środa, 25 kwietnia 2018

Zapraszam do Grenady

Grenada, to przede wszystkim Alhambra, a dokładniej zespół pałaców i ogrodów Alhambry i Generalife. Generalife, to górny zespół pałacowy, letnia rezydencja emirów Grenady, leżąca na wysokim wzgórzu, naprzecie Alhambry. Te dwa zespoły zamkowo - pałacowe i ogrody przecina dolina. Alhambra, niżej położona, jest starsza. Najstarsze zabytkowe mury obronne pochodzą z VIII-IX ww. Są to zabytki kultury mauretańskiej - muzułmańskiej. Maurowie władali tą krainą aż do XV wieku, gdy otoczeni już przez chrześcijan, przybyłych z północy poddali się i opuścili niezdobytą, warowną Alhambrę. Było to w roku 1492 roku.
 W 1984 roku wpisano Alhambrę na listę zabytków Światowego Dziedzictwa UNESCO (na 8 pozycji).


Tu widok z Generalife na mury Alhambry, jeszcze dalej, w dole - Grenada.


To jeden z dziedzińców w Generalife, zawsze z kwiatami i wodą.



A to już Alhambra - Dziedziniec Cudów. Chociaż jest tu zawsze tłum turystów, to cudowne miejsce, stanęłam "na progu" i westchnęłam z zachwytu. A jako wieczna sceptyczka nie jestem skora do zachwytów. Alhambra w całości, czyli jako "ogół" jest ciekawa, ale szału nie ma. Są tylko wybrane, bardzo nastrojowe, piękne miejsca i śliczne, kunsztowne detale.




To kolejny piękny dziedziniec z sadzawką. Jeden z najważniejszych w pałacu. To Dziedziniec Mirtów, które rosną nad brzegiem sadzawki, po prawej i lewej stronie.  Przewodnicy podpowiadają, że najlepiej robić zdjęcie z poziomu wody, wtedy widać odbicie pałacu w wodzie :)


Ten widok też mnie zachwycił. Arabowie bardzo cenili wodę, płynącą wodę, stworzyli cały system nawadniający, doprowadzający bieżącą wodę z pobliskich gór do Alhambry i dalej w doliny, nawadniający pola uprawne i ogrody. Andaluzja w czasach arabskich była bogatą zieloną krainą, z gajami pomarańczowymi i winnicami. Gdy chrześcijanie zajęli te tereny, wygnali Maurów, zanim nauczyli się od nich, jak dbać o tę żyzną krainę. Nie umieli obsługiwać urządzeń nawadniających i w niedługim czasie z żyznej i bogatej krainy Andaluzja zmieniła się w suchy niegościnny kraj, najbiedniejszy region Hiszpanii. Teraz powoli, w dużej mierze dzięki przemysłowi turystycznemu Andaluzja zaczyna się odradzać.

W mieście także są piękne miejsca i zabytki. Ale po trzech godzinach zwiedzania Alhambry nie miałam już siły na dalsze dreptanie po mieście. Na tym pięknym placu nieopodal katedry z XVI wieku (widać wieżę, której nigdy nie ukończono, bo skończyły się fundusze) odpoczywałam pijąc fantastyczną kawę w niewielkim lokalu i jedząc mix miejscowych krokiecików, wielkości naszych pierogów, z dziwnymi nadzieniami: serowym, rybnym, grzybowym (ale czy na pewno?). A przy fontannie - pierwsza kwitnąca róża, którą zobaczyłam w Andaluzji.
Grenada i Alhambra, cieszę się, że mogłam to zobaczyć. C.d.n.

