niedziela, 27 października 2024

Złota jesień - ostatki

 Jechałam dziś do mojego miasteczka. I zachwycałam się drzewami przy drodze 😊 Rośnie tu dużo klonów i one tak pięknie się teraz przebarwiają. I jeszcze przypominają mi klon za oknem mieszkania moich rodziców. Nie co roku był czerwono złoty. Czasem zdążyły liście opaść zanim się przebarwiły, a czasem tylko mały fragment się czerwienił, a reszta była ciągle zielona. Zależało od pogody, wilgotności i temperatury. Przymrozki ścinały liście, czasem nazbyt wcześnie. 




Tegoroczna jesień nas rozpieszcza 😉 Nie skąpi słońca i ciepła (nawet noce są, jak na tę porę jesieni, znośne). Gdyby mnie zapytać, czy lubię jesień, to w pierwszym odruchu powiedziałabym pewnie, że nie bardzo. Ale taka, jak w tym roku, bardzo mi się podoba, za taką będę tęsknić w listopadowe słoty, które, cóż, muszą przyjść.

Brzoza w miasteczku też wygląda pięknie.

Babie lato, długie w tym roku,  rozsnuwa swoje niteczki, pajączki tańczą i wiatr je niesie po świecie. Mnie pająki nigdy nie przeszkadzały, a takie malutkie, to już zupełnie.

W moim ogrodzie już (prawie) spokój. Nie ma zbyt wielu kolorowych akcentów. Ale gdy słońce oświetla drzewa, to od razu pięknieje mój ogród "leniwej ogrodniczki".


Tu winorośl wspina się, wraz z milinem , na świerki i daglezję na  sąsiedniej działce (szczęśliwie nadal niezamieszkałej).


Tu leszczyna i ozdobna mirabelka o zachodzie słońca (mam w tym roku kilogram orzechów laskowych, w końcu nie dałam im "zniknąć" w kwiatach pod krzakiem).


Tu drzewa owocowe na brzegu "lasku", prześwietlone zachodzącym słońcem. Na pierwszym planie czereśnia, jeszcze całkiem zielona.


Te czereśnie już zdążyły "naśmiecić". Poczekamy, aż większość liści opadnie i wtedy zgrabimy.


Ostatnie rudbekie, z kotem - rezydentem w tle. Ten jest stareńki, ale apetyt ma.


Misio, drugi rezydent, jest pieszczochem. owija się o nogi, czeka na głaski i oczywiście chętnie potem coś zje.

Jak mu odmówić?😉


I jeszcze jesienny gąszcz na ogrodzie moich rodziców. Sentyment, ale sił do pracy brak.
Wyjeżdżamy na tydzień w "ciepłe strony", a jak wrócimy, to może u nas być już całkiem inna jesień. Więc cieszę się tą kolorowa słoneczną jeszcze porą, póki mogę. Niech trwa!💛

poniedziałek, 21 października 2024

Jesienne spotkanie

Pogoda była cudna, prawdziwe babie lato, ciepło i słonecznie. I my trzy "dziewczyny" 60+ (Jotka, Ardiola i ja),  w tej jesiennej pogodzie i w moim Poznaniu. Bo moje rodzinne miasto zawsze będzie moim miastem, chociaż od nastu lat już w nim nie mieszkam. Ale rodzina, przyjaciele i serce zostały w Poznaniu.

Jako gospodyni spotkania i poznanianka zastanawiałam się, jak w stosunkowo krótkim czasie pokazać to, co "każdy turysta zobaczyć powinien" i jeszcze miejsca mniej oczywiste, i nakarmić nas. I jeszcze pokazać kawałek mojego nowego życia, skrawek podpoznańskiej Wielkopolski, mojego wybranego miejsca na Ziemi. 

