Dzień wydaje się, jak co dzień, a tu nagle przyroda, natura :)
To jedno małe jeziorko - Lewe.
Dzień wydaje się, jak co dzień, a tu nagle przyroda, natura :)
To jedno małe jeziorko - Lewe.
Mojej Mamie poświęcam!
Upiekłam ciemna babkę. Tak w moim rodzinnym domu nazywano ten wypiek. Udała się, jak zawsze.
Mówię Mojemu :"wiesz, to już historyczny przepis, piekę tę babkę od 50 lat, przepis mam od mamy, a mama dostała go od cioci Elżbiety, tej lekarki" (Mój też ją znał).
- A właściwie, jakie to jest pokrewieństwo? - zapytał.
No i zaczęłam snuć wspomnienia.
Moja mama miała dwie mamy. Pierwsza, rodzona, zmarła, gdy mama miała 11 lat. Drugą dziadek poślubił, gdy tylko upłynął czas żałoby. Zaraz potem zaczęła się wojna, po roku małżeństwa druga mama została wdową (dziadek zginął w Auschwitz) z dwiema podrośniętymi, ale ciągle małymi dziewczynkami. I nie była macochą z bajek. A z całą pewnością była moją najukochańszą babunią.
Dwie matki, to dwie rodziny i dwa kręgi krewnych. Pierwsza matka miała jedenaścioro rodzeństwa. Po jej śmierci kontakty z tamtą rodziną uległy rozluźnieniu, wojna też się do tego przyczyniła. Rozwikływanie rodzinnych powiązań, odnajdywanie nieznanych lub zapomnianych członków rodziny, to było dla mnie kiedyś prawie detektywistyczne zadanie.
A przecież była jeszcze rodzina drugiej mamy. Z tą rodziną moja babunia utrzymywała bliski kontakt. Miała tylko dwie siostry i brata. Babcia i jej rodzeństwo urodzili się jeszcze w XIX wieku, w Wielkopolsce, czyli w Zaborze Pruskim. Najstarsza siostra babci wyszła za mąż za Niemca, jeszcze w czasach zaborów. Zmarła przed II wojną. Miała czworo dzieci, trzy córki i syna. Najstarsza córka i druga z córek wyszły za mąż za Polaków, już za czasów Polski. Czuły się, były Polkami. Syn i trzecia z córek byli Niemcami w Polsce. Po wojnie obie córki Polki zostały w Polsce, a ojciec z synem i córką czującymi się Niemcami, wyjechał do RFN (wtedy mówiło się jeszcze NRF). W czasie wojny ta najstarsza z córek, Gertruda, mieszkająca w Poznaniu, jako córka Niemca, protestanta, została niejako automatycznie zapisana na Volkslistę. Chroniło to też jej męża, krawca, przed wywozem na roboty do Niemiec (on był zwykłym "Polacke"). Mama wspominała, że ciocia Truda w czasie wojny przysyłała im paczki z cukrem i margaryną, gdy z mamą mieszkały na wysiedleniu w Generalnej Guberni. Po wojnie ciocia Truda pomogła młodym małżonkom, czyli moim rodzicom, odstępując im jeden z pokoi, w swoim dużym mieszkaniu (wolała krewną z mężem, niż obcą rodzinę, którą na pewno urząd kwaterunkowy by jej narzucił). Tam się poczęłam i tam spędziłam pierwsze tygodnie życia :) Ciocia Truda była właściwie mamy kuzynką (chociaż nie rodzoną), ale była od mamy starsza około 20 lat. Mama zawsze zwracała się do niej "ciociu". I ta ciocia Truda miała córkę, jedyne dziecko - Elżbietę. Elżunia (nigdy nie Ela) była zaledwie kilka lat młodsza od mamy, ją mama nazywała kuzynką. Elżbieta została lekarką, jedynym lekarzem w naszej szerokiej rodzinie. Często służyła pomocą rodzinie (była anestezjologiem w dużym poznańskim szpitalu). Pamiętam, jak w dzieciństwie chodziliśmy na imieniny cioci i wujka (Stanisława). Pamiętam szczególnie wspaniałe kopce cudownie smacznych sałatek jarzynowych, śledziowych, jajecznych, pięknie ubranych majonezem i ozdobami z jarzyn, moja mama nie robiła takich sałatek. Pamiętam zasobny mieszczański dom w starej kamienicy na poznańskiej Wildzie, z balkonem, z którego było widać główną ulicę Wildy (wtedy Dzierżyńskiego). Nie mieliśmy balkonu, więc balkon, to było marzenie. I był tam jeszcze pies, wielki owczarek niemiecki Reks, podobno jeszcze faktycznie poniemiecki pies, którym zaopiekował się wujek, gdy Niemcy w pośpiechu uciekali przed frontem, porzucając zwierzęta domowe. Reks był już starym psem, ale znał mnie przecież od urodzenia, nigdy nie okazał mi swojej nieufności, żadnej agresji, był pierwszym znanym mi bliżej psem, mogłam go głaskać (pod czujnym okiem cioci), nigdy, może dzięki niemu, nie bałam się żadnego psa. Takie wspomnienia przywołało jedno drobne pytanie męża.
