sobota, 1 sierpnia 2020

Śląsk zielony

Niedawno wróciłam z Beskidu Śląskiego. Już mnie gnało w "świat". Skusiłam się na jedną z ofert hotelowych. i nie żałuję. To był udany pobyt. Szczególnie, że kilka dni spędziliśmy z przyjaciółmi.
Mieszkaliśmy w Wiśle Malince. To część miasta Wisła. Według folderu Centrum Informacji Turystycznej miasto Wisła zajmuje 110,3 km kw. powierzchni (o 30 tys. więcej niż np. Gorzów Wielkopolski) i są to przeważnie góry i wzgórza, z zaledwie 11 tysiącami mieszkańców.
Przyzwyczajona do miejscowości na niżu, do wsi i miasteczek Wielkopolski, z nowym zdziwieniem oglądałam te podgórskie miejscowość. Mówię o nowym zdziwieniu, bo przecież od dzieciństwa, przez całą młodość i jeszcze z 15 lat temu jeździłam w nasze góry, w Beskidy, Gorce, Sudety i nie irytowały mnie domki rozrzucone na zboczach, wysoko nad wsiami, miejscowości rozciągnięte kilka kilometrów wzdłuż szosy i wszerz, wspinające się na wzgórza. A teraz był to dla mnie widok, wprawiający w zdumienie. Jak można sie tak wspinać i schodzić codziennie? Bo ja już nie mam siły wchodzić pod górę.
Okazuje się, że rzadko kto, z miejscowych, tam się wspina. Wszyscy jeżdżą. Wąskie dróżki, ale wyasfaltowane, auta tylko śmigały i smrodziły nam, gdy schodziliśmy ścieżką spacerową ze wzgórz (w obrębie owej Malinki).
W centrum Wisły nie byłam (byłam tam parę lat temu). Z Malinki, to 7 kilometrów, tyle pieszo szosą bez chodnika nie chadzam. A autem szkoda było czasu: potworne korki, związane z remontem szosy biegnącej przez Wisłę (kilka mijanek) i brak miejsc parkingowych.





W samej Malince jest ładna ścieżka edukacyjna wzdłuż strumienia Malinka (który łączy się z Wisełką tworząc rzekę Wisłę, w centrum Wisły właśnie).



To sztuczne progi na Malince. Ale ryb w tym strumieniu na lekarstwo.




To parzydło leśne nad strumieniem fascynowało mnie. Ścieżka edukacyjna i strumień są częścią parku krajobrazowego .
Ścieżką można było dojść do skoczni im. Adama Małysza.



Obok skoczni jest wyciąg krzesełkowy , dwuosobowy, zwany na wyrost "koleją linową".  Chyba z powodu koronawirusa najbliższy nas, całoroczny wyciąg (kolej linowa, czteroosobowa) na Cieńków był w tygodniu nieczynny. Nie mogliśmy zrobić "pętli cieńkowskiej" w wersji dla emerytów  - wjazd krzesełkami na Cieńków,  łagodne przejście górą, granią, do skoczni, zjazd krzesełkami w dół i powrót ścieżką edukacyjną, dołem, do hotelu ;)  Więc wybraliśmy wersję dla "sercowców": wjechaliśmy na szczyt skoczni. I poszliśmy w drugą stronę.



Wdrapałam się ostatkiem sił, po schodach na mniej więcej piąte piętro, tej budowli , z której skoczkowie zaczynają swój zjazd (ich chyba wwozi winda) i podziwiałam okolicę :)


Trochę mnie mdliło od samego widoku. Zawsze wiedziałam, że skoczkowie narciarscy są szaleni ;)

Dalej poszliśmy trasą spacerową, czasem wznoszącą się, czasem opadająca lekko w dół, w kierunku Cieńkowa (716 m n.p.m).