Udało się 😊(mam nadzieję). Byłyśmy na Starym Rynku (to oficjalna nazwa tego dawnego placu targowego, najstarszego w Poznaniu; w innych miastach są inne zabytkowe rynki, u nas jest "Stary"). Byłyśmy też na ulicy Świętosławskiej, odchodzącej od Rynku i zwieńczonej przepiękną fasadą barokowej Fary (zdjęcia u Jotki). 

Na Rynku nieprzesadnie tłumnie, chociaż w restauracyjnych ogródkach prawie wszystkie miejsca były zajęte. Na prośbę Ardioli usiadłyśmy dokładnie naprzeciw ratusza. Ratusz i domki budnicze obok, kolorowe, odnowione , płyta rynku nowa. Po kilku latach remontu można wreszcie znajomym pokazać naszą perełkę. Bo wcześniej aż strach było tam przechodzić, żeby nie ulec jakiemuś wypadkowi na tych wykopach.

W restauracji (nazwę zmilczę, bo mam wiele zastrzeżeń do nazw dań w karcie), serwującej dania kuchni wielkopolskiej (podobno) znane mi nazwy. Ale jak się one mają do faktycznych smaków tych dań? Wypróbowałam "ślepe ryby". Kompletna porażka! Nie każdą zupę ziemniaczaną można nazwać "ślepymi rybami". Jeśli w tej zupie nie ma ani jednego ziela angielskiego, a jest sporo mielonej papryki, to nie ma to nic wspólnego z naszą wielkopolską zupą (o zupie pisałam na blogu "Wariacje na temat zup"https://www.blogger.com/blog/post/edit/1278768446139775349/4807744986246237191 ).

Potem poszłyśmy na Śródkę. To stara dzielnica po prawej stronie Warty, nad brzegiem małej rzeczki Cybiny. Dawniej w średniowiecznych czasach osobne miasto. Z tamtych czasów zachował się na Rynku Śródeckim gotycki kościół Św. Małgorzaty.




A to my, trzy zadowolone Dziewczyny, na moście Biskupa Jordana, łączącym Śródkę z Ostrowem Tumskim, w tle katedra Św. Piotra i Pawła (patroni Poznania).

Gdy po przebudowie mostu Rocha (tego przez Wartę) jego stare efektowne przęsło przerzucono przez Cybinę, łącząc w ten sposób Śródkę z Ostrowem Tumskim i katedrą, Śródka odżyła, stała się modną dzielnicą, z wieloma ciekawymi lokalami gastronomicznymi, z miejscem na okolicznościowe (wakacyjne i weekendowe) imprezy kulturalne. No i jest tam ten mural, jeden z największych i najładniejszych w Polsce (znów odsyłam do Jotki).

Potem bardzo wygodnie dojechałyśmy tramwajem (nr 17) pod sam dworzec. I pociągiem po 23 minutach  (i autem po 7') byłyśmy na mojej wsi. 

Tematów nam nie brakowało. Podobne zainteresowania, podobne widzenie świata (i zapewne podobne priorytety). I tylko podziwiałam Ardiolę (którą dopiero poznałam osobiście) za jej niezwykłą przebojowość, energię, odwagę. Pod tym względem jestem chyba jej przeciwieństwem: raczej oczekuję, niż sama inicjuję. A mimo to świetnie sie dogadywałyśmy. Z Joasią nadajemy na podobnych falach i porozumienie jest prostsze (tak mi się wydaje).

Moja wieś spokojna, ogród z lekka zaniedbany, ale już jesień, a na prace w ogrodzie brak czasu. Mnie ten jesienny "look" nie przeszkadza zanadto. Na wiosnę i w lecie wszystko zakwitnie i będzie ciekawiej. 