sobota, 21 kwietnia 2018

Andaluzja - brzmi, jak poezja

Zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się w Andaluzji. bo często jakiś wyjazd planuję, organizuję ze sporym nawet wyprzedzeniem. A teraz, jeszcze 10 dni temu nie wiedziałam, że pojadę na wycieczkę. Na mojej poczcie zwykle pojawia się wiele reklam biur podróży, ale ja z nich nie korzystam (z usług tych biur). mam swoich ulubionych pośredników turystycznych, którzy nie dają mi gotowego produktu, tylko vouchery na noclegi (często z wyżywieniem i dodatkowymi bonusami) i zazwyczaj z transportem (ale może być i bez transportu, jeśli mam własny). Kilka lat temu byłam na wycieczce w Turcji z pewnym biurem podróży. Wyjazd był po bardzo okazyjnej cenie, świetnie zorganizowany i zrealizowany. Od tamtego czasu dostaję, co jakiś czas oferty z tego biura, ale to jest poziom 4*, raczej nie na moją kieszeń. Już od zeszłego roku "śledziłam" wycieczkę do Andaluzji, czytałam opisy, kombinowałam, jak by tu można ciąć koszty. Nic, stale był to zbyt drogi wyjazd na dwie osoby (bo mam taką idee fix, żeby jak najwięcej zobaczyć jak najniższym kosztem). No i czytam sobie w  zeszły czwartek pocztę i widzę, że owe biuro tnie koszty i nie nazywając tego "last minute", tylko zanęcając ostatnimi czterema miejscami obniża cenę o prawie 1000 zł! Jak nie skorzystać?? Z takiej okazji?? Ale przecież  trzeba jeszcze namówić Mojego na wyjazd, no i zapłacić.  I to szybko!. Bo wyjazd już w poniedziałek! Mam kochanego męża, który akurat dysponuje czasem (i widzi, że zona mu przez zimę i przedwiośnie zaczęła wpadać w depresję). Szybka decyzja i pojechaliśmy:)

I własnie piszę do was z hotelu na wybrzeżu Costa del Sol, z miejscowości Torrox ( a wymawia się Torroh). Stąd codziennie robimy wycieczki do najpiękniejszych miejsc Andaluzji. 
Dziś tylko migawki, panoramy, a więcej po powrocie. Jutro ostatni dzień pobytu (a raczej rozjazdów) i w poniedziałek powrót do Polski w godzinach wieczornych. Uff. Bardzo intensywne zwiedzanie. Ale czego się nie robi "żeby mi się widziało" i "żeby mnie było więcej".



Grenada na tle ośnieżonych szczytów Sierra Nevada, najwyższego pasma kontynentalnej Hiszpanii.


Widok na Alhambrę w Grenadzie.


Kordoba z widokiem na most z czasów rzymskich i Katedrę Mezquitę.


Malaga - widok z Twierdzy Gibralfaros na arenę corridy i port. 


Niezwykła Ronda, na wysokich skałach, po dwóch stronach głębokiego na 160 metrów wąwozu.

I jeszcze wypad do sąsiedniego państwa brytyjskiego :)

Gibraltar - słynna skała. I typowo brytyjska pogoda ;)

Więcej zdjęć i relacji z podróży - wkrótce.  





     

czwartek, 12 kwietnia 2018

Dziadek Jóżef

 Na mojej bieliźniarce (którą nazywa się u nas "szafonierką") stoi zabytkowe zdjęcie mojego dziadka Józefa, ojca mojej mamy.
To zdjęcie z rosyjskiej niewoli, z I wojny światowej, gdy mój dziadek, poddany pruski, walczył na froncie wschodnim (po 1917 roku zwolniony do domu). To zdjęcie - kartka pocztowa z napisami po francusku i rosyjsku, że jest to poczta jeńca wojennego (correspondence des prisonniers de Guerre, pis'mo wojennoplennogo): Na pamiątkę z Niewoli Rosyjskiej zasyła kochanym Rodzicom syn Józef.

