czwartek, 28 sierpnia 2025

"W moim ogródeczku"- niekończąca się historia

 Jestem leniwą ogrodniczką (o czym wspominam nie pierwszy raz). Ale od dziecka żyłam "z ogrodem". Tato dostał (?) w użytkowanie pracowniczy ogródek działkowy, gdy miałam 6-7 lat. Ogródek był blisko taty pracy, ale daleko od naszego domu. Tato chodził tam , gdy był czas na prace ogrodowe (przyroda nie czeka, nie można niektórych prac odkładać "na potem"). My całą rodzinką jeździliśmy na ogródek w ciepłe niedziele (soboty były wtedy dniami roboczymi). To była wyprawa - tramwajem na drugi koniec miasta i jeszcze z kilometr pieszo od pętli tramwajowej. No i trzeba było wziąć ze sobą termos z piciem i jakąś zupę. Na ogródku nie było prądu, podgrzewało sie zupę na "kocherku", maszynce turystycznej na denaturat. Woda była, w kranie na wysokiej nodze, na środku ogródka , przy głównej ścieżce (na zimę wodę zamykano). Jeździłam tam z rodzicami, pomagałam dźwigać ciężkie siatki z płodami ogródkowymi w drodze powrotnej. Bo to był taki sad i warzywnik, kwiatów było tam niewiele. Według taty, inżyniera rolnika, ziemia musi rodzić, czyli "kwiaty, to zielsko". O kwiaty dbała mama. A ja pomagałam, kiedy miałam ochotę. I wyrosłam w takim  przekonaniu, że "ziemia musi rodzić".




Na działce (mam 15 lat). Tu na czereśni.

  Ten ogród działkowy pielęgnował tato aż do kupna działki rekreacyjnej za Poznaniem, na początku lat 80-tych. Wtedy zbudowaliśmy tam dom, własnymi rękami taty i Mojego. I zaczęłam drugi etap życia w ogrodzie. O tym ogrodzie pisałam już parę razy. To było królestwo mojego taty. 600 m kw działki mu nie wystarczało, dokupił drugą działkę, żeby w pełni cieszyć się swoją pasją. Mieliśmy na tym ogrodzie "wszystko", łącznie z arbuzami, melonami, bakłażanami, dziesięcioma gatunkami brzoskwiń (szczepionych na kilku drzewach przez tatę), o "zwykłej" włoszczyźnie, czy fasolce (szparagowej, niskiej, wysokiej, w niezliczonych odmianach) nie wspominając. I tak przez 30 lat z górą. Spędzałam na daczy większość wakacji ( a miałam do dyspozycji prawie 4 miesiące, nie licząc dyżurów raz w tygodniu, w Poznaniu). Powrót do miasta zwykle był dla mnie niemiły. Kochałam tamten dom, tamten ogród. I nie chciałam wracać do miasta. 

No i mam (inny) dom z ogrodem za miastem, cały rok. I ten ogród nie może leżeć odłogiem. Ale nie jestem pasjonatką upraw. Tato tylko deklarował, że jest leniwy z natury. Ja w stosunku do ogrodu (i nie tylko) jestem naprawdę leniwa. A robię, co trzeba, żeby "jakoś wyglądało". Ale zdaje się, że z roku na rok coraz mniej. Rośliny jakby wyczuwają mój stosunek do ogrodu (mimo, że zdarza mi się do nich mówić, a może właśnie dlatego?). Kłącza, cebule kwiatów (dalie, gladiole, galtonie ), przechowywane przez zimę, z roku na rok marnieją, coraz ich mniej, coraz mniej kwiatów. A większość bylin w kolorze żółtym. Lubię. No i rosną "same". Nawet same się rozsiewają. Słoneczniczki, północnoamerykańskie byliny, wyhodowałam z nasion dawno temu, jeszcze na daczy. Potem przywiozłam karpy do mojej wsi. Rudbekie są podobno dwuletnie. Ale zachowują się trochę, jak byliny, wysiewają się same i rosną w tym samym miejscu kilka lat. Dzielżany, które mogą mieć różne kolory, u mnie są żółte. Dostałam sadzonki od koleżanki. Nawłocie sieją się same. Zdecydowaną większość wyrywam, ale jednak mają kwity i są dość ozdobne, więc kilka zawsze zostawiam. U sąsiada dziki ogród zarasta nawłociami, więc nie ma możliwości, żeby u mnie nawłoci zabrakło. Wiatr sie o to postara, żeby te amerykańskie egzoty rozsiewały się wszędzie.