Po drodze mijałam urocze górskie łąki. Na łąkach chabry łąkowe, krwawniki, dziurawce, czasem goździki kartuzki . Cieszyły moje oczy :)
Na szczycie, przy górnej stacji, nieczynnego w czwartek, wyciągu wybudowano zajazd, restaurację w "góralskim" stylu. Widoki z tarasu były rozległe, na łagodne wzgórza Beskidu Śląskiego.

A tu wnętrze karczmy.
Po wypiciu kawki i zjedzeniu sernika mogłam schodzić w dół (tą wyasfaltowaną ścieżką, szerokości jednego auta) :). Ze schodzeniem nie mam najmniejszego problemu. I nawet mnie po tym łydki nie bolą.

Odwiedziliśmy najwyżej położoną wieś Beskidu Ślaskiego, Koniaków.
Dawno temu, za studenckich czasów, byłam już w Koniakowie. Przeszliśmy ze stacji PKP w Milówce na Pietraszonkę. Tu nocowaliśmy. A potem z Pietraszonki przeszliśmy do Koniakowa. To był obóz wędrowny ;)
Widziałam wtedy koronczarki przy pracy, nawet kupiłam sobie jakieś nieduże serwetki. Chciałam zobaczyć, jak zmieniła się wieś, jak Koniaków dba o tradycję i turystów.
Ta tradycja, to złoty interes. Jest duży Sklep Góralski, otwarty do godz. 19.00 . I Centrum Koronki Koniakowskiej - muzeum i warsztaty, połączone ze sklepem.





Tym razem nic nie kupiłam.
Ale w karczmie obok Centrum zjadłam bardzo smaczne, ponoć regionalne, placki ziemniaczane z pieca, z polędwiczkami w sosie kurkowym.

A potem zrobiło sie upalnie. I przez przełęcz Salmopolską skoczyliśmy nad jezioro Żywieckie, nadal po śląskiej stronie (oczywiście autem) .


Pożyczyliśmy jedną z tych żaglówek i śmigaliśmy po jeziorze:)




Pożegnanie z jeziorem.
Ale nie z widokiem wody "stałej" (czyli niepłynącej).

W granicach miasta Wisła, w Wiśle Czarne znajduje się urokliwe jezioro Czerniańskie, utworzone ze spiętrzenia łączących sie w tym miejscu Wisełek Białej i Czarnej, spływających z pobliskiej Baraniej Góry. Zbudowano tu zaporę (w 1973 roku), która ma 37 m wysokości i 270 m długości. Akwen ma powierzchnię 360 m kw. Teraz jest tu rezerwat przyrody, można tylko spacerować po zaporze i częściowo wokół jeziora, i  robić zdjęcia :)






A gdy się dobrze przyjrzycie, zobaczycie za drzewami , widoczne z zapory, dachy Pałacyku Prezydenckiego.


Za przełęczą Salmopolską, w stronę Szczyrku, jest Zajazd Salmopolski, gdzie serwują wspaniałe pstrągi z pieca, z grilla, smażone i wędzone. Tu właśnie widok na wędzarnię.
Przez Szczyrk tylko przejeżdżaliśmy. Taka typowa ulicówka, ciągnąca się kilometrami, zbiorowisko kiczu(kioski z pamiątkami) i bałaganu architektonicznego. Tłumy ludzi na ulicach, setki samochodów na poboczach, jak można wypoczywać w takim miejscu??

Będąc w powiecie cieszyńskim musiałam, po prostu musiałam zobaczyć Cieszyn, jedno z miast, które od lat były na mojej "liście miejsc do zobaczenia". Jako dziecko zaczytywałam sie w Godkach Śląskich Gustawa Morcinka. Pisał także o Cieszynie i o rzece Olzie (swego czasu chyba zakłady "Olza" produkowały "Prince Polo"?, a może jakieś inne smaczne wafelki, pamiętałam nazwę "Olza").
Wiedziałam, że to bardzo stare miasto, jedno z najstarszych w Polsce (powstało w IXw., choć prawa miejskie nadano mu w XIII wieku) i pełne zabytków. A ja uwielbiam historyczne miasta z duszą.
I nie zawiodłam się. Starówka w Cieszynie jest piękna (więcej nie widziałam, ale widziałam to, co najciekawsze).
Rynek z ratuszem.
Gdy przyjechaliśmy było pochmurno i raczej chłodno. Z każda chwilą robiło sie coraz ładniej i coraz cieplej.