No i jakie to było pokrewieństwo? Gdy zaczęłam opowieść o rodzinie mojej babuni, to nie mogłam przestać ;) Opowiedziałam jeszcze o drugiej siostrze babci i jej rodzinie, która też mieszkała w Poznaniu i którą Mój znał. A potem przeszłam płynnie do opowieści o znanych mi (często tylko ze słyszenia) braciach i siostrach pierwszej matki mojej mamy.
Wtedy Mój stwierdził, że powinnam to spisać, póki pamiętam (nigdy nic nie wiadomo), bo nikt poza mną już nie zna tej historii rodzinnej. Może nasze dzieci, wnuki zainteresują się kiedyś przodkami? Co jakiś czas wraca moda na drzewa genealogiczne. Może zechcą odszukać swoich dalekich krewnych? Kto wie? A ja mam przecież dużo czasu i lubię wspominać. A w rodzinnych historiach zawarta jest przecież historia nas wszystkich. Może i tutaj powspominam znów. W każdej rodzinie są tajemnice i niecodzienne przypadki, które być może zainteresują nie tylko rodzinę?
Od razu mówię, że jestem bardzo wdzięczna panu doktorowi i paniom pielęgniarkom, że zgodzili się mnie zaszczepić.
Ale po kolei.
Słyszałam o perfekcyjnie zorganizowanych i przeprowadzonych szczepieniach w Berlinie, w wielkich halach, z osobistym asystentem przeprowadzającym pacjenta od wejścia, do wyjścia po szczepieniu, towarzyszącego pacjentowi przez całą procedurę, o filmach poglądowych, o broszurach z wszystkimi ważnymi dla pacjenta informacjami (o skutkach ubocznych też). Potem widziałam kilka migawek ze szczepień w Polsce, w szpitalach, w przychodniach, w dużych miastach najczęściej.
Nie wiem, jak sobie wyobrażałam szczepienie na wsi, w malutkiej przychodni. Raczej zupełnie nie miałam pojęcia, jak to może wyglądać.
W przeddzień terminu zapisów dla naszego rocznika (Mój jest równolatkiem) każde z nas dostało telefon z automatu. Mnie telefon zaskoczył i jako zeszłowieczna (i programowo źle nastawiona wobec automatów) pokręciłam pesel i nie słuchałam już więcej automatu, tylko się rozłączyłam. Mój już uprzedzony o automacie skoncentrował się i "poprawnie" wykonał wszystkie polecenia. Już za tydzień od telefonu miał być szczepiony. W miejscowości, której nazwa nic nam nie mówiła. Po sprawdzeniu w internecie okazało się, że to malutka wioska, do tego "daleko od szosy" i jeszcze przeszło 120 km od nas.
Wybraliśmy się razem, bo to jednak kawał drogi, nie wiadomo, jakie będzie samopoczucie zaszczepionego kierowcy. W drodze powrotnej go zmienię. Myślałam sobie też: może na taką wioskę nie dotrą wszyscy zamówieni? Może ktoś się rozmyśli i mnie zaszczepią za jednym jechaniem? Bo, co prawda też się zapisałam na szczepienie, telefonicznie, rozmawiając już z konsultantem na żywo, ale termin był miesięczny.