Żałuję tylko, że nie starczyło czasu, żeby przejść się po mojej wsi (bo to najprawdziwsza niewielka wieś). Pokazałabym koleżankom najciekawsze miejsca, bo jest co pokazać. Mam nadzieję, że jeszcze to nadrobimy następnym razem. Bo nie wątpię, że ten kolejny raz nastąpi, czego bym sobie życzyła :) Dziękuję Wam Dziewczyny za niezwykłe, serdeczne spotkanie!





wtorek, 1 października 2024

Nowe miejsca, kilka tematów

 Pojechałam z Moim, jako osoba towarzysząca, tym razem na zawody łucznicze. Pod Kraków. Właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakieś inne duże miasto, "pod" które bym nie pojechała? Wszędzie może być ciekawie, ale Kraków działa na mnie, jak magnes :) Miałam nadzieję, że podkrakowska miejscowość jest na tyle blisko Krakowa, że nie będzie problemu z dotarciem do centrum. I nie było :)

Ale najpierw o nowości. Zawody (mające w swojej nazwie "międzynarodowe", ale tym razem startowali tylko Polacy) odbywały się we wsi Więcławice. Zacna wioska! Malutka, ale z tradycjami sięgającymi XIII wieku. Sołectwo składa się z Więcławic Starych i Więcławic Dworskich i razem liczy zaledwie nieco ponad 500 osób. A mimo to we wsi jest szkoła podstawowa, remiza OSP, parafia rzymskokatolicka, kilka sklepów (widziałam 2, w tym spożywczy otwarty codziennie od wczesnego rana do późnego wieczora) i dwa kluby sportowe, w tym, ewenement - parafialny klub sportowy! I właśnie ów parafialny klub był organizatorem owych zawodów łuczniczych. Kościół w Więcławicach powstał w 1748 roku. Drewniany z drewna modrzewiowego. Barokowy, jednonawowy. Wpisany do rejestru zabytków w 1958 roku. Czas powstania tej wsi i także ten drewniany kościółek przypominają moją wioskę. Ale na tym podobieństwa się kończą. Więcławice wyglądają, jakby były w odległej krainie, gdzieś w podgórskiej okolicy. No, jest to Jura Krakowsko- Częstochowska, ale to zaledwie (podobno) 19 minut autem od Rynku Głównego w Krakowie (pod warunkiem, że nie ma korków i remontów dróg, co chyba się nie zdarza, bo w tej chwili Kraków jest w permanentnych robotach drogowych). A tu jedna wioska przy drugiej, dosłownie, ciąg małych wiosek, ulicówek. I przeważająca większość ma takie podobne w formie nazwy  - Więcławice, Zdzięsławice, Michałowice, Dziekanowice, Raciborowice, Radziejowice, Batowice, Zagórzyce. A między nimi takie "dziwo" - Masłomiąca?? I gdy jechałam do Krakowa, autobusem MPK (pół godziny do granic miasta), to patrzyłam na te zupełnie inne wioski, zupełnie inne, niż te, które widuję w mojej okolicy (a jest ich wokół Poznania naprawdę sporo). Podkrakowskie wioski czyste, zadbane, często z pięknymi nowymi willami, czy wręcz posiadłościami (tak blisko Krakowa ceny gruntów są zapewne imponujące). I jeszcze jedna ogromna różnica - nie ma rozległych widoków, są wąskie kręte drogi, obrośnięte starymi drzewami. Tam jest wszędzie zielono i kolorowo od kwiatów w przydomowych ogródkach, bujnie zielono, także na rzadkich nieużytkach. Tam na pewno często pada deszcz, nie to co u nas - raz na miesiąc, jak dobrze pójdzie (w tym roku znów mieliśmy letnią suszę).

Wracając do Więcławic - miejscowość znajduje się na odnowionej trasie Małopolskiej Drogi św. Jakuba z Sandomierza do Tyńca. W 2013 roku więcławską (tak tu mówią) świątynię ustanowiono Diecezjalnym Sanktuarium św. Jakuba Apostoła, pierwszym w Małopolsce.



Do zabytków należy też drewniana dzwonnica "o konstrukcji słupowej" z 1846 roku.



Pielgrzym?

