środa, 29 sierpnia 2018

Nadal odkrywam Polskę

Byłam ostatnio na zachodzie Polski, na południowych krańcach województwa lubuskiego. Szukając noclegu w Lubsku informacja skierowała mnie do Brodów.  To 12 kilometrów od Lubska, jak się okazało. Ale warto było wybrać to miejsce. Bo to miejsce niezwykłe. Na pierwszy rzut oka - mieścinka, ale z jaką historią! Ta miejscowość otrzymała prawa miejskie w XIV wieku (w 1945 te prawa, niestety straciła). nazywała się wtedy Pforten (o powinno mieć kropeczki, czyli Umlaut) i należała do Saksonii. W XVIII wieku przypada rozkwit miasta. Wtedy jego właścicielem został hrabia Henryk von Brühl - minister Augusta II Mocnego i Augusta III (na dworze saskim i polskim). Powstał tu wtedy piękny, okazały pałac z dwiema oficynami i rozległym parkiem, także kościół, zabudowania gospodarcze, stajnie, oranżeria, całe nowe miasteczko. Zamek spalono w roku śmierci hrabiego, w 1763 roku. od tego roku był w ruinie. Potomkowie ministra mieszkali w oficynach zamkowych aż do 1945 roku.


To pałac. Trwają prace renowacyjne. Jak widać  odbudowano już  piękny (i ogromny) dach mansardowy i poddasze, z działającym zegarem. Czy znajda się środki na dalszą odbudowę? Coś się w środku dzieje. Ale koszty są na pewno ogromne.

Obie oficyny: północna i południowa są całe (choć dachom już przydałaby się renowacja).


W południowej oficynie jest hotel, to własnie tu nocowałam, jak hrabina ;)Taka tam panuje nostalgiczna atmosfera, tęsknota za czasem minionym.


Pałacowa restauracja też była w dawnym stylu. A śniadanie było luksusowe, iście pałacowe.

Oficyna północna jest bliźniaczo podobna do południowej, znajduje się tam sala bankietowa i znajdowała się tam kaplica Brühlów (ale czy nadal tam jest - nie wiem).


Brama pałacowa też jest zabytkiem. Zbierało się na burzę, ale przeszła bokiem. Wszyscy czekali na deszcz, bo trawa na dziedzińcu całkiem wyschła, tak dawno tam nie padało.


Kościół Wszystkich Świętych. początkowo ewangelicki, od 45 r. katolicki.
Bardzo dużo zabytków w tak niewielkiej miejscowości gminnej (1100 mieszkańców).
Zachowały sie też zabytkowe stajnie, są w nich i dziś konie, można uprawiać jazdę konną
Gdyby odnowić jeszcze kilka kamieniczek przy wjeździe do pałacu, to byłaby perełka turystyczna, bo zachował się barokowy układ ulic i domy przy tych ulicach. Teraz niestety, tylko parę domków lśni dawnym blaskiem (zawsze coś). 
Jest za pałacem rozległy park w stylu angielskim, z pomnikowymi drzewami, trwają prace także w parku, żeby przywrócić mu dawną urodę.

   
Tu wielki platan w parku. Tak wiało, że zdjęcie wyszło poruszone.

Brody mnie zauroczyły. Nie spodziewałam się takiego spotkania z Historią, w takim odległym od szlaków turystycznych miejscu.

Na drugi dzień byłam w Lubsku. To też miejscowość gminna, miasto w powiecie żarskim. Do roku 1975 Lubsko było miastem powiatowym. Obecnie mieszka tu 14,5 tysiąca mieszkańców.
Miasto historycznie nalezy do Dolnych Łużyc, a pierwsze wzmianki o nim (wtedy pod nazwą Zemsz) pochodzą z XIII wieku. Wtedy też powstał kościół p.w. Nawiedzeni NMP, rozbudowany w XIV - XV ww.

W mieście z tak długą historią zachowało się sporo zabytków. Bardzo lubię miasta z "duszą", z historią.

A tu widać jeszcze renesansowy ratusz, siedzibę władz gminnych. W Końcu i tutaj spadł deszcz. Ale nie trwał długo. Miałam przynajmniej czas na kawę z ciastkiem w niedalekiej cukierni (skusiłam się na napoleonkę i dopiero, jak ją miałam na talerzyku, to dotarło do mnie, że mam mały kłopot: jak tu kulturalnie, publicznie zjeść to ciastko, ale poradziłam i nie jadłam rekami, tylko widelczykiem, wspomagając się łyżeczką).