Miałam napisać te wspomnienia  w  imieniny Józefa (19.03.),ale nie zdążyłam. Spróbuję dziś.
Niewiele wiem o tym moim przodku. Nigdy go nie poznałam. Zginął w obozie Auschwitz w 1941 roku. Żył jedynie we wspomnieniach mamy, nieczęstych, bo były bolesne. Straciła ojca, gdy miała 13 lat. A ja, za życia mamy nie dociekałam, nie interesowałam się, po prostu, historią. Z rodzinnych opowieści pamiętam, że syn Józef był jedynym pozostałym przy życiu dzieckiem Franciszka i Marii Cenkrów. Pozostałe dzieci (bodajże 4 lub 5 zmarły na dyfteryt w dzieciństwie, w czasie epidemii, Józef jedyny  przeżył). Pradziad Frantz Zenker przybył do Wielkopolski z któregoś z księstw niemieckich (bo przecież Niemiec jeszcze nie było) w drugiej połowie XIX wieku. Ożenił się z Polką, Matką - Polką i został Polakiem. Spolszczył nazwisko na Cenkier.  Józef urodził się w połowie lat 80-tych XIX wieku w Gostyniu (dokładne daty są zapisane w jakimś drzewie genealogicznym, ale nie będę go szukać). Z zawodu był stolarzem. Mama wspominała, że pod koniec lat 20-tych dziadek namówiony przez znajomego kupił wspólnie z nim młyn, chciał być przedsiębiorcą. Interes się nie powiódł, wspólnik dziadka oszukał, spalił młyn i uciekł, zostawiając dziadka z długami. Potem już tylko warsztat stolarski zapewniał byt rodzinie (zdaje się, że mam po dziadku ten kompletny brak zdolności do robienia interesów i pomnażania gotówki). Zostało niewiele zdjęć dziadka i pojedyncze meble, które dziadek zrobił dla siebie i rodziny. W czasie wojny dziadek z rodziną został wysiedlony do Generalnej Guberni nad Bug, wyjechali praktycznie bez niczego (każdy mógł zabrać jedną walizkę, ale ile udźwigną dwie małe dziewczynki?). Do dziadka mieszkania, pełnego jego mebli wprowadzili się Niemcy Bałtyccy (z  Inflantów) i uciekając przed końcem wojny do Niemiec zabrali sporo sprzętów. Część mebli oddana na przechowanie znajomym przepadła ( dziadek zginął, wdowa nie miała siły walczyć o swoją własność). I niewiele więcej wiem o moim dziadku. I jeszcze dopytując się o swą prababcię, matkę Józefa, dowiedziałam się od mamy, że babcia nie pojechała z nimi na wysiedlenie, bo była zbyt stara i słaba (miała już 80 lat). Została ze swoją siostrą. Dziadek Józef zginął w Auschwitz już w 41 roku. Było przykazane całej rodzinie, pozostałej w Gostyniu, żeby broń Boże nie zdradzić tego faktu babci Cenkierowej, nie śmiała się o tym dowiedzieć (póki rodzina była w GG). To było jej jedyne dziecko! Pech chciał, że jakaś plotkarska znajoma, nieuświadomiona lub złośliwa, spotkawszy (pra)babcię już na początku 45 roku, zapytała ją, jak sobie radzi po śmierci syna. Gdy do matki dotarło, że ostatnie jej dziecko nie żyje, mimo, że była silną i zdrową staruszką, nie miała już po co żyć, położyła się do łóżka i w przeciągu tygodnia zmarła. Tyle się dowiedziałam o historii rodzinnej.
A na strychu w rodzinnym domu mamy zachowało się parę sprzętów sprzed wojny. Ja też mam po dziadku pamiątkę. Widocznie dziadkowi spodobał się stolik, przy którym pozował rosyjskiemu fotografowi do zdjęcia w czasie niewoli .

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Dzika przyroda blisko człowieka