Do Krakowa pojechałam "na chwilę". Żeby znów zobaczyć ulubione stare miasto, przejść się plantami, ulicą Floriańską, popatrzeć na Sukiennice, na Rynek Główny ( u nas jest Stary Rynek), na kościół Mariacki. Tym razem kościół Mariacki, jego wyższa wieża był w remoncie, "owinięty" siatkami, rusztowaniami. Nie dokumentowałam tego. 



Była sobota, ale pogoda się zepsuła, zachmurzyło się, tłumów nie było. Chociaż nadal słychać było najróżniejsze języki (obce) 😉


Na Małym Rynku trwał jakiś "festiwal" przede wszystkim kulinarny, ale były też wyroby ludowe i inne (ozdoby, pamiątki), które na tego typu jarmarkach są sprzedawane. Ceny, że aż zęby bolą (za malutki oscypek smażony, z odrobiną żurawiny - 8 zł, a to danie na dwa kęsy). Dla mnie nic ciekawego.
Na kawę, z deserem, poszłam na ulicę Starowiślną do mojej ulubionej krakowskiej cukierni. 


W kawiarence mają wspaniałe torty (ten nazywa się "Opera", super!) i smaczną kawę w przyzwoitych cenach (za widoczne cappuccino 10 zł).
A w sklepie cukierni zawsze, gdy jestem w Krakowie, kupuję makaroniki z różą, nugat i ciasteczka grylażowe. Czasem też kremówkę (duże ciacho), piszyngery i ciasteczka maślane. To naprawdę krakowskie, małopolskie wyroby, tradycyjne, niezmiennie  smaczne od lat. Czasem specjalnie dla tych smakołyków zahaczam o Kraków (w drodze w góry na przykład). Tym razem też nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności (bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja). I już wracałam do wioski. Bo wieczorem był bankiet.

A w niedzielę dalsze strzelanie. Zimno się zrobiło i wietrznie. Zawodnicy w kilku kategoriach wiekowych, wszyscy już "seniorzy", wielu "wolnych strzelców"(dosłownie), niezrzeszonych (taka formuła zawodów).



Żadne to tory łucznicze. Po prostu duża łąka, na co dzień stoją na niej bramki do piłki nożnej, a teraz ustawiono tarcze łucznicze. I były mistrzostwa, już kolejne XVI ! Każde w innym miejscu. Tym razem w małej wioseczce 😊

A wiecie, że w tych okolicach (małopolskich) ludzie wychodzą "na pole", kiedy wychodzą na dwór? A gdy jest zimno na dworze, czy tutaj jest  zimno "na polu"? Cóż regionalizm, dla mnie śmieszny (widziałam taki plakat zachęcający ludzi do wyjścia "na pole", bez cudzysłowu).

A w moim ogrodzie już jesienne remanenty. Rosną jeszcze pory i selery, mizerna pietruszka,  bujny krzak bazylii, sporo świeżego koperku wysianego z tegorocznych baldachów, roszponka, posiana w sierpniu, dojrzewają ostatnie pomidorki daktylowe. Dziś urwałam ostatnie małe cukinie. I przedostatnie fasolki. Dopóki nie wyrwę ostatnich krzaczków fasoli, to każdy zbiór jest "przedostatnim"😉




Czeka mnie jeszcze zbiór jabłek z ostatniego drzewka. Jest ich trochę, ale nie aż tyle, żebym się martwiła nadmiarem, jak w zeszłym roku. I są też winogrona do zerwania. Wiele gron jest zniszczonych przez osy. No i szpaki nie odpuszczają. Powróciły po parotygodniowej przerwie i znów robią przeloty z postojami na naszych winogronach. A co mi tam. Niech jedzą, będzie mniej pracy dla mnie i Mojego. Na razie zrywamy tylko tyle, ile chcemy zjeść na bieżąco. Mam jeszcze sporo pracy z zerwaniem suchych strąków fasoli. jest ich tyle, że wystarczy i na przyszłoroczny siew i do jedzenia (bo nie mam aż tyle miejsca, żeby wszystkie ziarna posiać). I jeszcze muszę przed przymrozkami wykopać kłącza kanny i bulwy dalii (cebulki gladioli już wykopałam). Potem powinnam posadzić cebulki tulipanów i czosnek. I zakończyć sezon ogrodowy. 
Kwiatów już nie mam. Te, które zostały kwitną drugi raz i są mizerne. Do wazonika zwykle coś znajdę, choćby topinambury, kwitnące nad strugą za domem 😊