Przyjechaliśmy na zadaną godzinę. Przychodnia w małym parterowym domku. Poczekalnia też mała, 8 krzesełek pod ścianą i 3 foteliki przy niskim stoliku pod oknem. Wystrój co najmniej dwudziestoletni. W poczekalni tłok, prawie wszystkie krzesła zajęte. bez żadnych odstępów (gdybym siadła na tym jedynym wolnym miejscu, to bym dotykała ramionami dwóch osób po moich bokach, postałam). Jesteśmy i co dalej? Leżą ankiety na stole, wypełniamy. Czekamy. Na co? Żadnej informacji. W gabinecie zabiegowym dwie pielęgniarki zajęte wpisywaniem ankiet na komputerze i wypisywaniem papierzysk. Pan doktor wywoła. Faktycznie, po chwili doktor poprosił kolejną osobę do swojego gabinetu "na badanie". Żadnego RODO, wywoływanie po nazwisku i głośne pytanie o wiek. Gdy i mnie doktor, w moim wieku lub starszy spytał o wiek, to się trochę zająknęłam, chociaż większość czekających powinna być w moim wieku. "Wstydzi się", zauważył jowialnie doktor, który jest właścicielem przychodni i pewnie zna osobiście i po imieniu wszystkich swoich pacjentów - sąsiadów. Zaszczepionych pacjentów ubywało. Mój też już został zaszczepiony i czekał, czy nie trafi go wstrząs anafilaktyczny. Wcześniej pytał doktora, czy nie byłoby możliwości zaszczepienia także mnie, z tak daleka przyjechaliśmy. Wtedy "nie było możliwości", czekano na kolejnych pacjentów, a ilość szczepionek była ograniczona. Po godzinie pobytu w przychodni, gdy okazało się, że nie zjawił się pacjent zapisany trzy godziny wcześniej, a zostały jeszcze trzy dawki szczepionki, doktor zdecydował, że można mnie zaszczepić. Gabinet zabiegowy, jakich wiele w każdej przychodni, w których także szczepiliśmy nasze dzieci. Szczepiła jedna pani pielęgniarka, na krzesełku, jak do pobierania krwi. Obok stoliczek i pięć butelek z Astra Zenecą, z tego 4 już puste. Czyli przewidziano 50 dawek, pięćdziesiąt szczepień w tym ośrodku tamtego dnia. Pani zrobiła zastrzyk delikatnie powoli. Elegancko. Nic mnie nie bolało ani wtedy, ani potem. Nic. Po odczekaniu swoich 15 minut, po 1,5 godzinie od przyjazdu, w końcu wracaliśmy do domu.
Ale nie żałuję. Przeciwnie, jestem bardzo zadowolona, że mam już jedno szczepienie za sobą. Co prawda i mnie dopadły pewne objawy poszczepienne, ale to była tylko senność na drugi dzień , spałam do popołudnia, minutowa zmiana smaku i uczucie ciężkości głowy (trudno to nawet nazwać bólem) i brak apetytu przez ten jeden dzień. A Mój nie miał żadnych objawów poszczepiennych. Super.
I obyśmy tylko wszyscy zdrowi byli!
I jeszcze trochę wiosny, późnej w tym roku.
Moja wierzba iwa, do świątecznego wazonu :)
A to forsycja z ogrodu, przez tydzień z gołych gałązek rozwinęły się kwiaty i mam wiosnę w domu :)
Przez parę dni mamy mieć ciepło. Podobno. Na razie od kilku dni codziennie świeci słońce. I grzeje :) Chociaż z natury jestem piecuchem i nie lubię się ruszać, ta słoneczna pogoda skutecznie wywabia mnie z domu. Zaraz za domem mam pole i polną drogę. Prowadzi na okoliczne pola, jeżdżą nią , z rzadka, traktory z przyczepami albo z wielkimi pługami, albo z bronami i innymi narzędziami do kultywacji gleby. A w czasie żniw zjawiają się kombajny. Przez większą część roku jest tu cicho i bezludnie.
W każdy słoneczny dzień idę na spacer, z kijkami. Nie wiem, czy chodzę "prawidłowo", po prostu idę . Droga dochodzi do gospodarstwa (biegnie z tylu domostwa, tuż przy płocie, rzadko tam dochodzę, mam wrażenie, że skradam się komuś po opłotkach). Najczęściej dochodzę do wielkiego stogu ze słomianych balotów. Jestem leniwym piechurem, więc robię tylko około kilometra (ale codziennie).
Codzienny widok. Po prawej ozime żyto, które na razie wygląda, jak chwasty. Po lewej będzie , jak co roku, kukurydza dla "naszych" krów. Kukurydza jest taką niezwykłą rośliną, że może wiele lat rok po roku rosnąć w tym samym miejscu. Inne rośliny wymagają płodozmianu, mimo nawożenia, w tym samym miejscu żyto, czy rzepak, czy pszenica nie udadzą się, plon będzie kiepski. Mówił mi to fachowiec, autorytet, mój tato.
