na niego) i z kruszonką. I wydaje mi się, że byłam bardzo pracowita ;)



Mój stwierdził, że udał się wzorcowo i ocenił na szóstkę. Pękałam z dumy, bo przecież nie jest to moje popisowe ciasto. 
Nie uważam, że słodyczami i słodkimi wypiekami należy się "pocieszać", ale czasem (ha,ha dwa razy dziennie) można zjeść coś smacznego. Tylko w niewielkiej ilości (ja po jednym kawałku do kawy).

A w ogrodzie prawdziwy "dzień ślimaka". Po deszczu wyszło ich całe mrowie. A że obżerają liście, to się je dziś "eksmitowało" na pola za płotem. Tam teraz jest zielone ściernisko po "zielonce", nie zginą z głodu. Winniczki lubię, to znaczy lubię je obserwować i mimo, że jednak szkodzą pozwalam im żyć, ale jednak z dala od moich roślin.


Tu, już za płotem.
A ten jeszcze na moim ganku.

I tak mijają dni. Na codziennych czynnościach, na czekaniu na ciepło, na deszcz, na normalność...

sobota, 9 maja 2020

W polu

Mieszkam na wsi, prawdziwej wsi. Są tu gospodarstwa i pola uprawne (ale sama widzę, że coraz mniej). Do lasu mam parę kilometrów, na pole parę kroków. Widzę je przez okno. Widzę kilka pól. Każda uprawa, to osobne pole.
Pogoda dziś była cudna, słońce przypiekało, a drobne chmury , przysłaniające na chwilę słońce, chłodziły.
Kończy się powoli ten piękny czas kwitnącego rzepaku. Gdy świeci słońce kwitnący rzepak wygląda, jakby się świecił. To taki piękny "neonowy" żółty kolor. I do tego w ciepły dzień wszystko w pobliżu pachnie miodem, rzepak pachnie (chociaż w dużym stężeniu może być dla niektórych nieprzyjemny, takie "wschodnie kadzidła").


Rzepak po horyzont :)


Żadnych spektakularnych widoków w polu nie było. Taka zwyczajność.  Ale czułam się radosna, wolna, sama na wielkiej przestrzeni. I widoki były swojskie, miłe memu sercu.
Pole poprzecinane jest rowami melioracyjnymi, te mniejsze, węższe są teraz wysuszone, ale i tak nad ich wysokimi brzegami i na ich dnie bujnie rosną różne rośliny: na brzegach bez czarny, głóg, dereń świdwa i sporo tarniny z resztkami kwiatów, na dnie pokrzywy, glistnik i przetacznik , kwitnący modro.

To krzaki bzu czarnego, już maja pąki kwiatowe.


A tu tarnina, już płatki więdną i  opadają, a owocki zawiązały :)


Głóg zaczyna kwitnąć.

Wiem już, gdzie mogę zerwać kwiaty dzikiego bzu na syrop, na naleśniki cesarza Franciszka Józefa, na nalewkę. A potem owoce, z których robię sok. Mam nadzieję, że tarnina w tym roku obrodzi, jak w zeszłym i znów zrobię smaczną nalewkę - tarniówkę. Jest tak samo smaczne, jak ta z derenia, a derenia chyba w tym roku (znów) nie będzie.
Na polu widziałam wschodzące wczesne ziemniaki i ledwo widoczne malutkie siewki kukurydzy. Mimo wielkiej suszy u nas, roślinki wschodzą, rosną. Rosną też zboża. I tu mam problem: czy to żyto jare? Czy może jęczmień? Raczej nie pszenica, ziemia dość licha tutaj (ale kto wie).



Tu widzę żyto ozime, takie resztki, które zostały w ziemi, gdy zboże osypało sie w czasie zbiorów. Już idzie w kłos, ale to niższe, to co? Jare? czy jakieś inne zboże? Ciekawe, czy "wujek Google" mi to wyjaśni? Bo jeszcze niedawno spytałabym tatusia...

