niedziela, 12 marca 2023

Moje kwiatki

 Jeszcze 25 lat temu storczyki były rzadkością w mieszkaniach. Na taki zbytek mogli sobie pozwolić pasjonaci i zasobni (bo i storczyki były wymagające i drogie). Dzisiaj każdy może mieć w domu storczyki. One trafiły "pod strzechy", a ich uprawa jest niekłopotliwa. Mówię o najpopularniejszych gatunkach : phalaenopsis czy dendrobium, mających kwiaty w najróżniejszych kolorach i rozmaitej wielkości. Dendrobium dodatkowo pięknie pachnie.

Bardzo lubię kwiaty w domu, kwitnące rośliny doniczkowe. Tak się składa, że w tej chwili kwitną tylko storczyki - phalaenopsis. I jedno mało okazałe kalanchoe. Dendrobium przekwitło, amarylisy też, bugenwille jeszcze nie kwitną, ani skrzydłokwiat, a jak hoja zakwita, to niestety urywam jej kwiaty, bo nie znoszę tego zapachu. Wiem, że to niewielki wybór, kwitnących kwiatów doniczkowych są setki. Ale ja po pierwsze jestem leniwą ogrodniczką, cieszą mnie kwiaty, które same chcą rosnąć, a po drugie "i tak mam tych kwiatów za dużo", co mi Mój wypomina przy każdej okazji (bo mam jeszcze sukulenty: aloesy, grudnik, który kwitł w listopadzie i styczniu, sansewierię, która, o dziwo, zakwitła w zeszłym roku, drzewko szczęści, czyli crassula, które kwitnie co roku), a także 30-o letniego beniamina i 10-oletnią mandarynkę z pestki. Mam jeszcze kilka walot (o podobnych do kliwii kwiatach) , ale nie umiem ich skłonić do kwitnienia, kwitną rzadko, kiedy same chcą;). Jakoś się wszyscy mieścimy ;)

Moje storczyki są zupełnie zwyczajne, ale cieszą moje oczy. No i mam je już kilka lat, najstarszego - 12 lat. I ciągle na nowo zakwitają, czasem kwitnąc dalej na tej samej gałązce. Jak większość kwiatów doniczkowych (i jak wszystkie sukulenty) wolą być przesuszone, niż przelane. Pierwszego mojego storczyka ( od moich studentów) utopiłam, niestety. Potem już pilnowałam się i ratowałam, gdy zapomniałam wylać nadmiar wody z ozdobnych (nieprzejrzystych) osłonek bez odpływu. Tylko jeden storczyk kupiłam (dendrobium), pozostałe to prezenty. Jednego rozmnożyłam (ale ta roślinka jeszcze nie kwitnie).



To mój  najstarszy storczyk, odratowany, wysuszony, przesadzony, wdzięczny (prezent od synowej).







To najnowszy kwiatek, miniaturka, kwitnie u mnie pierwszy raz.


To też miniaturka, ten wytworzył roślinkę potomną, którą przesadziłam do osobnej doniczki.

A to wspomniane kalanchoe. Ma już kilka lat. Dostało jakiegoś grzyba. Zmywałam liście i na lato wystawiałam do ogrodu, pięknie rosło, a potem w domu, w styczniu zaczynało kwitnąć. urywałam zbyt długie gałązki, rozsadzałam. Dopiero w zeszłym roku popryskałam preparatem grzybobójczym (w ogrodzie). I teraz jest zdrowe.

Przywołując wiosnę kupiłam w doniczce trzy cebule hiacyntów z ledwie widocznymi listkami. Trochę trwało, ale zakwitły mi pięknie - po dwa kwiaty z każdej cebuli. Nie wiedziałam, jaki kolor będą miały kwiaty. 


I dziwiłam się, że są białe. A przecież powinnam wcześniej dojść do tego, że w białej doniczce będą białe hiacynty (a ja po prostu uznałam, że biała doniczka lepiej wygląda niż ciemna).  Białe też są piękne, a pachną obłędnie :) Gdy się zrobi cieplej, a kwiaty przekwitną, to przesadzę cebule do ogrodu, dołączą do sporego grona poprzedników, sprzed roku, dwóch , kilku lat :) I zakwitną w przyszłym roku na klombie:)

Ach, wiosenko, czekam na ciebie niecierpliwie!