Mówiąc "nasze krowy", mam na myśli krowy w oborach w mojej wsi. Od wielu lat obory po byłej spółdzielni są dzierżawione, a mleko od tych krów służy do wyrobów Spółdzielni Mleczarskiej "Jana". Jestem "fanką" tych wyrobów, bo są smaczne i w naszym sklepie firmowym naprawdę tanie, a do tego widzę tę kukurydzę od siewu do zbioru i wszystkie zabiegi agrotechniczne przy niej, i mam wrażenie, że to zdrowa pasza. Więc te masła, mleka, sery są też, prawie, nasze ;)
A na polu jeszcze niewiele się dzieje. Ozimina się dopiero budzi po zimowym śnie, a jare będą siać dopiero na wiosnę. Ale pola są już przygotowane, nawiezione obornikiem (jechali z tym "złotem" obok nas) i świeżo przeorane.
Lasy są piękne, widowiskowe. Ale i pola mają wiele uroku. O każdej porze roku mam inne widoki. Żadnych zwierząt nie widziałam, a ptaki fruwają w sporych stadach, płochliwe, nawet zwykłe u nas, codzienne, mazurki. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, już podrywały się całą chmarą i tyle je widziałam.
W Wielkopolsce (i na Kujawach) ostatni wtorek karnawału nazywamy Podkoziołkiem. Także Ostatkami, czasem Zapustami, Śledzik jest mi nieznany ;)
I dziś w ten Podkoziołek, po karnawale, którego nie było, zrobiłam torcik, a właściwie półtorcik, żeby "dosłodzić się" przed Wielkim Postem. Nie, żebym jakoś specjalnie pościła, ale pewnie ograniczę znacząco swoje hobby ciastkarskie ;)
To średni półtorcik, na miodownikowym spodzie, z kremem z mascarpone i kroplą likieru waniliowego :)
To taki rosyjski zwyczaj: piecze się cienkie krążki miodownika i przekłada kremem tortowym. Najsmaczniejszy z takich tortów nazywa się tortem praskim. Można było taki tort kupić w kartonie w sklepie spożywczym (jeszcze 20 lat temu cukiernie były w Moskwie rzadkością, kupienie ciastka typu pączek, beza czy ciastko tortowe graniczyło z cudem, dawno nie była, na pewno wszystko zmieniło się na zachodnią "modłę").
Mnie się nie chciało bawić w cieniutkie krążki, upiekłam jeden, grubszy, a mniejszej tortownicy nie miałam.
I jeszcze pociecha taka, że i na Popielec też kawałek został ;), "odpokutuję" w kolejnych dniach, bezciastkowych.
Pochwalę się jeszcze Walentynkowym wyrobem:
To Pavlowa (tak twierdzi znajoma). Była tak smaczna, jak wygląda:) To malutki torcik i płaski, został podzielony na 3 części. Kiedyś powtórzę, bo smakowity i łatwy (na bezie krem z mascarpone i owoce).
I nie utyłam tej zimy, mimo ciast i ciasteczek. Ale trzymam się zasady : jeden kawałek do kawy, a kawy tylko dwie w ciągu dnia. I żadnych innych słodyczy i żadnego dodatkowego cukru. Może mój organizm mi wybaczy tę skłonność do ciast? Oby jak najdłużej.
A wszystkim życzę dużo zdrowia i szybkiej wiosny!
Zima nie odpuszcza. na dzisiejszą noc zapowiadają u nas - 14 st. Mróz. Podobno bez opadów.
A dzień był piękny, słoneczny, z lekkim mrozem - 3 st. Cieniutka warstwa świeżego, nocnego śniegu stopniała na aucie, na tarasie, na panelach słonecznych. Na polu snieg się skrzył, pod butami snieg skrzypiał.
Zimą jestem piecuchem, nie lubię wychodzić z domu, jeśli nie muszę. Ale nawet ja nie oparłam się tej pięknej pogodzie i poszłam na niedaleki spacer w pole (to moje najbliższe sąsiedztwo). Gdyby w pobliżu był las , to tam bym poszła. Niestety, najbliższy las mam 3 km od nas, jeżdżę tam rowerem w zielonych porach roku.
Pole w południe wydawało się puste, a w każdym razie ja nie zobaczyłam żadnego zwierzęcia ani ptaka. Ale pełno śladów (najwięcej jednak psich, sąsiedzkich, wyprowadzanych na smyczy).
Te chaszcze, to rowy melioracyjne, które przecinają pola, na pewno siedzą w tych krzakach jakieś zwierzaki, ptaki.
To ślady zająca, kiedyś podchodziły aż na mój ogród. Teraz tylko zostawiły wizytówki .
Ciasteczka to wynik wspomnień.