 I smutna refleksja: tatuś wiedziałby zaraz, rzut oka na zboże, takie niskie, zielone i bezbłędna klasyfikacja. Tatuś w tym "siedział" 60 lat, sam hodował nowe odmiany pszenicy. A ja rozpoznaję zboża dopiero, jak mają kłosy (chociaż to też nieźle, bo nie każdy rozróżni żyto od pszenicy, czy jęczmienia).
No i tak sobie spacerowałam w słońcu, chłonąc wiosnę, przypominającą lato, zieleń pól, złoto rzepaku, ciesząc się tym miejscem , w którym zdecydowałam się zamieszkać na stare lata ;).
 Jestem we właściwym miejscu, jestem u siebie :)

piątek, 1 maja 2020

Maj

Pierwszy Maja, Święto Pracy. I wcale nie "kumunistyczne" święto. Święto robotnicze, u podstaw, a teraz święto wszystkich pracowników, wszystkich uczciwie zarabiających na życie.
Mój tato opowiadał, jak jego tato szedł przed wojną na nielegalny pochód pierwszomajowy, jak policja pałkami biła i rozganiała spokojnie maszerujących ludzi, którzy milcząco protestowali przeciwko wyzyskowi ludzi "niższych klas" przez klasę posiadaczy i bogatych nierobów.
Tak, jestem lewicowa i nie wstydzę się tego.
Z pochodami pierwszomajowymi wiążą się moje miłe wspomnienia, z najdalszego dzieciństwa i młodości. Najpierw chodziłam z tatą na pochody. Siedziałam "na barana", widziałam z góry morze ludzi, kolorowo było, wesoło. Taty znajomi żartowali, śmiali się, było wkoło tylu uśmiechniętych ludzi. Muzyka grała, na żywo. Podobało mi się. Potem w liceum faktycznie kazali nam na ten pochód iść.  Jak ktoś nie chciał, zawsze mógł przynieść usprawiedliwienie od rodziców. Ale przecież weselej było na pochodzie, niż na lekcji. Można było do woli gadać z kolegami, wygłupiać się, czekając, aż pochód ruszy. A jednego roku nasze liceum dostąpiło "zaszczytu" - szło na czele dzielnicy , nasi wybrańcy nieśli litery z nazwą dzielnicy "Grunwald". Wtedy nas strofowano, pilnowano, obowiązywały białe bluzki, koszule i ciemne spódniczki, spodnie, dostaliśmy też jakieś chustki kolorowe, do machania ;) Nigdy nie czułam jakiegoś oporu przed tymi pochodami. Po pochodzie, który kończył się w środku miasta, szliśmy całą zgrają na lody, do parku, nad Wartę. Fajnie było. I zwykle na pierwszego maja wybuchała wiosna, było ciepło i słonecznie.
To czy wiosna jest wczesna, czy późna określała magnolia w Parku Kasprzaka (teraz Wilsona). Rosła tuż przy wejściu i widać ją było z ulicy. Jeśli rozkwitała na 1 Maja, to była wczesna wiosna, jeśli nie zdążyła zakwitnąć, to znaczyło, że wiosna się spóźnia.
A dziś? Klimat tak nam się ocieplił, że od kilku lat pierwszego maja magnolie od dawna są już przekwitłe. Od lat nie chodzę też na pochody. Od czasu studiów właściwie. Ten wolny dzień wykorzystywałam na wypady w plener. Wtedy od 1 maja zaczynała się ładna pogoda i w parkach i lasach robiło się zielono, dopiero.
Jeszcze niedawno przyjmowano, że tulipany kwitną u nas do "Zoski" czyli do 15 maja. Teraz nie wiem, czy najpóźniejsze odmiany dotrwają tak długo. Po tych wczesnych nie ma już śladu, czerwone i żółte odmiany już przekwitły, teraz zaczynają kwitnąć odmiany różowe, wiśniowe, liliowe, fioletowe, białe. Jeśli będzie chłodniej, to może dotrwają do 15 maja (wątpię).


We Francji 1 maja, to dzień konwalii. U nas zazwyczaj konwalie zaczynają kwitnąć 15 maja. W zeszłym roku prawie "dogoniliśmy" Francję, konwalie kwitły w pierwszym tygodniu maja. Ten rok, ta wiosna jest jednak chłodniejsza. Konwalie dopiero wyrastają, widać już kwiaty, ale czy zakwitną w przyszłym tygodniu? Chyba musimy na nie trochę poczekać.
Zwykle z konwaliami kwitły bzy. W tym roku, bardzo suchym, bzy "się spieszą". Choć i tak w naszym klimacie nie wydają nasion (czasem im się zdarza), to chcą przed całkowitą suszą wydać owoce. I już zaczynają kwitnąć. Wcześnie!


Nawet akacja "ruszyła" i dziś ze zdumieniem zobaczyłam świeże listki na gałęziach akacji, jeszcze do wczoraj zupełnie nagich.


Ponad bzem widać tę zieleniejącą akację :)

I orzechy włoskie są zielone i zaczynają kwitnąć. To maj! Wiosna w pełni, wiosna na dobre!