Na rynku studnia św.Floriana.


A to Dom Narodowy - Cieszyński Ośrodek Kultury. Na drugim pietrze Centrum Folkloru Śląska Cieszyńskiego - wystawa i część warsztatowa "Oaza tradycji". Bardzo ciekawe.


To plac przed Teatrem im. Adama Mickiewicza (teatr był prosto pod słońce i zasłonięty drzewami).


A to ulica Głęboka, która prowadzi do ulicy Zamkowej (widać  na końcu ulicy Pałacyk Myśliwski Habsburgów, w zamkowym parku)
Tam ulicą Zamkową można wejść lub wjechać do Czeskiego Cieszyna. Przez rzekę Olzę i Most Przyjaźni.


To Olza z Mostu Przyjaźni. 

A to rzut oka na czeską stronę. Nie poszliśmy. Zrobiło się nagle gorąco, nie byłam przygotowana na tak wysoką temperaturę (zbyt grube ciuchy). Poszliśmy w cień do zamkowego parku.


Jednak parę metrów w Czechach zrobiłam ;)


To Pałacyk Myśliwski Habsburgów z 1840 roku. Na cokole współczesna rzeźba "Ślązaczka".
A w pałacyku jest teraz szkoła muzyczna.


A w parku pomnikowe kasztany. Park znajduje się na Górze Zamkowej. W XIV wieku ziemno-drewniany gród został zastąpiony murowanym gotyckim zamkiem książęcym.


To najcenniejszy zabytek Cieszyna, Rotunda romańska św. Mikołaja. Jedna z najstarszych świątyń chrześcijańskich w Polsce i najcenniejszy zabytek Śląska. Jej wizerunek znajduje się na banknocie 20 złotowym. Pochodzi z XI wieku. W dniu Patrona, czyli 6 grudnia odbywają się w niej nabożeństwa.



A to zachowane fragmenty Wieży Ostatecznej Obrony z XIII wieku. To pozostałość owego pierwotnego grodu i fortyfikacji obronnych.


A to Wieża Piastowska z 2 poł. XIV wieku.
Bardzo mi sie podobało na Górze Zamkowej. 

Nie zrobiłam zdjęć kilku zabytkowych kościołów i nie byłam w Muzeum Ślaska Cieszyńskiego (limity odwiedzających, otwarte tylko do 14.00, nie zdążyliśmy). 
Jeśli tylko będę w pobliżu z radością znów odwiedzę Cieszyn. Piękne miasto!

A wracając już do domu zrealizowałam jeszcze jeden "kaprys". Wstąpiliśmy prawie "po drodze" do Rybnika. To miasto też kojarzy mi się z dzieciństwem. Moja Pani od skrzypiec (w szkole muzycznej) pochodziła z Rybnika i często wspominała swoje miasto. Aż do teraz nie miałam okazji go zobaczyć. 

No i "zobaczyłam". Był to tylko krótki rzut oka na najstarszą część miasta, wokół Rynku.
Ale nawet tak krótki pobyt pozostawił miłe wspomnienia i przekonanie, że stara część miasta jest ciekawa i ładna.



Opisów nie daję, bo nie wiem, na co patrzyłam. Po prostu spodobały mi się te budowle.




To na pewno dawny Ratusz, przy Rynku. Przeczytałam, że mieści się w nim Pałac Ślubów.


Na Rynku dużo punktów gastronomicznych, "ogródków". 