piątek, 13 września 2024

A mnie jest szkoda lata

 Jeszcze dokładnie tydzień temu "roztapiałam się " z powodu tropikalnego upału, a dziś moknę i marznę. No i polskim zwyczajem marudzę na polski klimat. Ale nie będę tutaj marudzić 😉Cóż, taki klimat mamy i to nasz klimat. 😊

Ostatnie upalne dni spędziłam w przyjemnym miejscu nad jeziorem. Nie będę miejsca reklamować, już kiedyś o nim pisałam. To dawny folwark osadników z Zachodu, niezbyt daleko od domu. Przyjeżdżali do nas 300 lat temu osadnicy z krajów o wyższej kulturze rolnej, mieli uczyć okolicznych gospodarzy, jak lepiej uprawiać ziemię, wydajniej hodować zwierzęta domowe. Nie wymieszali się z "tubylcami", rozpłynęli się, wyjechali. Pozostały budynki, wiatraki i coś z tej "wyższej" agrokultury (chciałoby się wierzyć).

Teraz jest na tym miejscu rustykalny, swobodny ośrodek hotelowy (jak się sami reklamują "kraina wypoczynku i konferencji"). Są trzy budynki hotelowe, kryty basen, SPA, restauracja i park , w upały jezioro i plaża hotelowa, małe zoo (no i oczywiście miejsce zabaw dla dzieci).

To dwór, z restauracją.

 

To  dawny spichlerz. Na parterze spore SPA ( skorzystałam z masażu) 😊


Tu widok od strony jeziora na Kamiennik ( z klimatyzatorami, bardzo się przydał ten w pokoju) i wiatrakiem holendrem, niestety bez skrzydeł.


Tu widok od wiatraka na jezioro, w starym budynku strefa wodnych atrakcji, z dobudowanym oszklonym basenem, z widokiem na jezioro.


Wykorzystałam naszą deskę do windsurfingu jak kajak (z żaglem nie pływam, a kajakować lubię). Przepłynęłam na druga stronę jeziora (a Mój na brzegu przeżywał, że sama sobie nie poradzę 😉). Było bardzo przyjemnie 😊


Tu jezioro o zmierzchu, bardzo romantycznie (a ludzie jeszcze pływali).

Parę dni, w miłym towarzystwie, ze smacznym jedzeniem (uszykowane, podane, to lubię), z ciekawą książką, wśród przyrody, z aktywnością fizyczną (nieprzesadną) - prawdziwy relaks.

A wczoraj wróciłam z krótkiego wyjazdu, "towarzyszącego". Nawet tuż przed wyjazdem zastanawiałam się, czy nie zostać jednak w domu. Bo Jaworzno to nie Kraków czy Gdańsk (moje ulubione miasta), ani nawet Płock czy Chełm (też mi się podobają). A akurat w Jaworznie Mój miał sprawę służbową i zechciało mi się mu towarzyszyć. Przynajmniej byłam obok (jak pani prezydentowa Kaczyńska, jeśli wiecie, co mam na myśli). Bo to Jaworzno strasznie daleko od nas. Prawie 900 km w obie strony! Lubię zobaczyć coś nowego, a w Jaworznie nigdy nie byłam.  

Miasto jest młode, liczy nieco ponad 100 lat (prawa miejskie 1901 r.). Dzieje osadnictwa sięgają (podobno) XIII wieku (ale nie ma po nich śladu). W mieście nie ma zabytków, nie licząc domów z początku XX wieku. Jest co prawa kolegiata św. Wojciecha i św. Katarzyny przy Rynku. Ale...była tyle razy przebudowywana, że zupełnie "nie wygląda". Ostatni raz w latach 90 - tych. Projektantem był prof. Wiktor Zinn ( popularne audycje "Piórkiem i Węglem w TVP). No niestety z tą kolegiata mu nie wyszło. 