P.s Przez całą zimę dziergałam z resztek wełen pled . I w końcu pozszywałam 24 kwadraty.
Wyszło coś takiego.

piątek, 24 kwietnia 2020

Powiało latem

No, nareszcie poczułam ciepło wiosny, wręcz lata. Przez dwa dni, bez przykrości można było chodzić po dworze w lekkiej bluzce, aż do zmierzchu i cieszyć się tą odzyskaną wiosną.
Wykorzystałam okazję (i poluzowanie restrykcji) i pojechałam z Moim do lasu. Rok tam nie byłam! W naszym ulubionym, najbliższym lesie. W tym lesie jest polana, na której postawiono "wigwam", niby wielki  namiot indiański lub kurną chatę, z otworem w najwyższej części budowli. Bo w środku jest (było) palenisko na ognisko, gdy pada deszcz ludzie przybyli na spotkanie przy ognisku mogą palić je w wigwamie. W ostatnim roku obłożono go papą bitumiczną, wycięto w ścianach okna. widać zmiany.


Dawniej nad symboliczną bramą - wjazdem na polanę był napis "Stanica Myśliwska Hubertus". Bo stanica należy do  Związku Myśliwskiego, Koła "Hubertus". I członkowie tego Koła postawili tu  na polanie piękny kamień z pamiątkową tablicą.


Stary napis na bramie zniknął, zastąpiła go tabliczka nad wejściem do wigwamu, że to nadal stanica myśliwska, teraz "U Zygmunta" (mam nadzieję, że nie wkroczyliśmy na czyjś teren, nie było żadnej informacji, zakazującej wstępu).
Przed tą niecodzienną budowlą stoją drewniane ławy i stoły, w niezmieniony stanie. A że stoją tak od lat, to czas już je trochę nadgryzł, przez kolejne jesienne słoty i mroźne zimy. Ale nadal można przy stole usiąść i zrobić sobie mały piknik.


My zrobiliśmy podwieczorek, z kawą z termosu i domowym plackiem, w środku lasu, na szerokiej polanie.
Ptaki śpiewały wręcz ogłuszająco (w porównaniu z naszą wsią i ogrodem). Rozsiane dawno temu drzewa owocowe, dzikie grusze, czereśnie, tarnina, czeremchy, wszystko kwitło i pachniało.
A że dni mijają podobne do siebie, to zupełnie zapomniałam, jaki to mamy dzień tygodnia. Zrobiliśmy sobie weekend :) kto nam zabroni?


A po drodze takie piękne widoki - grusza ulegałka. Z owoców nie ma pożytku, ale kwitnie bajecznie! 

Czystobiałe, całkiem duże kwiaty dzikiej gruszy.


To tarnina, kwitnąca mgiełka drobnych kwiatków. Ciekawe, czy będą owoce? W zeszłym roku był urodzaj (chociaż nie sprawdziłam tego w tamtym miejscu). Zrobiłam nalewkę z tarniny, bardzo smaczna! Za tarniną kolejna grusza polna, a dalej już las.


A w lesie (mieszanym) kwitnące czeremchy.


Kwietniowy las późnym popołudniem :) (widzicie tę gruszę na środku?)

A dziś byliśmy na drugim moim ogrodzie. Ten ogród też jest "dziki", niestety, zdziczały (ale skąd brać siły na dwa ogrody).
Tu pięknie kwitną teraz dwie śliwy (grusze też dwie, ale małe, mizerne, może jakąś gruszkę urodzą).


I tulipany, te, co przeoczyłam i nie wykopałam do ogrodu przy domu. Trochę się spóźniłam, bo tulipany tam na pełnym słońcu już przekwitają. Zerwałam, co jeszcze się dało.


Jeszcze trochę postoją i będą cieszyć oczy w domu :).

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

A może coś "po naszymu" ?