Nagle takie ciemne zdjęcie mi wyszło. Ale tu widać Rynek w szerszym ujęciu. 

Oczywiście poszliśmy na kawę . Tuż przy Rynku była kawiarnia "Tu i teraz". Zapamiętam ją na dłużej :) Wypiłam bardzo smaczną kawę mrożoną (pierwszą tego lata) i zjadłam niesamowity tort Sachera, "z marmoladą morelową", jak zachęcała urocza kelnerka. Takiego smacznego ciasta dawno nie jadłam (a jestem łasuchem, jak wiecie). Polecam!
Jeśli zaliczyłam kawę z ciastkiem, to miasto jest "zaliczone" :)


Jeszcze pożegnalne zdjęcie, placu przed wielką galerią handlową "Focus".


I już z auta, z drogi "ustrzeliłam" kościół patrona Rybnika , św. Antoniego ( wiem, co to dzięki rzetelnemu wpisowi Barbarossy na jej blogu)


I to już koniec wycieczki :) Dziękuję za Waszą cierpliwość .

czwartek, 16 lipca 2020

Mój kawałek Poznania

Na początek - jestem rodowitą poznanianką i jestem z tego dumna :)
Od kilku lat jestem też Poznanianką, czyli mieszkanką Poznańskiego (powiatu), a nie samego miasta.
Do Miasta mam pół godziny szosą i jeszcze mniej pociągiem.
W piękny słoneczny dzień powszedni znalazłam się w moim ulubionym miejscu Poznania. Na Starym Rynku. I w jego okolicach.
Starałam się  spojrzeć na moje ulubione zakątki okiem turysty. Ale takiego turysty, który po latach odwiedza dawno nie widziane kąty, zainteresowanego i życzliwego, a nie szukającego dziury w całym ;)

Widok, który zawsze mnie cieszy :)



To odchodząca od Starego Rynku urocza uliczka Świętosławska.
Są tu hostele i klimatyczne kawiarenki (w sumie nie wiem, jak nazwać lokal, w którym podają dania wytrawne, ale nie typowo obiadowe, raczej lunchowe, przekąskowe, a także słodkie desery i ciasta).
Ulicę zamyka barokowa fara. Kościół św. Stanisława został farą dopiero w XIX wieku, kiedy ta pierwsza fara spłonęła doszczętnie, kolejny raz i nie dało się jej już uratować. Pierwsza fara  pod wezwaniem św.Marii Magdaleny stała nieopodal, na Placu Kolegiackim. Trwają tam teraz prace, nad rewitalizacją placu (co oznacza, że jest tam totalny "sajgon", okropny hałas maszyn, kurz lub błoto, w zależności od pogody).
Na ulicy Świętosławskiej była moja ulubiona kawiarenka, nadal jest, ale zmieniła nazwę (czyli właściciela). Najciekawszy w tym lokalu jest ogródek "od podwórka". Lubiłam tam wejść, żeby wypić kawę mrożoną pod zielonym, prześwitującym słońcem "dachem" z bluszczu i winobluszczu.


I tym razem wstąpiłam na kawę, włoską, gorącą . A że lokal preferuje teraz kuchnię włoską, to wzięłam sobie jeszcze tiramisu :)


Wiadomo, że wszystko drożeje, ale czy to nie przesada, żeby za filiżankę kawy płacić równowartość prawie 3 Euro? (w zeszłym roku we Wrocławiu "udało mi się" zapłacić za kawę na Rynku 16 zł! I ja się na to zgodziłam!)


Po sąsiedzku druga kafejka, stale ta sama. To widok od ulicy.


A to od "podwórka", czyli ogródek letni. Zieleń bardzo sie rozrosła i wypiękniała na tym "podwórku" :)

Posilona, w dobrym nastroju poszłam spacerkiem dalej po znajomych i, okazuje się, całkiem nowych, ścieżkach.