Tu dzielżany, nawłocie i fiołkowe budleje.


Samosiewki rudbekii i zeszłoroczne słoneczniczki kwitną od początków lipca 😀A liście mają zielone, tu słońce na nie świeciło i  kolor przekłamany.

No i róże mi drugi raz kwitną. Niewiele ich, ale cieszą oko .😍



Gdy kwiaty w gruncie zasychają (jak moje floksy) albo kwitną tylko na żółto, to pocieszam się kwiatami w donicach na dworze. Niewiele tego, ale nie jestem wybredna.


Moje begonie, wyrosły z bulw, przechowanych przez zimę.


Pelargonie tegoroczne i zeszłoroczne. Też im gorąco na tarasie.

Kwiaty, to u mnie jedynie niewielka ozdoba ogrodu (chociaż bez kwiatów nie wyobrażam sobie ogrodu). Na samym początku posadziliśmy małe drzewka iglaste i liściaste (wiąz, brzoza, dereń jadalny, dereń świdwa), żeby tworzyły nam "lasek". Potem w pewnej odległości posadziliśmy parę drzewek owocowych ( śliwy, jabłonie, wiśnia, ciemna mirabelka). Lasek urósł wysoki, drzewa owocowe, mimo, że przycinane też są już duże. I owocują. No i mam w tym roku klęskę urodzaju . Już czereśnie obrodziły ponad miarę, ale te mirabelki i śliwy to jest "potop". Mój zajmuje się wyrabianiem dżemów. Mirabelkowych słoików było ok. 30! Z pierwszej śliwy (odmiany Dąbrowicka) zrobiłam też kilkanaście słoików. Czeka jeszcze węgierka Tolar, zaczyna dojrzewać.😕



Mała część śliwek i mirabelek (także żółtych, od szwagierki).

Są też brzoskwinie, takie późne, samosiewki z polskiej odmiany Rakoniewickiej.


I tak na czterech drzewach.

Ładne są 😋, dorodne. Na razie jemy na deser. Ale jak wszystkie zaczną dojrzewać, to trzeba będzie zagospodarować. Lubimy dżemy, ale ile można...😐


Są jeszcze jesienne jabłka. 3 drzewa. Będę suszyć i robić jabłeczniki. W tym roku starczyło nam jabłek do Wielkanocy, leżakują sobie w garażu.


No i są jeszcze winogrona...Ładny żywopłot 😉Mój robi wina (a w każdym razie stara się). Winogrona bezpestkowe zjadamy chętnie całą rodziną. Na szczęście do pełnej dojrzałości mają jeszcze trochę czasu.

Na razie krótka przerwa w zaprawach. Potem nie wiem, jak będzie, bo w połowie września jedziemy odpocząć, na 10 dni. Po powrocie będę się martwić. 😁

P.s Warzywnik mam, malutki, ale nie wyobrażam sobie biec do sklepu po pietruszkę, czy koperek. No i cebulę mam i czosnek, już wykopane, por, seler do bieżącego spożycia. Nadal rośnie i dojrzewa fasolka, pomidorki daktylowe dojrzewają, a buraki czekają, aż znajdę czas na barszcz. Tradycji musi stać się za dość. I widzę, że na mnie ta tradycja ogrodu się nie skończy😊

1 komentarz:

  1. Masz sporo roboty w ogrodzie, ale lubisz to. Moje wakacje u rodziców też polegały na przerabianiu czereśni, śliwek , brzoskwiń , jabłek i gruszek. W jednym roku zrobiłam 300 słoików dżemu. Mama miała czym obdarowywać moje kuzynki.😉

    OdpowiedzUsuń