A to, obok kościoła najstarszy zabytek Lubska, jednocześnie najbardziej charakterystyczna dla miast budowla: Baszta Pachołków Miejskich, gotycka.

 
I jeszcze Zamek, od 60 lat Dom Pomocy Społecznej, pięknie odnowiony, w zadbanym parku.

A w drodze powrotnej do domu musiałam "sprawdzić" jeszcze jedno miejsce.
Chobienice.
Zapewne nic wam ta nazwa nie mówi. Mnie też nie mówiła do niedawna. Zaczęła się pojawiać, gdy chciałam zamówić nocleg w okolicach Zbąszynia (czyli już Wielkopolska). pamiętacie, w lipcu nie mogłam się nachwalić Hotelu&Spa na Pałukach. Ten obiekt w Chobienicach także reklamowano, jako niezwykły Hotel&Spa. Oczywiście za niemałą kasę (więc zrezygnowałam). Ale chciałam sprawdzić, co "straciłam".  Rzeczywiście ośrodek hotelowy jest rozległy. Zbudowano go, wydaje mi się, w miejscu dawnego dziedzińca, podwórza byłego PGR, który utworzono na terenie dawnego folwarku, majątku ziemiańskiego (w pobliżu widziałam zrujnowany dwór). Na budynki hotelowe zaadaptowano byłe budynki gospodarcze, basen i Spa znajdują się w byłej stajni (prawdziwe stajnie także tam są i hotel jest mekką wielbicieli koni).


W takich budynkach mieszczą się pokoje hotelowe, dalej basen i Spa.
Po lewej jest rozległy teren zielony, zaczątek parku.


Z tyłu, ten dworek z szarym dachem, to Rządcówka - restauracja, gdzie wypiliśmy smaczną kawę i gdzie zjadłam pysznego ptysia z kremem orzechowym (w przyzwoitej polskiej cenie).

No, ładnie tam, ale poza basenem i końmi nie ma tam żadnych atrakcji (ani parku, ani lasu, ani jeziora). Co ja bym tam robiła? Sprawdziłam miejsce, zaspokoiłam ciekawość. I wróciłam do domu. Bo tu dużo mam do roboty.

 

sobota, 25 sierpnia 2018

Inny Berlin

Byłam trzy dni w Berlinie. To był nadzwyczaj udany pobyt. Z Poznania pociągiem, to bliżej, szybciej i (tym razem) taniej niż do Warszawy.
W Berlinie miałam metę u rodzinki i dzięki temu mogłam pozwolić sobie na taki spontaniczny wyjazd. A okazją było spotkanie z dawno niewidzianą dobrą znajomą z Odessy (która do Berlina przyjechała w odwiedziny do syna).
Spotkałyśmy się i wspólnie z synem znajomej  oglądałam Berlin, którego do tej pory nie znałam. Pierwszego dnia byliśmy dwa kroki od Alexa (Alexander Platz), w dzielnicy do niedawna zapuszczonej i nieciekawej. Teraz w okolicy Hackescher Markt sa odnowione niesamowite podwórka, otoczone kamienicami z pierwszej połowy XXwieku, pełne kawiarnianych, restauracyjnych stolików, teatrzyków i galerii sztuki, pełne berlińczyków i turystów. To (ponoć) atrakcja turystyczna. "Zaliczyłam" ją, pijąc kawę (z ciastkiem) w jednej z ulicznych kafejek.


Na następny dzień znalazłam się w zupełnie innym miejscu - w szacownej dzielnicy byłego Berlina Zachodniego - w Schoenebergu. Spacerowałam po rozległym parku, który rozpoczynał się przy sławnym Ratuszu tej dzielnicy.

Z tyłu widać wieżę Ratusza.
A ratusz jest sławny z tego powodu, że gościł w swych murach prezydenta Kennedy'ego, który tam, w czerwcu 1963 roku wygłosił słynne słowa: "jestem berlińczykiem".