poniedziałek, 20 lutego 2023

Obok sanatorium

 Wróciłam z sanatorium. Uff, jak dobrze. Bo tam, gdzie byłam, czułam się nie najlepiej. Coś poszło nie tak. I od samego początku byłam na "nie". Może gdybym była sanatoryjną "wyżeraczką", wiedziała, jak takie zakłady funkcjonują, to może bym sie tak nie przejęła pierwszego dnia, gdy wyznaczono mi sporo zabiegów o siódmej rano! Tak się wzbudziłam, że ciśnienie poszybowało mi na 160.90! Ja takiego ciśnienia nigdy nie mam! Ja jestem niskociśnieniowcem! Ale nie tam! Gdybym wiedziała, z doświadczenia (ale go nie miałam), że ustalenia sobie (bo "papier" musi być), a praktyka sobie, to bym do wszystkiego podeszła spokojniej. Ale ja poważnie traktuję wszelkie ustalenia, szanuję swoje słowa i nadal naiwnie wydaje mi się, że inni też powinni tak postępować. Ale gdzie tam.

Wyznaczenie mi zabiegów na siódmą rano uznałam za zamach na mój dobrostan (z natury jestem "sową"). I to "głupstwo"  zaważyło na moim odbiorze tego pobytu. Nie po to wybrałam sobie 9.00, jako godzinę śniadania, żeby zrywać się na siódmą na zabiegi (i bardzo szybko, z powodu wysokiego ciśnienia znalazłam sie u lekarki i miałam od nowa zaplanowane wszystkie zabiegi). Potem okazało się, że wszystko można odkręcić. Nawet niechciane, czy nietrafione zabiegi (które mnie uczulały, a z powodu różnych dolegliwości byłam 6 razy u czterech lekarek w ciągu 3 tygodni, mój absolutny rekord; tu w domu nie byłam u rodzinnej od 4 lat).

Ale dość marudzenia. Po prostu miałam pecha. Trafiłam nad morze w lutym. Na 3 tygodnie. Na sztorm, na wichurę, na deszcze. Nie była to kolonia karna, ale momentami miałam takie wrażenie. I znów, brak doświadczenia spowodował, że nie wiedziałam, że mogę ten przydział reklamować. Bo w papierach z NFZ "szantażowano" mnie, że mam brać, co dają albo spadam na koniec kolejki. I po co tak kłamać i straszyć? Ludzie reklamują pobyty nawet po dwa razy i dostają przydziały, które im pasują. Ale to trzeba wiedzieć. A ja poprzedni raz (drugi) byłam w sanatorium 18 lat temu! W czerwcu. W Inowrocławiu. I to był świetny pobyt. Podobno niedługo kuracjusze sami będą wybierać sanatoria, może będzie większa konkurencyjność i więcej zadowolonych kuracjuszy?

Tym razem pojechałam do sanatorium niejako dla towarzystwa, żeby Mój nie trafił na jakiegoś współlokatora chrapiącego i kwękającego. I co prawda nie chrapiemy oboje, ale marudzącą i niezdrową współlokatorkę miał Mój przez cały pobyt. Anielskiej cierpliwości człowiek! Ale gdyby nie on i jego zabiegi, to wróciłabym do domu znacznie wcześniej.

A poza sanatorium nie było wprawdzie jakoś super ciekawie, ale zobaczyłam parę nowych i parę "odnowionych" miejsc. 


Kutry zimują na plaży (wieje i mży).

Nad morze wyszłam tylko parę razy, bo nie lubię, kiedy wiatr mnie przewraca i urywa głowę.


Zdarzył się też taki piękny dzień.

W taki dzień Mój puszczał latawca.

Kiedy jeszcze chciało mi się chodzić dotarliśmy nad jezioro Bukowo.

Przy pomoście, przy plaży łabędzia rodzina - rodzice i czwórka szarodziobych, prawie już białych podrostków. I mnóstwo krzyżówek.

Z sanatorium robiliśmy wycieczki. Niezbyt odległe, bo czasu nie było. Do obiadu były zabiegi (czasem i 5),  także w soboty, a po obiedzie szybko zapadał zmierzch. W niedziele odwiedziliśmy Ustkę ( którą "zaliczyłam" przeszło 50 lat temu, gdy byłam z rodzicami na wakacjach pod Koszalinem). Przyjemne miasteczko. I nawet kilka czynnych kawiarni ;)


Miasto i gmina Ustka promują się jako Kraina w Kratkę. Mogłoby być takich domków więcej, sympatyczne.


Latarnia morska w Ustce, kolejna z latarni nad Bałtykiem, którą zobaczyłam z bliska. Powstała w 1871 roku, ma 19,5 m wysokości.



Tu przy ujściu kanału portowego zaczyna się ustecka plaża.