Tu portal, z ponoć największym witrażem w Europie (cały front). ale to można zobaczyć z zewnątrz dopiero o zmroku (gdy wewnątrz trwa msza) albo z wewnątrz, gdy świeci na dworze słońce. W taki szary dzień, jak wczoraj kościół nie zachwycił (o witrażu przeczytałam na wikipedii.)


Tu ściana boczna, z pozostałościami dawniejszej budowli i z dziwaczną dzwonnicą. Dla mnie ogólnie "koszmarek".

Rynek wygląda, jak rynek małego miasta, bo też powstawał w czasach, gdy Jaworzno dopiero się rodziło jako miasto. Teraz liczy przeszło 87 tys. mieszkańców, czego w centrum absolutnie nie widać. Centrum jest małomiasteczkowe (no, oprócz wielkiej, nowoczesnej galerii handlowej Galena).

Na Rynku przed Biblioteką pomnik bez opisu. Może to dawny mieszkaniec Jaworzna? Ciekawe kto to?


Na placu przed CH Galena pomnik pokazujący tradycje górnicze Jaworzna, tu bieda szyb. Za pomnikiem zaczynają się Jaworznickie Planty.

A to   deptak prowadzący od Rynku do centralnej ulicy, do Plant i galerii Galena.

I tylko tyle udało mi się zobaczyć w Jaworznie. Bo już zaczęła się jesień. Wiatr, porywisty, a potem mżawka i deszcz. To nie pogoda na zwiedzanie. 
Wiem, że na terenach poprzemysłowych, w granicach miasta powstał Park Gródek, w dawnym kamieniołomie, ponoć ostatnio bardzo popularny wśród turystów. Ale nie było na niego czasu, a potem pogoda pokrzyżowała szyki. Raczej już go nie zobaczę. Chociaż kto wie ? Może przy dłuższym wyjeździe w tamte rejony?
Na razie pogoda sprzyja zajęciom domowym, ale podobno to jeszcze nie koniec lata. Polski klimat lubi zaskoczyć. I oby na plus !😊

piątek, 30 sierpnia 2024

Ptasie manewry

Nie wiem, czy to już ta pora, czy co roku szpaki już w sierpniu urządzają te swoje przeloty? Wydaje mi się, że w tym roku i one uaktywniły sie wcześniej. Przelatują ogromnymi stadami całkiem nisko nad łąkami, polami, nad ogrodami. Nad moim też. Mam momentami wrażenie, jakbym znalazła się w filmie Hitchcocka "Ptaki" (zapewne właśnie szpaki "grały" tam istotną rolę, bo to one zbijają się w wielotysięczne stada).


To dość kiepskie zdjęcie, ale widać, o co chodzi. Nadlatują z hałasem, z szumem tysięcy skrzydełek (w końcu to niewielkie ptaki)  i czasem, tak, jak te na zdjęciu - lecą gdzieś, jakby bez celu, jakby tylko ćwiczyły mięśnie przed długim lotem na Południe. za jakiś czas wracają (może to inne?) A czasem spadają wielką chmarą na cokolwiek, co da się zjeść. A uwielbiają wszelkie owocowe kulki, które można połknąć na jeden raz. 