W ostatnim dniu pobytu chodziłam z siostrzenicą po byłej enerdowskiej dzielnicy, obecnie bardzo modnej i drogiej. To Prenzlauer Berg. czułam się tu bardzo swojsko. Domy podobne, jak w kilku starszych poznańskich dzielnicach, a i mieszkańcy, jak "nasi", sami "biali". Proszę nie posądzać mnie o rasizm, ale tam naprawdę nie było widać różnorodności etnicznej, tak charakterystycznej dla innych części Berlina i dla większości stolic Europy. Tu było pod tym względem zupełnie, jak w Polsce. I te kawiarenki, jedna przy drugiej, ze stolikami na chodnikach, dla mnie, łasucha, cud miód. Nie poprzestałyśmy na kawie i ciastku w jednej z nich. Zjadłyśmy też lody, bardzo oryginalne ("eko") w lokalu australijskim (z resztą wszędzie tam słychać angielski i zdarza się, że obsługa tych kafejek nie rozumie po niemiecku!). Bardzo sympatyczna dzielnica, pełna ulic wysadzanych sporymi drzewami, zielonych skwerów, parków. przyjemna szczególnie w gorący letni dzień.

  
Jeden z większych ulicznych ogródków.


Zachwyciło mnie bogactwo owoców i warzyw na straganie i ich żywe kolory. Ale ceny wręcz przeciwnie.  


Czasem wystarczą dwa stoliki, późnym popołudniem jest tu tłoczno.

Miło spędzony czas, z przyjaciółmi i rodziną. Chciałoby się tak częściej... :) 

sobota, 18 sierpnia 2018

Inna Polska - Podlasie

Wielkopolska, to moje strony. Na Podlasiu byłam z wycieczką objazdowa bardzo dawno temu. Teraz pojechałam tam z Moim i wnukami i miałam okazje odkrywać ten niezwykły region. Wakacje, pełnia sezonu urlopowego, a na Podlasiu, spokój, świeże powietrze i turyści, aktywnie spędzający czas. A atrakcji tu co niemiara dla małych i dużych. Bazę wypadową mieliśmy w malutkiej wiosce nad Bugiem, blisko białoruskiej granicy, jeszcze po prawej stronie Bugu. Robiliśmy wycieczki (cóż, samochodowe) podziwiając okoliczne atrakcje.
Byliśmy na Świętej Górze Grabarce, dokąd jutro będą pielgrzymować prawosławni z całej Polski, niosąc swoje krzyże, z ukośną dodatkową poprzeczką(?), w swoich intencjach, wielu z nich będzie pokonywać wzniesienie po kolanach. Będą piec poświęcone jabłka na świętym ogniu (to ogień z krzyży sprzed lat, które zmógł czas). Piękne miejsce, pełne ciszy, spokoju i zadumy.


To te krzyże, co roku przynoszone przez pielgrzymów, las krzyży!


A to jedna z trzech cerkwi na Grabarce. ta akurat została odrestaurowana dzięki wsparciu finansowemu Lichtensztajnu, Islandii i Norwegii (tak przeczytałam).

Potem pojechaliśmy w cudowne miejsce (dla  mnie, zielarki, szczególnie). To Podlaski Ogród Ziołowy albo Ziołowy Zakątek w Korycinach, (niedaleko wsi Grodzisk). To prywatne przedsięwzięcie, ale na bardzo szeroką skalę. jest tu folwark, czyli wiejskie obejście z kurami (różne rasy), królikami (też niepospolite) w wolierach. kaczki i gęsi chodzą luzem, w zagrodach są owce, kozy, osiołek i kuce. Dzieciom bardzo się podobało. Mnie podobał się przede wszystkim  ogród ziołowy i rozległe rabaty kwiatowe, no i otoczenie. W lesie , integralnej części posiadłości stoją drewniane domy, przeniesione z okolicy, a w nich wystawy z ziołami w roli głównej (zioła lecznicze, zioła trujące, zioła w obrzędach religijnych). Wystawy są na parterze, a na poddaszu są pokoje hotelowe. Jest też specjalny duży budynek hotelowy, z zewnętrznym basenem i ziołowym SPA, a także karczma (a w menu potrawy z ziołami). Jest też Różany Domek, gdzie można wypić wodę różaną, zjeść lody różane i spróbować konfitury z róży (z owoców, które zbiera się z dużej plantacji przed Domkiem). I jest też Spółdzielnia, czyli sklep, w którym można kupić wszystko to, co pozyskuje się w Ziołowym Zakątku i co się tu wytwarza (np. ceramikę, przetwory warzywne i owocowe, miody, mieszanki ziołowe). Nie mogła wyjść z tego sklepu ;)  Cały Ziołowy Zakątek, to magiczne miejsce :)


Kościółek przeniesiony ze wsi Grodzisk, taki mały skansen.


