Ciasteczka to wynik wspomnień.
Najpierw wpadła mi w ręce stara książka z przepisami na ciasta i ciasteczka. Tak, stała na półce z innymi książkami kucharskimi, ale nie zwróciłam na nią wcześniej uwagi. Zabrałam ją z kuchni rodziców, jakiś rok temu, gdy zaczęliśmy tam generalny remont. Wtedy tyle było innych sprzętów, że książkę wstawiłam na półkę i o niej zapomniałam. A tu zimą, gdy szukałam natchnienia na ciekawy obiad, objawiła mi się taka niepozorna książeczka.
To wydanie z 1973 roku.
A ile w niej smakowitych przepisów! Od samego czytania ślinka leci i nabiera się ochoty na pieczenie. Samym wyobrażaniem sobie smaku nie można się nasycić, ale jest to przyjemne uczucie, mimo wszystko. I ta świadomość, że każdej chwili mogę sobie takie cudo upiec (no, powiedzmy, że co któreś, bo jednak nie mam wszystkich potrzebnych składników zawsze pod ręką).
Na pierwszy ogień poszły zupełnie zwyczajne ciastka "na oleju". Takie keksy, herbatniki. Łatwe, proste i tanie (co za PRL-u było nie bez znaczenia).
I mają tę zaletę, że można je przechowywać, jak inne herbatniki, przez dłuższy czas, bez szkody dla smaku (ja mam różne puszki do ciastek).
Potem zrobiłam łatwe i szybkie bezy (z dodatkiem kawy instant, mają szlachetniejszy smak).
I też nie trzeba ich szybko zjadać w obawie, że się zestarzeją. Mogą poleżeć ;)
A potem chciałam zrobić "makaroniki" orzechowe. Poprosiłam Mojego o rozbicie większej ilości orzechów włoskich, wyłuskałam je, zmieliłam i...przypomniałam sobie inne ciastka z orzechami mielonymi. I te upiekłam.
I utonęłam we wspomnieniach :) Pierwsze , jakby podstawowe wspomnienie, to ciastka, zwane rożkami, jedzone u mojej licealnej przyjaciółki. Ach, tak mi smakowały, że poprosiłam o przepis. Te rożki, to ciastka z Małopolski, pieczone przez przyjaciółki babcię (która stamtąd pochodziła), na Gwiazdkę i w czasie karnawału. Jeszcze niedawno mama przyjaciółki piekła owe różki. Gdy na wspólnym spotkaniu (a było to jeszcze przed pandemią) podałam u siebie te rożki, to przyjaciółka się wzruszyła, że ktoś jeszcze umie i chce je piec (bo ona sama ich nie piekła, ale postanowiła podtrzymać rodzinną tradycję i też je upiec). Te rożki i u mnie mają długą, prawie 50-letnią tradycję. Ale nie zawsze mam tak dużo orzechów, żeby pamiętać o rożkach orzechowych (mogą być też migdały zamiast orzechów).
Nie wiem, dlaczego te ciasteczka w formie "nawiasów" nazwano rożkami, ale jest to oficjalna nazwa.
I właśnie drugie wspomnienie, związane z tymi ciastkami, dotyczy tej "oficjalnej" nazwy.
Jest w Krakowie bardzo "krakowska" cukiernia. Na ulicy Starowiślnej - Cukiernia Cichowskich (żadna kryptoreklama, nikt mi za nią nie płaci, po prostu moja ulubiona w mieście Kraka). Trafiłam tam dawno temu, gdy okazało się, że w żadnej cukierni na starym mieście nie mogłam kupić nugata. A dawniej w każdej krakowskiej cukierni były nugaty (w Poznaniu ich nie uświadczysz). Ktoś polecił mi właśnie Cichowskich. A tam było tyle smakowitości! I nugaty, i piszingier (wafle przekładane kremem), makaroniki z różą i z kremem orzechowym, i rożki maślane! Moje rożki, jeszcze delikatniejsze "nawiaski", niż ja robię. Ale w smaku- moje.
Już dawno nie byłam w Krakowie (ostatnio w 2016). Czy jeszcze, w tych trudnych czasach, cukiernia działa? Musiałam to sprawdzić w necie. Działa! Jaka ulga! Co prawda nie znalazłam w spisie produktów owych rożków, ale nugaty i piszingier są, a makaroniki "wspięły się" na europejski poziom (to są już macarons, francuskie kolorowe makaroniki), ale te swojskie, z różą, pozostały.
I znów zatęskniłam za podróżą, choćby do Krakowa :) Myślę, że mimo trudności obiektywnych, jest to do zrobienia, jeszcze w tym roku. Oby!
Zapowiadają znów powrót mrozów, boję się, że te mrozy nas dosięgną. Śnieg stopniał, mróz zaatakuje "gołe" roślinki, A tu wiosna się "przebija".
Byle do wiosny!