I dlaczego się tak zadziwiam? Ja się i zadziwiam i zachwycam. Mnie ekscytuje to, że 40 metrów od mojego domu żyją sobie bobry! Jestem jeszcze z tamtej epoki, kiedy bobry na naszych nadwodnych terenach były rzadkością, ba, groziło im wyginięcie. Wtedy prędzej można było chyba spotkać nutrię, zbiegłą z hodowli, niż bobra.  Już ze dwa lata temu zadziwiałam się, że nad niewielkim jeziorkiem, w pobliżu sporej wsi, 20 kilometrów od Poznania żerują bobry. Jesienią ślady bobrów były świeże: przegryzione, powalone młode drzewka, nadgryzione naokoło starsze, całkiem grube drzewa. Wtedy widziałam to po raz drugi w tamtym rejonie. Ale, żeby za płotem? W bezpośrednim sąsiedztwie, nad wąską strugą, która latem ledwie ciurka (teraz bystro płynie i rozlewa się na metr). Rosną nad brzegami chaszcze: derenie świdwy, bez czarny, tarnina, młode głogi, jesiony samosiewki, olchy, no i stare grube wierzby, których korony przycinane są "na łyso" do gołego pnia co kilka lat (chyba ze 2 lata temu wycięto znad rowka wszystkie krzaki i drzewka i przycięto wierzby, teraz już odrastają). Dowiedziałam się od Mojego, który poszedł uciąć kilka bazi na Wielkanoc, że bobry harcują nad naszym rowkiem. Dziś, przy pięknej słonecznej pogodzie postanowiłam zobaczyć ślady bobrzej działalności osobiście. Lisy na "naszym" polu widziałam dość często, także sarny i zające, ale bobra spotkać w środku niczego? To by było coś! Oczywiście żadnego stworzenia nie spotkałam, zbyt głośni jesteśmy, nawet idąc cicho i ostrożnie. Ale podgryzionych drzew i świeżych wiórów widziałam sporo, także szerokie nory prowadzące znad strumienia w pole, pod ziemię.

Jakby ktoś wyciął, tylko widać ślady zębów na przekroju ;)

Za drzewem to nie śnieg, to woda dziś, w słońcu.

 Ciekawe, kiedy bobry żerują? Rankiem, czy pod wieczór? U nas cisza, spokój, nawet psy po polach nie biegają, a jedzenia w bród, no to się tu trzymają. Tak bym chciała zobaczyć te puchate cuda. Mój syn mieszkał jakiś czas w Gorzowie, na ulicy oddzielonej od Warty szerokim na kilometr pasem nieużytków i trzcin. Miał okazję zobaczyć bobra przechodzącego dostojnie przez tę ulice w stronę Warty. Tak dostojnie, że syn zdążył nawet zrobić mały filmik.  Takie bliskie spotkanie z naturą.
A wiosna zwleka i zwleka. Niby słońce i nawet +10 st., ale wiatr głowy dziś urywał. Poza miejscami osłoniętymi od wiatru (nad strugą), wcale nie było przyjemnie na dworze.  Mój dereń jadalny nie zdecydował się jeszcze rozwinąć w pełni, żółci się już od połowy marca, ale kwiatki ma jeszcze co najmniej w połowie w pączkach (to są bardzo drobne kwiatki zebrane w male wiechy), krokusy tylko szlachetne mi kwitną,a mam ich mikro, takie zwykłe, białe z fioletowymi żyłkami dopiero dostają pąki, owszem, tulipany mają coraz większe liście i nawet hiacynty pokazują kwiatostany, ale czekamy na ciepło! Niech już ta wiosna wybuchnie!