A to dzbanuszek kupiony w Spółdzielni (wraz z miodem mniszkowo- malinowym i syropem z pigwowca). Kwiatki, w stylu Ziołowego Zakątka, z mojego ogrodu :)

Chciałam moim wnukom pokazać puszczę, czyli Białowieski park narodowy. Byliśmy nie tak daleko, wydawało się. Niestety, wyprawa zajęła nam pół dnia. I gdy dotarliśmy do Białowieży okazało się, że wycieczka po puszczy, czyli spacer po rezerwacie ścisłym trwa 4 godziny i tego dnia już nie zdążymy się na nią załapać. Zobaczyliśmy w zastępstwie muzeum Białowieskiego Parku Narodowego, w centrum Białowieży, w parku pałacowym. Widziałam je pierwszy raz. Ładnie zrobione, ale zwiedzanie trochę mi się dłużyło. Pojechaliśmy też do pokazowej zagrody żubrów (tak się jakoś to nazywało). Takie rozleglejsze zoo. Czasem tak rozległe były wybiegi, że przydałaby się lornetka, żeby zobaczyć zwierzęta bliżej. Z bliska widzieliśmy jelenia, żubronie, koniki polskie i dziki. Rysia i żubry tylko z daleka. Był upał, byłam zmęczona, nieco zawiedziona, nie robiłam zdjęć.

Byliśmy też w Janowie Podlaski, na dzień przed słynną międzynarodowa aukcją. Wszystko wysprzątane, piasek zagrabiony, nawet trawniki odkurzone z liści (takie odniosłam wrażenie). Stajnie zabytkowe, owszem (to już 100 lat Stadniny), ale koni, jak na lekarstwo. Przy 'kieracie' biegały na lążach młode konie tuż przy głównej alei. Ale gdy wracaliśmy po 12.00 już ich nie było.
   

Byliśmy też w Mielniku, niegdyś był tu zamek królewski, Aleksander Jagiellończył zachwycił sie tym miejscem. W Mielniku przenikają się kultury polska i białoruska, religie katolicka i prawosławna, ludzie są życzliwi, tolerancja nie jest pustym sloganem, a pieniądze nie są najważniejsze (są jeszcze takie miejsca w Polsce).


XIX-wieczna cerkiew w Mielniku.


A to odkrywkowa kopalnia kredy w Mielniku, jedyna taka w Polsce. To białe, to pokłady kredy, nie woda. Można kopalnię zobaczyć ze specjalnego tarasu widokowego.

Podlasie Nadbużańskie, bo najważniejsza jest rzeka. Malowniczy Bug, który w tym roku można było w niektórych miejscach przejść wbród. A my wybraliśmy się rodzinnie w dwa kajaki na spływ Bugiem, od Niemirowa do Mielnika, tak zwanym Mielnickim Przełomem Bugu. 

Tu dziadek z wnuczkiem, a przed nimi zakręt rzeki (przełom) i kilkunastometrowy stromy brzeg .


A tu Bug w Mielniku.

Jeszcze tylko pokażę wam to, co mnie tam fascynowało : prawosławne krzyże przydrożne prawosławne.


Jeden z takich krzyży w Mielniku.

A w naszym Gajowisku codziennie towarzyszył nam bocian na gnieździe. Rano czy wieczorem zawsze jeden stał w gnieździe, jak na straży. Piękny widok na 
dzień dobry i na dobranoc. 



A na koniec jeszcze przepiękna  cerkiewka, ukryta w lasach, na samej granicy - Koterka (parafia Tokary). Pustka, cisza i lasy wkoło, na końcu (naszego) świata.


Warto odwiedzić Podlasie !


poniedziałek, 30 lipca 2018

Powoli czas zbiorów

"W moim ogródeczku" czas  brzoskwiń. Piękne są, wczesne w tym roku (zwykle w sierpniu), wyjątkowo dorodne i jest ich całkiem sporo. To tylko jedno drzewo u mnie ( w ogrodzie taty jeszcze dwa, ale owoce tam mniejsze). Na dodatek, to właściwie tylko pół drzewa. Drugi solidny konar, to "dzikus", czyli taka brzoskwinia, jaka się najczęściej rodzi w naszym klimacie z pestki (w zasadzie z każdej brzoskwiniowej pestki). Bo ta wczesna (nie najwcześniejsza), z żółtym soczystym miąższem jest szczepiona, to grecka odmiana. A pozostałe brzoskwinie u mnie w ogrodzie, to "rakoniewickie", dojrzewające we wrześniu, o nich napisze w "ich" czasie.