Niedawno zauważyłam przez okno w kuchni, że wielkie stado obsiadło moją jarzębinę! O robieniu zdjęć nie myślałam,  nie było czasu. Szkoda mi było moich jarzębinowych korali (przy drogach w okolicy rośnie bardzo dużo "gminnych" jarzębin, oblepionych koralami, niech tym się posilają). Wybiegłam na ganek i zaczęłam energicznie machać rękami, krzycząc "a sio" i dodając różne niepochlebne słowa. Podziałało, odfrunęły. Korali jeszcze trochę zostało (tak z połowa). Ale dziś zauważyłam, że dereń świdwa, taki z czarnymi kulkami owoców, jest całkowicie owych owoców - kulek pozbawiony. Zostały same szypułki. No tak, szpaki poradziły sobie z dereniem, gdy ja przeganiałam je z sąsiedniej jarzębiny 😉

Niechby sobie jadły tego derenia i owoce bzu czarnego (hyćki). Tylko, jak to ptaki (jak kury, kaczki, gęsi w gospodarstwie), co przelecą, to nabrudzą i to na fioletowo! No! I potem mam sprzątanie płytek tarasowych...

I chociaż jesieni nie czuć jeszcze, ciągle letnie upały, to rośliny już spieszą się z dojrzewaniem (np. u mnie już są dojrzałe winogrona, a jeszcze września nie ma, fasola idzie w ziarno), a kwiaty, te letnie przekwitają (bardziej wysychają). U mnie jesień zapowiadają zimowity. 


I nie wiem, czy żałować lata, czy czekać z niecierpliwością na "normalne" temperatury. Bo te upały mnie dobijają. Cóż, wiem, że za 2-3 miesiące będę tęsknić za słońcem i ciepłem lata. Ale na razie "przyrodo pozwól żyć! "😉

poniedziałek, 19 sierpnia 2024

"W moim ogródeczku"

 Lato w pełni. Dziś przedpołudniem można było trochę odpocząć od upału. Po wielu dniach dobrowolnego zamknięcia w domu w ciągu dnia (źle znoszę upały, nie lubię gorąca) dziś wypiliśmy naszą południową kawkę pod lipą.




Korzystając z przyjaznej temperatury wyszłam na dłużej do ogrodu. Oczywiście, codziennie bywałam w ogrodzie, ale przed zmierzchem, żeby podlewać i zebrać to, co urosło, co spadło z drzew, co trzeba zagospodarować. Ale były to wyjścia "robocze", bez szczególnej przyjemności. 

Dziś, przy lekkim zachmurzeniu, po deszczyku (mizernym, niestety, ale każda woda z nieba cieszy) lżej się oddychało i ogród pachniał deszczem. Rośliny trochę zostały "umyte". Róże przyjęły ten drobny deszczyk z "zadowoleniem" ;) Podlewane codziennie odwdzięczają się ciągle bujnym kwitnieniem. Może czują, że je uwielbiam?




To są te przyjemności, bo poza pięknym widokiem moje róże pięknie pachną. Chodzę i patrzę okiem "pani na włościach" jak i co mi rośnie. 
Kiedy tak chodzę z koszem po ogrodzie, to co chwilę coś zrywam, najczęściej (codziennie) fasolę. Tyle jej urosło, że nie nadążamy zjeść, a ile można jej mrozić na zimę? Nie narzekam, sama chciałam, żeby mi jej nie zabrakło, żeby starczyła do przymrozków. Najwięcej jest teraz fasoli tyczkowej, "szparagowej". Duże strąki, zielone, po ugotowaniu rozpływają się w ustach.😋 (fasole lubią wszyscy "moi", więc rozdaję).


Tak sobie rośnie na zachodniej ścianie garażu.


A tak wygląda z bliska.
Ogórków już (prawie) nie zrywam. Miałam tylko wysiane dwa rzędy. Jakieś kiepskie w tym roku, może nasiona mizerne?  Było ich trochę na mizerię, dość małe, susza im wybitnie nie posłużyła (a codzienne podlewanie nie pomogło). Zostało ich 2-3, na malutką mizerię może starczy ?
Zrywam też dojrzewające brzoskwinie, te, co zwykle są dojrzałe na przełomie sierpnia, września i we wrześniu. Część z nich spada, na trawę, zbieram, podnoszę. Podobnie z jabłkami. Ale tych nie zrywam, na drzewie są jeszcze niedojrzałe. Natomiast te, co spadają mają już czarne pestki i są smaczne. To takie "dzikie" drzewko. Sadzonka przyniesiona z polnej miedzy. Rosła na miedzy nieduża jabłonka, obsypana smacznymi czerwieniejącymi się jabłuszkami. A pod jabłonką kilkanaście samosiewek -sadzonek. Wzięliśmy trzy takie sadzonki, malutkie. Posadziliśmy w naszym, małym, niskim wtedy, "lasku". W tym roku największe z drzewek, po chyba dziesięciu latach, jest obsypane jabłkami, pierwszy raz! Te inne rosną w cieniu "lasku", maja po 5-6 niewielkich jabłuszek, nadal smacznych.