wtorek, 27 marca 2018

Włoskie ciastka

Cantucci, cantuccini (czyli małe cantucci) włoskie - toskańskie ciastka z migdałami.  Zauważyłam je ostatnio w którymś z marketów.  Od razu przypomniała mi się Toskania i moja czerwcowa wycieczka. Usiadłam na "koronie" Campo, czyli na wyższej części rynku , w Sienie, w ogródku restauracyjnym, z widokiem na Ratusz i plac w kształcie muszli (lub płaskiej misy) i zamówiłam sobie toskański jedzenie na lunch, taki gotowy zestaw: duszone kwiaty cukinii, nadziewane serem owczym, do tego "bruschette", czyli małe kromki podpieczonego chlebka pszennego z masłem czosnkowym, a na deser (chyba) cantucci z Vin Santo. Tak pięknie to brzmiało. A co mi tam, raz się żyje. I czy jeszcze kiedyś będzie mi dane siedzieć w toskańskim słońcu na sieneńskim campo i popijać Vin Santo? A że nie do końca wiedziałam, co mi zaserwują? Byłam przekonana, że nie pożałuję. I faktycznie, wszystko było bardzo smaczne, chociaż kwiaty cukinii są jednak dość małe, kwiaty dyni byłyby chyba większe, dobrego rzadko za wiele. Cantucci znałam z poprzedniego pobytu w Toskanii, ale ... znałam wtedy smak ciastek, nie bardzo wiedząc, jak się nazywają (częstowałam się nimi podczas śniadań w hotelu), mniej więcej wiedziałam, czego oczekiwać. Cantucci okazały się twarde, naprawdę twarde, więc popijałam je vin santo. A to wino okazało się winem słodkim, nawet bardzo słodkim i oczywiście mocnym (16 % alkoholu). Chętniej wypiłabym do tych ciastek kawę, ale nie było jej w zestawie. A jakoś nie pasowało mi popijać wina kawą. No i zapamiętałam te cantucci, smaczne, słodkie, pełne migdałów ciastka. I jak je u nas zobaczyłam, to z radością kupiłam. I bardzo szybko zjedliśmy je do południowych i popołudniowych kawek. Gdzieś w w moich książkach z przepisami cukierniczymi (czy to nadal książka kucharska?) natknęłam się na "cantuccini". Jeśli Mojemu tak zasmakowały, to sprawdzę swoje umiejętności i zrobię domowe cantuccini.  Okazało się, że przepis jest bardzo prosty i wykonanie szybkie, łatwizna. Tylko migdały są potrzebne (też nie majątek 100g), trzeba je zblanszować (albo kupić już gotowe białe), połowę z nich posiekać. Do tego dodaje się 250 g maki, 150 g cukru (piszą, że trzcinowego, ale to nie robi wielkiej różnicy w smaku czy kolorze), 5 g proszku do pieczenia, 2 całe jajka, skórka otarta z całej cytryny i to wszystko się miesza i wyrabia ciasto. Potem formuje sie wałek z ciasta (na cantucci grubszy, na cantuccini cieńszy, ok. 4 cm średnicy). To się piecze na blasze (ja piekłam w dwóch kawałkach) pół godziny w 170-180st.C, po tym czasie wyjmuje sie wałek i ostrym nożem kroi poprzecznie na kawałki ok 1.5 cm grubości. i znów wstawia się do pieca te kawałki na blasze i podsusza po 10 min z każdej strony w 160 st. (trzeba wyjąc blachę i ciastka odwrócić na drugą stronę). To jedyny "kłopot", zupełnie minimalny. Potem ciastka można dłuższy czas przechowywać w puszce, słoiku, nic się nie dzieje. Mnie udały się nad podziw. Tylko miały być cantuccini, a wyszły cantucci. Teraz wiem, że ciasto sporo rośnie na blasze i wałek muszę robić cieńszy.
A że nie jest to ciasto wielkanocne? Może będzie?  U mnie będzie. Jeśli doczeka ;

)