Widać w tle tę gałąź, która będzie dojrzała we wrześniu. A tych "greckich" jest 48 sztuk (policzalna, jak widać, niestety, ilość) ;)
Ale takich dorodnych i tak dużo dawno nie było, więc cieszą :)


Te malutkie śliweczki, to moje ciemne mirabelki. Tych jest bez liku, zatrzęsienie. Ale z powodu suszy są małe, dopiero zaczynają dojrzewać. A najsmaczniejsze są, jak same spadną . I bez skórki, bo skórka okropnie kwaśna. Mirabelki, to niezawodne owoce. W latach, gdy nic nie było na drzewach ta dzika śliweczka rodziła. I zawsze obficie. Robię z niej dżemy, a w zeszłym roku Mój zrobił wino mirabelkowe, podobno smaczne (nie pijam). W tym roku obawiam się, że nas nie będzie, gdy zacznie się wysyp tych śliwek (za tydzień wyjeżdżamy na 10 dni, na Podlasie z wnukami). Trudno zgrać terminy wyjazdów z terminami zbiorów, szczególnie, że w tym roku wszystko jest przestawione, przyspieszone. Z powodu mirabelek "szat nie rozdzieram", szkoda owocu, ale (po cichu) może roboty będę miała mniej? 
A poza tym susza!!! Burze nas omijają, codziennie wieczorem podlewamy warzywnik i te drzewa, które mają jeszcze owoce (śliwkom węgierkom nic już nie pomoże, na drzewie zostały "najtwardsze" okazy, a 80% opadło, a tak pięknie zawiązały..). No i moje mizerne kwitki. Różyczki próbują kwitnąć drugi raz, ale susza je wykańcza, kanny zaczynają mi kwitnąć, Nawet wytrzymałe słoneczniczki nie dają rady, bo "na te chwasty, to wody szkoda"(wiadomo, kto tak uważa). Za wodę zapłaciliśmy 3 razy tyle, co zazwyczaj. A efekty mizerne. Ale już nie narzekam. Jest lato, pięknie, (za)ciepło i należy łykać promienie słoneczne, bo jesienią i zimą będzie nam ich brakować. :)


Letnich przyjemności wszystkim życzę!

czwartek, 26 lipca 2018

Trochę relaksu

Dla każdego relaks oznacza co innego. Ja potrzebowałam przyrody, ładnego otoczenia, dobrego jedzenia, które mi zrobią i podadzą, takich warunków bytowych, żeby nie było sie do czego przyczepić (a ja marudna potrafię być), słowem odrobiny luksusu. Wybrałam sobie, z szerokiej oferty reklam internetowych hotel na Pałukach, wśród lasów, nad jeziorem, z wyżywieniem, krytym basenem i  możliwością skorzystania ze SPA (internetowa oferta była o połowę tańsza niż promocyjna oferta hotelu, a i tak nietania). A co tam, po bardzo stresowym i smutnym miesiącu, potrzebowałam odrobiny radości i uśmiechu.
I tak dotarliśmy z Moim do "edenu".


Tutaj widać zabudowania hotelowe. Nic szczególnego, jeśli chodzi o architekturę. Bo te budynki są nowe, chociaż nawiązują do tradycji tego miejsca. przed wojną był tu majątek ziemiański, z pałacem, gospodarstwem, z dużym parkiem. Do XXI wieku zostały ruiny i chaszcze. Na ruinach pałacu zbudowano Stary Pałac (to tam w głębi, z facjatkami), dobudowano Nowy Pałac :


Całkiem udana stylizacja, według mnie.

Odbudowano, wyremontowano oficynę (to ten budynek na pierwszym planie, na pierwszym zdjęciu, tam mieszkaliśmy). Pięknie odrestaurowano stary park, na nowo założono warzywnik i ogród ziołowy. Hotel chwali się, że większość warzyw i wszystkie zioła w podawanych potrawach   pochodzą z własnych upraw. Także preparaty pielęgnacyjne używane w SPA są eko i bio, z własnego herbarium :) (i kosztuje więcej niż od Guerlain'a).