To piękny dziedziniec Urzędu Miasta Poznania, siedziba prezydenta Miasta, przestrzeń publiczna. W latach ubiegłych odbywały sie tu koncerty i spektakle teatralne, darmowe (m.in.występowała tu Krystyna Janda). Gmach Urzędu, to dawne kolegium jezuickie, w skład którego wchodził także obecny kościół farny.


Okazała wieża nad dawną bramą wjazdową na dziedziniec kolegium.
Przez dziedziniec, nieznaną mi furtką przeszłam na tyły fary, do parku Chopina.


Nigdy tu wcześniej nie byłam, choć widok jest mi znany, bo widywałam te budynki z tramwaju, przejeżdżającego obok parku.


A tu mały pomnik koziołków. Przeniesiono je sprzed Urzędu Miasta, z Placu Kolegiackiego, na czas remontu Placu. Koziołki (te z wieży ratuszowej), to symbol miasta :)

Tu popiersie Chopina w parku jego imienia. Nigdy wcześniej nie byłam w tym parku, niesamowite. To ścisłe centrum miasta. W tle nadal Urząd Miasta. Owo byłe kolegium jezuickie, to potężny gmach. A Chopin podobno przebywał w jednym z domów na Placu Kolegiackim, tuż przy gmachu kolegium (na budynku jest tablica pamiątkowa).
Spacerowałam dalej.

Wyszłam z parku na Plac Bernardyński. Jest tu jeden z pięciu targów (rynków) miejskich (w 1945 roku przeniesiono tutaj targ ze Starego Rynku).  A historia placu sięga XV wieku, kiedy w to miejsce sprowadzono zakon bernardynów. Poznaniacy nazywają widoczny na zdjęciu kościół kościołem bernardynów, ale od 1991 roku kościół i klasztor należą do franciszkanów.
Po zniszczeniach wojennych kościół bardzo długo odbudowywano. Ja dokładnie pamiętam bryłę kościoła bez hełmów. Te strzeliste wieże postawiono ponownie  w 1983 roku.
Kościół stoi oficjalnie przy ulicy Garbary (jeden z boków Placu Bernardyńskiego). Poszłam w lewo, dalej Garbarami, znów w stronę Starego Rynku.


Zaskoczyła mnie pustka na ulicy. Wczesnopopołudniowa godzina, środek miasta, dzień powszedni, wakacje, lato, a na ulicach pustki. Także na Starym Rynku puste stoliki kawiarniane na płycie Rynku, mimo odbywającego się (wtedy) jeszcze Jarmarku Świętojańskiego. I mimo przyjemnej ciepłej, ale nie upalnej aury. Widać, że koronawirus zatrzymuje ludzi w miejscu.


To kościół Wszystkich Świętych na Grobli. Tak się o nim mówi "kościół na Grobli". I rzeczywiście sprawdziłam - oficjalny adres, to Grobla 1. A kościół stoi na rogu ul Mostowej i Ewangelickiej. Jednak posesja należy do ulicy Grobla. Taka zmyłka ;)
Kościół został wzniesiony w drugiej połowie XVIII wieku dla parafii ewangelickiej. Po II wojnie stał się świątynią katolicką. 
Przed 57 laty kościół stał nad brzegiem Warty, a po drugiej stronie rzeki była dzielnica Chwaliszewo.
Ha, Chwaliszewo ma długą i bogata historię. Przez 400 lat (od początku XV w) leżące na wyspie między Wartą a Cybiną Chwaliszewo było oddzielnym miastem. Miało swoich kupców i rzemieślników, którzy byli konkurencją dla tych  poznańskich. Gdy przyłączono Chwaliszewo do Poznania animozje między mieszkańcami obu brzegów rzeki nie ustały. Często dochodziło do potyczek i wzajemnych napadów. Mówiło się, jeszcze po II wojnie, że na Chwaliszewo niebezpiecznie sie zapuszczać, że tam mieszka "element kryminalny", rojbry po prostu. Sytuacja się zmieniła, gdy w 1963 roku zmieniono koryto Warty, zasypano stare koryto i Chwaliszewo znalazło sie na tym samym brzegu, co Stary Rynek i Garbary(pamietam jeszcze stary drewniany most na Chwaliszewo). Stare rojbry chwaliszewskie zmarły, a nowi nie wiedzieli o co się bić ;) Zresztą cała ta dzielnica mocno ucierpiała w czasie działań wojennych, po odbudowie, to już nie było dawne Chwaliszewo.