czwartek, 22 marca 2018

Moje ulubione SF - zamknięty rozdział

Wczoraj w bibliotece  dowiedziałam się, że moja ulubiona pisarka SF i fantasy - Ursula K. Le Guin zmarła 22 stycznia tego roku. Miała 88 lat. Gatunków literackich i konwencji jest tyle, co gatunków muzyki, zapewne. Każdy może znaleźć, wybrać coś dla siebie. Ja od dzieciństwa uwielbiałam baśnie, a więc fantastykę baśniową. Później w liceum zaczytywałam się Aleksandrem Grinem (elementy fantastyki, magii), braćmi Strugackimi,  i Lemem czyli fantastyką naukową (SF). Na studiach i później czytałam Grina, Strugackich w oryginale, zachwycił mnie też Kir Bułyczow ze swoją szczyptą magii w codziennym życiu mieszkańców Wielkiego Guslaru. A około 82 roku zetknęłam się pierwszy raz z twórczością Ursuli Le Guin. O 8.30 radiowa Jedynka nadawała wtedy powieść w odcinkach (10 minut), czytaną przez aktora Andrzeja(?) Antkowiaka. Był to "Czarnoksiężnik z Archipelagu", w cudownie poetyckim tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Baśń dla dorosłych, gdzie dobro walczy ze złem.  Zachwyciłam się i najpierw pilnie słuchałam, a gdy musiałam iść do pracy i nie mogłam już wysłuchać zakońcenia, to szczęśliwie książka ukazała się drukiem i ją kupiłam. To była pierwsza książka z cyklu o Ziemiomorzu. Potem były Grobowce Atuanu, Najdalszy Brzeg i Tehanu. Później pisarka wróciła do Ziemiomorza w opowiadaniach. Jak czytałam w recenzji  Ursula Le Guin "reprezentuje swym pisarstwem "klasyczną," bo "humanistyczną" odmianę science fiction". "Tehanu" zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę, ta książka grzeje mi serce :) Inną niezwykle cenioną przeze mnie książką Ursuli Le Guin jest "Lewa ręka ciemności", z tak zwanego cyklu haińskiego. To też takie humanistyczne SF. Tu ideą jest to, że na dalekiej planecie Zima ludzie (na oko tacy, jak ziemianie) są hermafrodytami. Skutkuje to tym, że nie ma patriarchatu, nie ma walki płci , nie ma ustalonych ról społecznych, nie ma kobiet, czy mężczyzn, są ludzie, wszyscy jednakowo odpowiedzialni za potomstwo. Gdy nie wiadomo, czy urodzisz, czy spłodzisz potomka zachowujesz się w tej sferze życia przyzwoicie. Ta idea mnie zafrapowała. Poza  sferą seksualną mieszkańcy Zimy są tacy sami, jak ziemianie, z podobnymi problemami, smutkami i radościami.
Hain, to planeta, z której (w powieściach) pochodzą wszyscy ludzie- zamieszkujący  wiele  planet we wszechświecie, w dalekiej przyszłości (w tym ziemianie na Ziemi). Do tego cyklu należy pierwsza książka Ursuli Le Guin _ Świat Rocannona (1964, polskie wydanie w 1990), także Planeta Wygnania i Miasto Złudzeń. To czyste SF. z zawsze ciekawą fabułą i ludzkimi problemami w "kosmicznym kostiumie".
 Większość książek Le Guin, dostępnych po polsku kupiłam i mam wrażenie, że wszystkie dostępne po polsku przeczytałam (czego nie dostałam, pożyczyłam w bibliotece).  Do ulubionych książek wracam i sprawdzam, w różnych okresach mojego życia, czy odbieram je podobnie, jak przed laty. I tak, zachwycają mnie, jak dawniej, nie zestarzały się ani książki ani ja (mój ich odbiór) ;)
Byłam niezwykle zaskoczona i w sumie zadowolona, gdy dowiedziałam się od pani bibliotekarki, że Czarnoksiężnik z Archipelagu jest lekturą szkolną. No, super. Zawdzięcza to zapewne wspaniałemu przekładowi Barańczaka. Ciekawe, jak młodzi ludzie odbierają teraz tę baśniową opowieść? Jeśli ktoś nie lubił baśni w dzieciństwie, to i fantasy Ursuli le Guin mu nie będzie odpowiadać. "Tłuczenie" lektury w szkole czasem może zniechęcić każdego. Ale może zachęci kogoś do sięgnięcia po dalsze tomy cyklu? Na razie moim entuzjazmem wobec twórczości Ursuli le Guin zaciekawiłam panią bibliotekarkę, która wyraziła chęć przeczytania książki - lektury, autorki, której do tej pory nie znała.
Ja wiem, że każdy wybiera do czytania to, co lubi, co ma nadzieję, że mu się spodoba (ja nie znoszę realizmu magicznego, typu Zafon).  Nie namawiam, nie zachęcam, informuję. Sama od dawna nie czytam fantastyki. Ale Ursula Le Guin, to gatunek sam w sobie. I niestety zamknięty rozdział. Niczego więcej już nie będzie.

środa, 14 marca 2018

Co zrobić z tymi "wspomnieniami"?