Śliczne zakątki, stawki, stare drzewa, kwitnące krzewy.


Bardzo dużo hortensji, tutaj cała alejka, a w tle tafla jeziora.


A na wzgórzu, tuż za pałacowym parkiem - zabytkowy wiejski kościółek z XVIII wieku.

Na drugi dzień wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy. To tereny Szlaku Piastowskiego, ale w Biskupinie byliśmy nie tak dawno, więc odpuściliśmy. Natomiast  Gąsawie i Żninie jeszcze nie byliśmy i skorzystaliśmy z okazji.
Gąsawa, to małe gminne miasteczko. Znana jest przede wszystkim z tego, że w 1227 roku pod miasteczkiem został zamordowany książę Leszek Biały. W samej Gąsawie zabytkowy drewniany kościółek z XVII wieku, Archeolodzy odkryli w jego wnętrzu i udostępnili ruiny wcześniejszej świątyni z XIII wieku.


W Żninie obeszliśmy Rynek z zabytkową wieżą, symbolem miasta (która do połowy XX wieku pełniła funkcję ratusza, a obecnie znajduje się w niej Muzeum Archeologiczne).



Na deptaku w jednym z ogródków kawiarnianych wypiliśmy smaczną kawę mrożoną (bo upał nie odpuszczał). :)

Po powrocie do hotelu wypożyczyliśmy kajak  i zwiedziliśmy, otoczone lasami, malownicze jezioro Chomiąskie.


W jeziorze się nie wykąpałam, ale 2 razy popływałam w basenie. Skorzystałam też z masażu w SPA. To był mój prezent imieninowy od Mojego. W tym SPA, znajdującym się w przyziemiu, zachowały się stare sklepienia pierwotnego pałacu, bardzo ładnie wkomponowane w nową architekturę i wyeksponowane. Masaż był wspaniały (100 minut), nawet każdy palec mi pani wymasowała, a także twarz i głowę :) Poczułam się doskonale rozpieszczona :)
Wieczorem, po bardzo smacznej kolacji (w formie bufetu - mogłam spróbować po troszku wielu potraw, super) Mój szedł na ryby, a ja czytałam.  Mieliśmy dziś w domu na śniadanie 9 okoni (małych, ale bardzo smacznych). Ten wyjazd, to był strzał w dziesiątkę. Ale ... nie byłabym sobą, gdybym nie miała wątpliwości... I nie chodzi o hotel, tam wszystko było super, personel bardzo dbał, żeby wszystkim gościom miło czas upływał, wszyscy byli bardzo mili profesjonalni, pomocni, wszędzie czysto, pięknie, elegancko. Chodzi o pieniądze. Ja nie należę do "takiego" towarzystwa. Tych, których "pieniądz nie krępuje". Nie mam "nieograniczonej" ilości pieniędzy, I nie próbowałam udawać, że jest inaczej. Powiadają, że nie ma zbyt wysokich cen, jeśli są nabywcy. Ja tam się znalazłam zupełnie przypadkowo i był to raczej eksperyment (przyznaję, że udany). I raczej go nie powtórzę. Ale będę szukać podobnych miejsc. Może znajdę równie miłe miejsce, gdzie stosunek jakości do ceny będzie korzystniejszy. Na razie cieszę się z przyjemnie spędzonego czasu.
P.s.
Ze sklepiku w SPA :
płyn do kąpieli i pod prysznic na bazie naturalnych ziół z własnego herbarium - 112 zł
kostka mydła (nieduża) z olejem arganowym i ziołami - 42 zł
Więcej nie pytałam...
A poza tym wszystko o.k.