W następną niedzielę, mimo deszczu, pojechaliśmy do Koszalina. Prawie cała historyczna część miasta (przedwojenne śródmieście) po wojnie przestała istnieć. Jak mówi znajoma z tamtych okolic: "najmniej ciekawe z pomorskich miast"). I coś w tym jest, chociaż, jak wyczytałam, całe Stare Miasto jest wpisane do rejestru zabytków (trudno je wypatrzeć w sieci nieciekawych domów z czasów PRL). Próbuję w każdym miejscu znaleźć coś ciekawego .


I na pewno taką ciekawostką, perełką, jest dawny Pałac Młynarza, z XIX w., obecnie Muzeum w Koszalinie (to oficjalna nazwa). Piękny budynek. A w środku ciekawe zbiory - zabytkowe meble, w salach z epoki, numizmaty i część etnograficzna (chałupy przeniesione z okolicznych wsi nadmorskich) i archeologiczna.


To też perła Koszalina, gotycka katedra z początku XIV wieku. Solidnie ją zbudowano przed wiekami, nie rozsypała się, jak większość domów Starego Miasta.

Do zabytków należą też średniowieczne mury miejskie. Tu przy ciekawym budynku współczesnym.


A taka pamiątka pozostała po "zgrzebnych" czasach PRL. Ratusz  - jeszcze trochę i też będzie zabytkiem, ma już przeszło 50 lat ;) Aż nie do wiary, że to miasto liczy sobie prawie 900 lat!

Po drodze do Koszalina mijaliśmy "świadków" długiej historii tych ziem.

Gotycki kościół z XIV wieku we wsi Iwięcino. W koszalińskim Muzeum przeczytałam, że twórcą rzeźb w ołtarzu głównym  (gotyckim) koszalińskiej katedry był mistrz z Iwięcina. O kościele w Iwięcinie piszą, że jest najstarszy i najpiękniejszym kościołem "położonym na terenie dawnego dominium klasztoru cystersów w Bukowie Morskim. Należy do unikalnej, charakterystycznej dla Pomorza Zachodniego grupy75 gotyckich kościołów wiejskich, usytuowanych w pasie nadmorskim o szerokości ok. 40 km."

Jeszcze dwa z tej grupy udało mi się zobaczyć. Stoją te kościoły przy drodze i widać, jakie są stare. Mam wielki sentyment do zabytkowych budowli. Koniecznie chciałam je zachować w pamięci (choćby w pamięci smartfona ;) ).

We wspomnianym wyżej Bukowie Morskim, nad jeziorem Bukowo (oczywiście) znajduje się kolejny zabytkowy, gotycki kościółek z przełomu XIII i XIV ww. . Należał do założonego w połowie XIII wieku w Bukowie klasztoru cystersów. Obecnie jest to siedziba parafii polskokatolickiej.


A przy kościele wiekowa, ogromna lipa - pomnik przyrody, o obwodzie pnia 582 cm (130 cm nad ziemią).



I kolejny gotycki kościół niedaleko Koszalina - w Suchej Koszalińskiej. "Najmłodszy" z tej listy powstał na przełomie XIV i XV ww.  Wraz z wyposażeniem wnętrza jest, co oczywiste, obiektem zabytkowym. 

W któryś dzień, nie mogąc już dłużej wytrzymać monotonii i nijakości sanatoryjnej kuchni, stęskniona  czegoś smacznego, tłustego i niezdrowego, namówiłam Mojego na wycieczkę do Doliny Charlotty. Często widziałam reklamy imprez masowych w "Dolinie Charlotty" i nie potrafiłam znaleźć na mapie tej doliny, w której występują międzynarodowe gwiazdy rocka. A okazuje się, że jest to wielki hotel (w miejscowości Strzelinko pod Słupskiem), z rozległym parkiem i różnymi atrakcjami w tym parku (stawy, minizoo). Natomiast koncerty odbywają się w wielkim amfiteatrze (na 10 tys. widzów) w pobliżu hotelu. 

Wyżywienie całodzienne mieliśmy w sanatorium.  Nudne, ale w wystarczającej ilości. A ja zatęskniłam za jakimś wyjątkowym deserem. I w restauracji hotelu "Dolina Charlotty" zjadłam rzeczywiście coś wyjątkowo smacznego. Był to fondant czekoladowy ze śliwką (w środku) z bitą śmietaną, kulką lodów,  owocami i musem malinowym. 


Prawdziwa przyjemność dla kubków smakowych.