Dzieci porządkują strych na daczy Dziadka. Dom na tamtym ogrodzie zbudowaliśmy 34 lata temu, własnoręcznie, rękami mojego taty i Mojego. W zgrzebnych latach osiemdziesiątych, latach niedoborów wszelkich. Wtedy wszystko, co dostawaliśmy od rodziny i znajomych mogło się przydać. Potem, gdy zaczęło by wszędzie wszystkiego pełno sami zaczęliśmy na daczę zwozić rzeczy zbędne, ale jeszcze w dobrym stanie, bo "może się przydać", takie "przydasie". I teraz dzieci próbują pozbyć się tych przeterminowanych "przydasiów", pokrytych kurzem, zjedzonych przez roztocza, zwilgotniałych po zimie w nieogrzewanym domu. Z tak zwanymi lumpami jakoś sobie wspólnie radzimy: stare kołdry, jeszcze z waty, poduchy, stare koce - jeśli w miarę czyste i całe - do kontenera, może papier czerpany zrobią? Zniszczone bardziej - do śmieci. Ale na stryszku były tony książek! Książki z mojego dzieciństwa i młodości, książki z dzieciństwa moich dzieci. Siedzę nad kartonami i próbuję te książki segregować. Nie mam siły, po prostu nie mogę tak bezboleśnie oddać ich na makulaturę. Czuję fizyczny ból przed wyrzuceniem książki do śmieci. Jeśli jest poszargana, to ból mniejszy. Ale jeśli tylko papier nieco zżółkł, druk wyblakł? (to te niedobory lat 80-tych). A tyle wspomnień cudownych przeżyć: Historia żółtej ciżemki A. Domańskiej, Ślady rysich pazurów W.Żółkiewskiej(coś dla tych "nowych", którym amputowali pamięć historyczną), Koniec wakacji J. Domagalika, Za minutę pierwsza miłość H.Ożogowskiej, Dzieci Warszawy M. Zarębińskiej, Stawiam na Tolka Banan Bahdaja. Te książki na razie odłożyłam, do biblioteki się nie nadadzą, zbyt zgrzebne, nie dość estetyczne, jak na obecne czasy. Może wnuki zechcą do nich sięgnąć? A może i ja przeczytam je na nowo? Zaczęłam od kartonu z książkami młodzieżowymi, znalazłam też wiele bajek, baśni, książeczek dla młodszych dzieci. Część odłożyłam, żeby postawić na takiej półce, z której można sobie wziąć książki bezpłatnie. Zauważyłam taką biblioteczkę w sąsiednim miasteczku, w centrum handlowym. Komiksy z Thorgalem może mogłabym sprzedać, ale gdzie? Przez internet? Z Allegro nie korzystam.  Mam jeszcze dwa wielkie kartony, aż się boję do nich zaglądać. Może zamknąć oczy i wywalić na makulaturę? Do niebieskiego worka?  Ale to tak, jakbym pozbywała się wspomnień, a wiele książek ciągle mi przypomina tamten czas dawno miniony. Jeszcze pamiętam. To dobre wspomnienia.
I właśnie przeglądając książki natknęłam się na stos kartek świątecznych, które zapewne miały być spalone w kominku, ale komuś się zrobiło żal, wtedy, dawno, i wylądowały na stryszku . To kartki z życzeniami od niezliczonych znajomych Rodziców i od dalszej rodziny. Niektórych osób nigdy nie poznałam, ale przez wiele lat spływały od nich życzenia na Święta. Prawie wszyscy już odeszli . Trafiłam na życzenia od niezwykłej osoby. I się zadumałam i zaczęłam wspominać.
Pani nazywała się Franciszka Domek.  Pochodziła ze wsi Szczawa w Gorcach. Tam przeżyła całe życie, tam zmarła w początku lat 90-tych, przeżywszy  nieco ponad 70 lat.