niedziela, 15 lipca 2018

Naiwnych nie sieją

Może ja i wyglądam na naiwną, Ale jednak te kilkadziesiąt lat obserwacji ludzi nauczyło mnie sceptycyzmu (swoją drogą, dlaczego akurat mnie zaczepiają różni wyłudzacze?).  Spieszyłam się do urzędu, postawiłam auto na ulicznym miejscu parkingowym, a tu jakieś auto staje na środku ulicy i jakaś kobiet pyta, czy mogłabym jej pomóc. Czy teraz należy wszystkim odpowiadać, że nie zamierzam nikomu pomagać?  Nie tak mnie wychowano, jeśli mogę pomóc, to czemu nie? Więc zainteresowałam się lekko, o co chodzi (bo przecież się spieszyłam). A tu kobita zaczyna jakieś historie opowiadać, że niby miała jakąś wystawę w jakiejś galerii, że zostały jej dwie sztuki , a jest z Wilna i nie może tych "sztuk" zabrać ze sobą, czy nie chciałabym zobaczyć i jej pomóc, "żeby się nie zorientowało" i "niech pani zobaczy" i prowadzi mnie do swojego sporego SUVa (z rejestracją kujawsko-pomorską), tłumaczy, że to auto "rządowe". A tam w bagażniku 2 komplety garnków Zepter. Aż mnie odrzuciło! Co ta baba bredziła o jakiejś galerii? Czy ja faktycznie wyglądam na taką idiotkę, której można wcisnąć każdy kit? "Za 800 złotych sprzedam, 90 % zniżki". Ja na to, że nie jestem zainteresowana i w tył zwrot, "to za 500, toż to darmo, ten komplet kosztuje 7 tysięcy!, da pani na prezent, dzieciom" - jeszcze próbuje. "Nie,  nie jestem zainteresowana"  - i prawie pobiegłam do urzędu, bo parkomat już odliczał mi czas. Kobieta mówiła po polsku bez żadnego akcentu, może nico bardziej miękko niż się u nas w Poznaniu mówi (mój słuch fonematyczny jest bardzo wyczulony na niuanse). Na pewno nie była to wymowa z Wilna, znam tamten zaśpiew. Nie chcę obrażać Cyganów( bo tu gdzie mieszkam znam kilka bardzo bogatych i eleganckich rodzin cygańskich), ale ta kobieta przypominała mi sposobem mówienia, strojem, rysami twarzy spotykane "wróżące" w wielu miejscach Polski Cyganki. Może te garnki nie były jej własnością? A może rzucam bezpodstawne oskarżenie i ominął mnie interes życia?  W każdym razie nie chodzę z taką gotówką w portfelu i garnkami mnie nikt nie skusi. Co innego, gdyby ta kobieta oferowała jakieś dzieła plastyczne z "wystawy w galerii" ;)
No i co sądzicie o tym?

niedziela, 8 lipca 2018

...i toczy się dalej...

Lato w pełni, susa okropna. Codziennie podlewamy drzewa owocowe, warzywnik i zagonki kwiatowe. Żal, szkoda, chociaż za wodę przyszło nam płacić 3 razy więcej niż zazwyczaj! Niezwykle drogie będą te brzoskwinie (bo już prawie są) i te śliwki (które może nie dotrwają, podobnie, jak mirabelki).
Właśnie dziś zjadłam ostatnią z moich moreli. Moja niewielka i młoda morelka niebywale obrodziła dwa lata temu i rok temu (a pierwszego roku też miała kilka owoców na spróbowanie). W poprzednich latach taka byłam przejęta obfitością owoców, że je liczyłam, nie co do jednej, ale w zeszłym roku było przeszło 80 sztuk! W tym roku na wiosnę, w połowie marca uderzył mróz, parę dni trzymał na -12 stopniach (przy bezśnieżnej aurze). Pomarzło trochę kwiatów i na przykład cała pietruszka. Morelowe paki kwiatowe na końcówkach gałęzi wyschły, można je było w palcach obkruszyć.   "Po owocach", myślałam sobie. Gdy na początku kwietnia zakwitła, to widziałam pojedyncze kwiatki. Marnie. A potem wiosna wybuchła nagle i zaraz przeszła w lato. Okazało się wkrótce, że chyba wszystkie, te nieliczne kwiatuszki, zawiązały owoce! Miałam 25 moreli! Fajnie :)
Ale morelki sa już wspomnieniem .


Może za rok się ich najem? (tak jak w końcu najadłam się swoich czereśni w tym roku)?


Obrodziły mi też pod koniec czerwca (bardzo wcześnie, jak wszystko) słodkie letnie jabłka. Może nie tak dorodne, jak w poprzednich latach (susza), ale dużo.


Zrobiłam mus, zrobiłam niejeden kompot, nawet dżem (ale prawie, jak mus, bo jabłka się rozgotowały) i jeszcze rozdawałam rodzinie . jeszcze parę wisi na drzewie. Wnukowie zjedzą je ze smakiem (bo właśnie są u mnie).
Dziwne to tegoroczne lato. Nich trwa. Tylko deszczu nam trzeba, wody!! Stepowienie Wielkopolski, to już fakt.