Tu są i jabłka i brzoskwinie. Brzoskwiń, na szczęście nie ma zbyt wiele. Tylko po parę, czasem paręnaście na drzewku ( mam ich 5). Tu są te najładniejsze, te mniejsze dam na placek, może zrobię knedle. Ładne zjemy i wydam dzieciom. Gorzej z jabłkami. Jest ich za dużo na zjedzenie na surowo, a to jabłka późnego lata, nie nadają się na długie przechowywanie (chociaż są jędrne, o zwartym miąższu). Chyba będę je suszyć, wszyscy lubią suszone jabłka zimą (tylko to obieranie ze skórki!).
A to dopiero początek zbiorów (na szczęście jabłek zbyt dużo już nie będzie, w tym roku nie ma urodzaju na pozostałych trzech drzewach; i nie są to wielkie drzewa). Zaczynają dojrzewać śliwki. Zupełnie nie mam zamiaru robić powideł. Za dużo energii (gaz) i czasu (trzeba pilnować), a potem nie ma chętnych do jedzenia. Zresztą mam już 20 słoików z mirabelkami (takimi ciemnymi). Mój uwielbia, Mój robił.

To nie koniec urodzaju. Jak co roku będzie dużo, bardzo dużo, winogron. I tak, jak wszystko w tym roku, także winogrona będą wcześniej niż zwykle. One JUŻ dojrzewają!



To wspaniała odmiana bezpestkowa, z jasnoróżową skórką. Już je można jeść.😋


A żeby nas sąsiedzi nie podglądali, to tatuś posadził nam szpaler, żywopłot na długości 30 metrów. Sąsiadów nie ma (i oby jak najdłużej nie było, jest pusta działka, zarośnięta nawłocią), a Mój co roku robi wino z tych wszystkich winogron, a raczej dwa wina, bo są tu trzy odmiany, jedna ciemna, aż ciemnofioletowa. Na szczęście najpóźniejsza. Jeśli wino się nie uda, to się je destyluje i mam potem czym dezynfekować zakrętki. I na czym robić nalewki (których coraz bardziej nie ma kto pić).
I jeszcze jedno ulubione warzywo Mojego, które sieje, sadzi, podlewa i hołubi - dynie😊 W tym roku dynie po prostu chciały same rosnąć. Zanim na przygotowanym "polu" posialiśmy nasiona (w maju), już tam rosły całkiem duże roślinki  - z nasion, które znalazły się w kompoście, którym Mój nawiózł zagonek pod dynie. No i dzięki temu (i łaskawej ciepłej wiośnie, kiedy nic u nas nie zmarzło) jemy dynie już od lipca. I wydajemy rodzince.


Szkoda, że tu nie ma skali. Ale każda z nich waży kilka kilogramów. I to jeszcze nie koniec. Trzeba je było wziąć z pola, bo rosły na płocie i się urwały, czyli leżały na ziemi, w chaszczach na pustej sąsiedzkiej działce.
Robię z dyń zupy i nic więcej. Mrożę na zimę, pokrojone w małą kostkę i mam błyskawiczną zupę (na sposób austriacki). 
W upały nic mi się nie chce robić. Chętnie zamieniłabym się miejscami z moimi "nie moimi" kotami. Takim to dobrze 😉