W końcu lat 50 -tych spędzaliśmy co roku  miesiąc wakacji w Szczawie, wynajmując pokój w domu rodziny pani Frani. Dom był dwuizbowy: kuchnia i izba. Izbę wynajęto nam, letnikom. W kuchni nocowali : gospodarz, gospodyni, ich syn nastoletni, mama gospodarza i siostra, czyli pani Frania. Była biedna, bez posagu, bez ziemi, chociaż ładna i dobra, nie znalazła męża. Pamiętam, jak  zajmowała się mną, opiekowała, śpiewała mi i opowiadała o górach ( od 3 do 5 roku mojego życia). Niezwykłą sympatią darzyła moją mamę. Panie, jakby z dwóch kosmosów, do końca życia pani Frani pisały do siebie listy. Pewnie dzięki tej korespondencji pojechaliśmy do Szczawy znów, gdy miałam 9 lat. Ten pobyt pamiętam doskonale. To były fantastyczne wakacje, dzięki gromadzie miejscowych  rówieśników, z którymi przepadałam na całe dnie. Pani Frania miała ukończone zaledwie 4 klasy szkoły powszechnej. A jednak pisała listy. Przelewała swoje myśli  na papier i zawsze życzyła całej naszej rodzinie wszelkich łask i zdrowia (mama regularnie wysyłała jakieś paczki w góry, bo pani Frania miała siostrę z gromadą dzieci , w sumie 8, no i bieda tam była wielka). I znów po latach, dzięki pani Frani pojechałam do Szczawy, już jako mężatka, z dwójką synów. Mieszkaliśmy wtedy u jednej z siostrzenic pani Frani. I dla moich synków te wakacje również były niezapomniane, pełne wolności i zabaw z rówieśnikami.  A pani Frania, po śmierci mamy i gospodarzy została w domu brata z jego synem, synową i ich dziećmi (jedno z dzieci miało trisomię i pani Frania "nadała się" na cierpliwa opiekunkę). Mieszkała kątem, bardzo cicho stwierdzała, nie skarżąc się nawet, że nowa gospodyni jest niedobra. Była bardzo biedna, jedyne pieniądze, to była zapomoga z gminy. Pomagała jej wtedy siostra, której dzieci się już wszystkie usamodzielniły i dobrze sobie radziły. Pani Frania żyła nadzieją, że zanim umrze przeprowadzi się do nowego domu najmłodszego brata, który wybudował się na ziemi po rodzicach, po sąsiedzku i na emeryturze chciał wrócić ze Śląska w rodzinne strony (nie wiem na pewno, ale chyba pani Frania zdążyła przed śmiercią zamieszkać w tym domu brata, mając pierwszy raz w życiu swój pokój). Wtedy podczas pobytu z dziećmi często chodziliśmy do pani Frani i ona nas odwiedzała, zawsze uśmiechnięta, pogodna i życzliwa. Na pożegnanie przyniosła nam butelkę miodu spadziowego (którą kupiła lub dostała w prezencie). To był niezwykły podarunek. Pani Frania pamiętała, że podczas poprzednich pobytów w Szczawie rodzice zawsze kupowali miód spadziowy w pasiece nad rzeką Kamienicą. Ten miód mojego dzieciństwa miał jedyny niepowtarzalny smak. Nigdy więcej, nigdzie indziej miód spadziowy nie miał tamtego smaku. I dostaliśmy butelkę takiego miodu  - płynnego, ciemnobursztynowego. Niesamowite, ale ten miód po 25 latach miał dokładnie taki smak, jak pamiętałam. Smak mojego dzieciństwa. Pani Frania całe życie ciężko fizycznie pracowała, dla innych, nie dla siebie, a jednak zachowała do końca niezwykłą łagodność, pogodę ducha, życzliwość dla ludzi. Zawsze pisała, że modli się o zdrowie  i łaski dla naszej całej rodziny. Mogę sobie  wyobrażać, że głos tej czystej duszy został wysłuchany.
I znalazłam teraz kartkę z jej życzeniami :
Drodzy i Kochani Państwo
Z okazji Świąt Zmartwychwstania Chrystusa Pana jak najlepsze życzenia Radosnego Alleluja oraz Wiele łask Bożych smacznego święconego jajka życzy F.D. dla Pani i Pana i Pani Hani z Mężem i dziećmi. Mocno ściskam i całuję wszystkich. (oryginalna pisownia).
I jak tu się nie wzruszyć.
A gdy kiedykolwiek w czasie przejazdów po Polsce droga wypada mi przez Szczawę zawsze zatrzymuję się przy małym cmentarzyku i zapalam świeczkę pani Frani.