Nadal przeglądam rodzinne papiery.
Natknęłam się na zabawny wiersz Lecha Konopińskiego, poznańskiego satyryka i fraszkopisarza. Pisał wiersze gwarą poznańską. ten wierszyk powstał na konkurs na piosenkę o Poznaniu. A ja znalazłam go na obszarpanej, pożółconej kartce z dawnej "Gazety Poznańskiej", sadząc po stanie papieru, z początku lat siedemdziesiątych.
W wierszu są nagromadzone najbardziej charakterystyczne słowa z gwary poznańskiej, które często podaje się, jako jej przykłady. Ale tych "przykładowych " słów właściwie się już nie używa, może, żeby podkreślić miejscowy koloryt, tak w cudzysłowie (wymborek, kluft, antrejka, glazejki, heklować).
Mogę was zapewnić, ze zrozumiałam wiersz bez najmniejszego problemu. Tak mówiła moja babcia jeszcze 50 lat temu, także babcia mojego męża, poznanianka. Podobnie jeszcze niedawno, 30 lat temu mówiła bratowa mojego męża, gdy przyjechała do Poznania z  wielkopolskiej wsi. A mój tato, używający bezbłędnie literackiej polszczyzny, lubił w domu używać słów z dzieciństwa i młodości, słów bliskich i mojemu sercu.
Dziś ja także wielu słów, gwarowych, używam celowo (przejrzałam sobie podręczny słownik gwary poznańskiej) i aż się zdziwiłam, że one są miejscowe, a nie ogólnopolskie ( zdając sobie, oczywiście, sprawę, że są potoczne). Moje ulubione : glajda - coś rozmoczonego, półpłynnego, nieprzyjemne, błoto; fafoły - coś pływającego w roztworze, zupie,  cząstki stałe, męty; chlabra - plucha, roztopiony śnieg; giglać - łaskotać; lumpy - stare ubrania; haczka, dziabka - motyczka do usuwania chwastów; żybura - brudna, mętna woda, kwirlejka - mątewka (do 22 roku życia nie znałam nazwy literackiej, czy handlowej), skibki, czyli kromki i kromka, czyli piętka (w Poznaniu chleb ma tylko dwie kromki), nadusić, czyli nacisnąć itp. Moi synowie też znają te słowa, poznańską intonację i wymowę. A czy używają? Na pewno czasami.

A oto wiersz:

Wyćpiuł Mnie


Jeżdżoł ze mną do Dymbiny,
do zologu my chodzili,
czynsto brał mnie na migane,
na wieprzowom noge z chrzanem,
a roz w parku na Sołaczu
tak ślypiami na mnie patrzuł,
tak bajtlował, a zaś potem
robiuł na co mioł łochote...
Potem fyroł jak ta stonka!
Ech, w wymborku go utonkać!!!

Wućpiuł mnie
jak starom kiste albo wyro!
Wyćpiuł mnie
jak ryczke z wyłamanom giyrom!
Wyćpiuł mnie, jak próżnom tytke na gemyle!
Wyćpiuł mnie
jak zgniłom pyre – no i tyle!
Wyćpiuł mnie
i już go wiyncy nie zobacze!
Wyćpiuł mnie
frechowny szuszwol z rudom glacom!
Wyćpiuł mnie
Wiaruchna, czymu? Wiara, za co?

Tak zawracał mi gitare,
że mu lajsłam kluft na miare,
heklowałam mu szkarpytki,
szykowałam z gzikiem sznytki.
Jod leberke, plyndze, szabel,
szneki z glancem, wuchte babek!
Gdy sie najod, sztachnął ćmikiem,
to obuwał swe trzewiki,
brał katane i glazejki
i jak kejter – wioł z antrejki!
We łbie mi sie zmieścić nie chce,
że on woloł tamtom bekse!

Wyćpiuł mnie...itd

I teraz powinnam chyba parę słów przetłumaczyć z "naszego" na polski ;)
To od poczatku : wyćpić, to wyrzucić,  Dębina, to park leśny nad Wartą, zolog, to wiadomo, ZOO (naprawdę, tak mówiłam jeszcze ja w dzieciństwie), migane, to tańce, wieprzowa noga, to oczywiście golonka, Sołacz, to willowa dzielnica Poznania z pięknym parkiem, fyrać, to biec, uciekać, wymborek, to wiadro, utonkać, - umoczyć, kista- skrzynia, wyro - łóżko, ryczka, taborecik, stołeczek na krótkich nóżkach (dla mnie ryczka, to ryczka), giyra- noga, próżna tytka - pusta torebka papierowa, gemyla - śmietnik, frechowny szuszwol - humorzasty obibok, glaca, to łysina, wiaruchna - ludziska, zawracać gitarę - zawracać głowę, lajsnąć kluft na miarę - zafundować ubranie na miarę, "obstalować", heklować - szydełkować (bo na drutach się sztrykuje), sznytki z gzikiem - skibki (ha,ha, tylko w Poznaniu, u mnie zawsze), czyli kromki z twarożkiem, leberka - wątrobianka, plyndze - placki ziemniaczane, szabel - fasolka szparagowa, szneka z glancem - drożdżówka z lukrem, wuchta - góra czegoś, duża ilość, sztachnąć ćmikiem - zapalić papierosa, obuć trzewiki (archaizm) -  założyć buty, katana i glazejki - kurtka i rękawiczki, kejter - pies, antrejka - sień, weranda. 
Mam nadzieję, że z podpowiedzią wszystko zrozumiecie. A może i bez podpowiedzi?

Specjalnie dla was dwie "pyruszki na ryczuszce", jakby powiedział mój "dziadzia" :)) .