Może, gdy już wykuruję chore gardło (co to za opieka sanatoryjna, jeśli jedzie się zdrowym, a wraca się z chorobą do domu), to pozostaną w pamięci te dobre wspomnienia. Ale wiem na pewno - nie nadaję się do sanatoriów w zimie (a może i w innych porach roku). Zostawię sanatoria osobom, które je lubią i którym one pomagają. A ja zostanę przy swoich krótkich wyjazdach ;)


sobota, 21 stycznia 2023

Na całej połaci śnieg

 

"Moje" pole dziś w południe.

Cóż takiego śnieg? Pod Poznaniem, to coś bardzo rzadkiego. Pojawia się w zimie na jeden dzień, czasem na 2-3, rzadko na dłużej. I to pojawia się 2-3 razy w ciągu tych paru miesięcy zimowych ( w zeszłym roku mieliśmy śnieg właśnie przez dwa dni w ciągu całej zimy).

Gdy "całą" Polskę zasypywały tony śniegu w początkach grudnia i przez tydzień trzymał siarczysty mróz,  u nas mróz, owszem był, ale śniegu, jak na lekarstwo, jakby ktoś posypał solą i tyle.

Dziś od rana zawieja, śnieżna zadymka, śniegowe wiry i zasłony, od północnej strony atakowały wszystko na swojej drodze. Sypał ten śnieg i nie przestawał. Szaro, cicho, dobrze się spało ;)

A ja musiałam wyjść z domu. Nie odebrałam paczki z paczkomatu i bałam się, że mi ją usuną, jeśli nie odbiorę na czas. Poczekałam, aż największa zawierucha się uspokoi, ubrałam się na cebulkę i poszłam. Taki spacer, to podobno dla zdrowia. jedyne 1,5 km w obie strony. No, nie wiem. Z wiatrem nawet było dość ciekawie, wioska widziana z nowej, "białej" perspektywy.


Zasypany skwer z "księżym" stawkiem w środku wsi. Tuż obok kościółka.


A kościół, jak ze starej fotografii (śnieg ciągle sypał, jak widzicie).
Kościół pw. Matki Boskiej Wniebowziętej jest drugim kościołem w tej,  jednej z najstarszych parafii diecezji poznańskiej. Pierwszy powstał pod koniec XI wieku! Obecny, drewniany, został zbudowany w 1743 roku. Barokowy wystrój, rokokowe rzeźby przetrwały w nienaruszonym stanie od tamtych czasów. To duma wsi!
Paczkę odebrałam, przy sklepie w środku wsi. Po drodze zauważyłam, że tylko przy szkole śnieg zgarnięto z chodnika, no i przy plebanii, a mieszkańcy prywatnych domów czekali pewnie, aż śnieg przestanie sypać. Zresztą zaczęła się odwilż (+1). Ale w nocy znów przymrozi, więc nie wiadomo, jak będzie wyglądać świat (a zwłaszcza drogi) jutro. Na szczęście nigdzie się nie wybieram.

Przez okoliczne pola przekopano kiedyś rowy melioracyjne. Jeden z nich jest tuż na skraju pola, przy sąsiedzkim płocie. Zwykle jest w nim niewiele wody, latem bywało, że wysychał. Dziś wody było sporo, a na powierzchni cieniutka warstwa lodu.

Wycięto sporo nadbrzeżnych krzaków. Wiosną pływają po rowku  kaczki krzyżówki (wtedy też jest sporo wody), a jesienią sąsiad zauważył nad rowkiem bobra ( jego ogród przylega do rowu). Ja zwierza nie miałam okazji tutaj  zobaczyć, ale wiosną widziałam przycięte przy samej ziemi gałęzie młodej, krzaczastej wierzby i jesion nad wodą, na wysokości około metra nad ziemią, obgryziony dookoła, bardzo charakterystycznie, przez bobra. Co one tu szukają wśród pól, z dala od większych zbiorników wodnych?
I jeszcze widok na mój ogród. Rzadko mam okazję podziwiać zimę na swojej (prywatnej) wsi.:)


Jaki widok zastanę w kolejnych dniach? Oto niewiadoma :)

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Poświątecznie

 Minęły Święta Bożego Narodzenia, minął Nowy Rok, nawet Święto Trzech Króli za nami. Rok 2023  naprawdę się zaczął.


To nasza choinka tegoroczna,  czubek jodełki z ogrodu. Reszta drzewka będzie rosła nadal.

Święta miałam intensywne, gościłam rodzinę, chciałam wszystko perfekcyjnie przygotować. Tak, jak moja mama swego czasu, gdy jeszcze nie mieliśmy, młodzi małżonkowie z małymi dziećmi, miejsca na rodzinną, dużą Wigilię. Potem, gdy już miałam duże mieszkanie w Poznaniu, wszystkie Wigilie odbywały się u mnie, u nas. Z moimi  rodzicami i dziećmi. W tym roku, po latach żałoby, pandemii znów miałam dużą Wigilię, na 10 osób. 