To krzyż, który stał na przyczółku mostu Chwaliszewskiego, po stronie Chwaliszewa. Tylko, że to nie jest "ten krzyż". Tamten był prosty, drewniany, o wiele wyższy. Ten jest taki nowomodny "wypasiony" i bez duszy. Mam nadzieję, że chociaż figura Chrystusa to ta sama, co na tamtym historycznym krzyżu.


Odwróciłam sie w drugą stronę, w miejscu, gdzie przed laty stał most. Widzicie, jak blisko stąd do Starego Rynku?(troche powiekszyłam). Za pasami na jezdni zaczyna sie ulica Garbary. 
Na wprost  ulica Wielka. W tle Ratusz , a jeszcze dalej Zamek Przemysła,  bajkowa replika zamku księcia poznańskiego Przemysła I i jego syna króla Polski Przemysła II ( poznaniacy mówią "gargamel"). Zdjęcie pod słońce o godzinie 17.00
I tu skończyłam mój sentymentalny spacer.  Ze stacji Poznań Garbary wróciłam pociagiem na moją spokojną wieś :) 

niedziela, 12 lipca 2020

Dawnych wiosek czar

Byłam niedawno w Wielkopolskim Parku Etnograficznym w Dziekanowicach. Jeżdżę tam co jakiś czas, od lat, od czasu powstania tego muzeum. Moje dzieci, moje wnuki, moi goście, znajomi i rodzina też znają to miejsce (dzięki mnie) :)
Widziałam jak "skansen" powstaje, jak przybywa zabytkowych zagród, jak pięknieją na wiosnę i lato wiejskie muzealne obejścia.
Ten okropny COVID wpłynął na funkcjonowanie tego muzeum pod gołym niebem. Oczywiście, na gorsze.
Co roku w Parku Etnograficznym przez całe lato było tak zwane "żywe muzeum". W chatach bywało, że panie doglądające eksponatów, w strojach ludowych, gotowały w chacie zupę. Zapach swojskiej zupki przyciągał zwiedzających, jak magnes. Po obejściu chodziły kury i kaczki, w obórce albo przed obórką, w "patyku", stały kózki i osiołek, w przydomowym wiejskim ogródku kwitły kwiatki, rosły zioła. A w weekendy kowal kuł podkowy, wikliniarz wyplatał koszyki, garncarz kręcił kołem garncarskim. Żywe muzeum - cudo.
A teraz co? Najpierw nieprzyjemności, bo "śmiałam" wejść do pomieszczenia z kasą bez maseczki i na dodatek zadałam pytanie, czyli otworzyłam usta "narażając " panią w przyłbicy i za szybą, na wirusa. "Proszę wyjść, proszę nic nie mówić, pani mnie naraża, bez maski nie obsługuję". No, po prostu wirusowa histeria i paranoja. Ale miała kobita władzę  i jej użyła. Gdybym tam była sama, to bym się "wypięła" na takie traktowanie klienta. Maskę (przyłbicę) miałam w aucie, na parkingu, daleko od wejścia. Jak skansen na powietrzu, to nie pomyślałam o maseczce. Nie byłam sama, a rodzina miała coś na nos i usta , i te bilety kupili.
Ale nastrój sobie popsułam.
I patrzyłam na muzeum krytycznym okiem. Oczywiście żadnych zwierząt nie było, kwiatki takie mizerne, tyle, ile samo wyrosło od wiosny, od zeszłego roku. Za jednym z domostw zauważyłam poletko lnu. Niebieściło się jeszcze. W innym miejscu były poletka żyta i owsa.  Ktoś to uprawia.
Panie "doglądające" chodziły grupą, do chat nie wchodziły, w chatach nie było nikogo (mówiła rodzina). Na wszelki wypadek nie wchodziłam, żeby mnie ktoś znów nie wyprosił. Znam te wnętrza.