Najpierw wpadła mi w ręce stara książka z przepisami na ciasta i ciasteczka. Tak, stała na półce z innymi książkami kucharskimi, ale nie zwróciłam na nią wcześniej uwagi. Zabrałam ją z kuchni rodziców, jakiś rok temu, gdy zaczęliśmy tam generalny remont. Wtedy tyle było innych sprzętów, że książkę wstawiłam na półkę i o niej zapomniałam. A tu zimą, gdy szukałam natchnienia na ciekawy obiad, objawiła mi się taka niepozorna książeczka.
To wydanie z 1973 roku.
A ile w niej smakowitych przepisów! Od samego czytania ślinka leci i nabiera się ochoty na pieczenie. Samym wyobrażaniem sobie smaku nie można się nasycić, ale jest to przyjemne uczucie, mimo wszystko. I ta świadomość, że każdej chwili mogę sobie takie cudo upiec (no, powiedzmy, że co któreś, bo jednak nie mam wszystkich potrzebnych składników zawsze pod ręką).
Na pierwszy ogień poszły zupełnie zwyczajne ciastka "na oleju". Takie keksy, herbatniki. Łatwe, proste i tanie (co za PRL-u było nie bez znaczenia).
I mają tę zaletę, że można je przechowywać, jak inne herbatniki, przez dłuższy czas, bez szkody dla smaku (ja mam różne puszki do ciastek).
Potem zrobiłam łatwe i szybkie bezy (z dodatkiem kawy instant, mają szlachetniejszy smak).
I też nie trzeba ich szybko zjadać w obawie, że się zestarzeją. Mogą poleżeć ;)
A potem chciałam zrobić "makaroniki" orzechowe. Poprosiłam Mojego o rozbicie większej ilości orzechów włoskich, wyłuskałam je, zmieliłam i...przypomniałam sobie inne ciastka z orzechami mielonymi. I te upiekłam.
I utonęłam we wspomnieniach :) Pierwsze , jakby podstawowe wspomnienie, to ciastka, zwane rożkami, jedzone u mojej licealnej przyjaciółki. Ach, tak mi smakowały, że poprosiłam o przepis. Te rożki, to ciastka z Małopolski, pieczone przez przyjaciółki babcię (która stamtąd pochodziła), na Gwiazdkę i w czasie karnawału. Jeszcze niedawno mama przyjaciółki piekła owe różki. Gdy na wspólnym spotkaniu (a było to jeszcze przed pandemią) podałam u siebie te rożki, to przyjaciółka się wzruszyła, że ktoś jeszcze umie i chce je piec (bo ona sama ich nie piekła, ale postanowiła podtrzymać rodzinną tradycję i też je upiec). Te rożki i u mnie mają długą, prawie 50-letnią tradycję. Ale nie zawsze mam tak dużo orzechów, żeby pamiętać o rożkach orzechowych (mogą być też migdały zamiast orzechów).
Nie wiem, dlaczego te ciasteczka w formie "nawiasów" nazwano rożkami, ale jest to oficjalna nazwa.
I właśnie drugie wspomnienie, związane z tymi ciastkami, dotyczy tej "oficjalnej" nazwy.
Jest w Krakowie bardzo "krakowska" cukiernia. Na ulicy Starowiślnej - Cukiernia Cichowskich (żadna kryptoreklama, nikt mi za nią nie płaci, po prostu moja ulubiona w mieście Kraka). Trafiłam tam dawno temu, gdy okazało się, że w żadnej cukierni na starym mieście nie mogłam kupić nugata. A dawniej w każdej krakowskiej cukierni były nugaty (w Poznaniu ich nie uświadczysz). Ktoś polecił mi właśnie Cichowskich. A tam było tyle smakowitości! I nugaty, i piszingier (wafle przekładane kremem), makaroniki z różą i z kremem orzechowym, i rożki maślane! Moje rożki, jeszcze delikatniejsze "nawiaski", niż ja robię. Ale w smaku- moje.
Już dawno nie byłam w Krakowie (ostatnio w 2016). Czy jeszcze, w tych trudnych czasach, cukiernia działa? Musiałam to sprawdzić w necie. Działa! Jaka ulga! Co prawda nie znalazłam w spisie produktów owych rożków, ale nugaty i piszingier są, a makaroniki "wspięły się" na europejski poziom (to są już macarons, francuskie kolorowe makaroniki), ale te swojskie, z różą, pozostały.
I znów zatęskniłam za podróżą, choćby do Krakowa :) Myślę, że mimo trudności obiektywnych, jest to do zrobienia, jeszcze w tym roku. Oby!
Zapowiadają znów powrót mrozów, boję się, że te mrozy nas dosięgną. Śnieg stopniał, mróz zaatakuje "gołe" roślinki, A tu wiosna się "przebija".
Byle do wiosny!