Pogoda była ładna, teren rozległy, ludzi mało, miałam spacer.


Pamiętam, jak stawiano ten kościółek.

Przy kościele - kapliczka, z boku widać prace przy wznoszeniu plebanii, przeniesionej z jednej z wsi powiatu jarocińskiego (była w kiepskim stanie, większość konstrukcji jest nowa).


Przed kościołem rośnie młody jawor. To takie prawdziwie polskie drzewo. Ma szansę w tym miejscu wyrosnąć na olbrzyma ;)


A to wiejska karczma, z Kaliskiego.

I jej wnętrze.


Dalej była kaplica na wiejskim cmentarzu.



Doszliśmy do dworu. To "nówka", replika. Ale jaka "klimatyczna" :) Pamiętam, jak budowano dwór, trwało to  kilka lat, a jeszcze 10 lat temu wnętrza były puste.




Teraz lśnią. Przyjemnie było być panią dziedziczką :)

Obok dworu stoi dawna wiejska szkoła. 


 To salka z lat 20-tych.

A to już całkiem współczesne lata 60-te ;) Pamiętacie?


I na koniec zwiedzania jeszcze wiejska kuźnia.

Na terenie muzeum jest bar, w którym można zjeść smaczne dania "wiejskie", na przykład żurek w chlebku albo plindze ze śmietaną (to placki ziemniaczane). Po zjedzeniu smacznej potrawy humor mi wrócił i już z uśmiechem patrzyłam na to "moje" dziedzictwo kulturowe :)
Jeśli będziecie jechać drogą z Pobiedzisk do Gniezna, to wstąpcie do Dziekanowic, to tuż przy drodze. A jeśli nastawicie się na zwiedzanie, to pojedźcie kawałek dalej. Tam czeka na was Lednica, wyspa - Ostrów Lednicki i rezerwat archeologiczny.

piątek, 10 lipca 2020

Dziki storczyk

Wyrosło mi coś nietypowego, samo się nagle pojawiło.
Liście były mocne i zapowiadały jakąś szlachetną roślinę. Nie wyrwałam, czekałam. A cała roślina miała wielką siłę i wolę życia, przebiła się przez włókninę (trochę już "leciwą").


Fascynuje mnie ten niepozorny kwiatek, taki inny, niż wszystkie mi znane.


Widać, że z całą pewnością jest to storczyk. Szukałam w fotografiach polskich dzikich storczyków. Takiego nie znalazłam. Czyżby jakaś nieznana odmiana ;)


A tak wygląda pojedynczy kwiatek. Wyraźnie widać warżkę. I widać też, jak jest malutki.
Może ktoś z was spotkał się już z takim storczykiem? Może ktoś może mi o nim powiedzieć coś więcej? Będę wdzięczna za każda informację :)

piątek, 3 lipca 2020

Lawendowe Pole i okolica

Niedaleko od nas odkryłam ciekawe miejsce, niewątpliwą atrakcję turystyczną : pole lawendy.
Na polskie warunki to całkiem spore pole. I teraz właśnie lawenda jest w pełnym rozkwicie, prezentuje się najokazalej. Ta atrakcja turystyczna trwa dość krótko, tylko ok 2 miesięcy, gdy kwitną krzaki. Bo mimo, że pachnie cała roślina, to jednak  tylko kwiaty są surowcem do wyrobu kosmetyków i olejku.

Pogoda była zmienne, raz chmury, raz słońce, ale przyjemnie ciepło.
Kwiaty , całe pole, pachniało oszałamiająco.  Nie jestem jakąś wielką miłośniczką lawendy, ale jej zapach nie przeszkadza mi, w niewielkim stężeniu jest całkiem przyjemny (jak na tym polu). I kwiaty pachną znacznie przyjemniej niż liście (bo cała roślina jest pachnąca).




Przy plantacji jest sklepik z wyrobami z lawendy: są świeże pęki kwiatów, bukiety suszone, mydełka z lawendą, sól do kąpieli z lawendą, pastylki lawendowe do kąpieli stóp, poduszki i woreczki zapachowe, jest woda lawendowa i olejek lawendowy (ten akurat się skończył, a nowy dojrzewa), są zestawy prezentowe w ładnych opakowaniach.
Oczywiście, nie mogłam się oprzeć takim skarbom natury :)


Kupiłam parę drobiazgów.
Obok sklepiku była też kawiarenka.
Wypiliśmy kawę i spróbowaliśmy lodów lawendowych. Po prawdzie te lody były takie dość mdłe. Miały lekki lawendowy smak, przyjemny, ale kolor był chyba jednak nienaturalny (fioletowy, lawendowy) ale kto to wie, ponoć wszystkie ich produkty są w 100% naturalne.

Pooglądaliśmy  pole, pospacerowaliśmy ścieżkami wśród krzaków lawendy (mnóstwo trzmieli i innych "osowatych"), zwiedzanie plantacji jest bezpłatne. Widzieliśmy różne odmiany lawendy, w różnych odcieniach fioletu, a także białą.
Dowiedziałam się, że już w poniedziałek zaczną się lawendowe żniwa. I potrwają zapewne do końca lipca (opady opóźniają zbiór, lawendę zbiera się suchą). A młode krzaki na nowej plantacji dopiero zaczną kwitnąć. Więc jeszcze przez pewien czas będzie można podziwiać tę nietypową dla Polski uprawę. A ja być może wybiorę się tam znów za 2-3 tygodnie, żeby kupić olejek lawendowy, remedium na mnóstwo najróżniejszych dolegliwości, pięknie do tego pachnący. To tylko pół godziny autem od mojej wsi.
Lawendowe pole znajduje się na obrzeżach niewielkiego miasteczka Czerniejewa. Miasteczko jest malutkie, liczy dziś zaledwie 2600 mieszkańców, jednak jest gminą miejsko - wiejską.
Czerniejewo było miastem już od ok. 1390 roku, kiedy to nadano mu lokację na prawie magdeburskim.
Najcenniejszym i najsłynniejszym zabytkiem miasta jest Pałac Lipskich, zbudowany w 1780 roku, początkowo późnobarokowy, w początkach XIX wieku przebudowany w stylu klasycystycznym.


Tu brama wjazdowa do posiadłości, w głębi Pałac.


A tu Pałac i wewnętrzny,  tzw. dziedziniec honorowy, z bocznymi oficynami, w łącznikach są oranżerie. Teraz jest tu hotel, a pałac jest po generalnym remoncie. Tylko o dziedziniec nikt nie zadbał. Ubita ziemia, pusty plac, pewnie pieniędzy zabrakło.


Na dziedzińcu zewnętrznym, zwrócone do siebie frontami bliźniacze : wozownia (na zdjęciu) i stajnie. Z tym, że w wozowni, pięknie odrestaurowanej, jest restauracja, a w dawnych stajniach okna są zabite deskami, czeka na remont (lub na sponsora).
Pałac otacza rozległy park w stylu angielskim (czyli taki nieco dziki). Dziś było tam pięknie, bujnie zielono (po deszczach) i ptaki cudnie śpiewały.


A to Pałac od strony parku.

Bardzo ładne miejsce.

A potem pojechaliśmy zobaczyć "skansen". Ale o tym napiszę następnym razem.