A potem dwa dni Świąt z gośćmi i dopiero po Świętach my gościliśmy się u przyjaciół. Także w Nowy Rok. 

Nie wiem, czy za rok będę mieć jeszcze siłę, żeby wszystko ogarnąć, upiec, ugotować , ugościć. To było tym razem bardzo duże wyzwanie, bardzo męczące. Ale też spotkania rodzinne i w gronie przyjaciół dały mi dużo radości.

Lubię piec (gotować trochę mniej), bo lubię słodkie wypieki . A na Gwiazdkę tradycyjnie piekę co roku pierniki i pierniczki. Na szczęście są to ciasta, które można upiec wcześniej, nie na ostatnią chwilę. a robię taki piernik "staropolski" z ciasta leżakującego nie mniej niż 3 tygodnie. Także ciasto na pierniczki leżakuje. Robię też piernik na bazie miodownika, z nadzieniem z orzechami włoskimi. To mogę zrobić wcześniej.


Pierniczki orzechowe.


I te z leżakującego ciasta, według przepisu mojej przyjaciółki, pieczone od chyba 30 lat albo dłużej.


A to mój świąteczny "słodki stół". W Wigilię nie robiłam zdjęć, nie miałam głowy, a w I Święto "ocknęłam się" dopiero przy słodkim. Chociaż taka pamiątka.

 Także kulebiaki z mięsem zrobiłam w tym roku wcześniej i zamroziłam. Te z kapustą upiekłam w piątek przed Wigilią. Wszyscy moi Chłopcy czekają na kulebiaki, a potem powtarzają stare powiedzonko z dzieciństwa : "nie jedz tego, to jest niedobre", mówione w nadziei, że dla nich więcej zostanie.


Nie są zbyt urodziwe, ale smaczne i wszyscy na nie czekają.

Akurat na Święta zakwitło mi hipeastrum, zwane popularnie amarylisem. Czerwone. "Docelowo" miało sześć kwiatów na jednej łodydze, a na drugiej jeszcze pięć. Te pięć kwitnie mi teraz. 


Za czerwonym widać drugą łodygę z pąkiem. To biały amarylis.


Ten piękny zakwitł na Sylwestra.

I tyle u mnie. 

Życzę wszystkim w Nowym 2023 Roku samych dobrych, słonecznych dni, dużo zdrowia, szczęścia, miłości, a światu i ludziom życzę pokoju!

środa, 2 listopada 2022

Trochę lata jesienią i jesienne klimaty

 Miesiąc temu wróciłam z Sardynii. Tam nadal było ciepłe, słoneczne lato, u nas po deszczach też jeszcze się ociepliło, ale to była polska złota jesień.

Już dawno chciałam powspominać Sardynię, ale jako zupełna ignorantka smartfonowa "zagubiłam " gdzieś wszystkie tegoroczne zdjęcia (małą część z dwóch poprzednich lat udało się odnaleźć w "czeluściach " smartfona, tegorocznych nie). Dobrze chociaż, że Mój zrobił trochę zdjęć, coś na pamiątkę zostało (ale mało, a moich mi żal).

Na Sardynii byliśmy drugi raz. I drugi raz prawie w tym samym ośrodku. Prawie, bo w ciągu pięciu lat ów ośrodek (resort, jak teraz mówią) podzielił się na dwa mniejsze , połączone jednak wspólnym parkiem - rezerwatem. 

Mieszkaliśmy w "wiosce" sardyńskiej. Wybudowano stylizowaną wioskę, wąskie kręte uliczki na zboczu wzgórza. Ale w domkach wszystkie wygody cywilizacji :) I fantastyczne wyżywienie w tutejszej restauracji - tawernie.


Akurat zabrakło słońca w tym dniu. To Cala Moresca.

Za płotkiem, wejście do naszego pokoju. Niestety zdjęcia wnętrza przepadły. Było tam przytulnie, w stylu rustykalnym, tak lubię. Wchodziliśmy z poziomu uliczki, ale z drugiej strony mieliśmy balkon, na pierwszym piętrze, z widokiem na park i morze. A pod nami był inny pokój hotelowy.


To uliczka w naszej "wiosce".

Z "wioski" robiliśmy spacery do tego resortu, w którym zatrzymaliśmy się pięć lat temu. W parku położonym na zboczach wzniesienia, na krańcu półwyspu Arbatax (na wschodnim wybrzeżu Sardynii) można było podziwiać  stada owiec, różne gatunki kóz, kucyki, osły, muflony, daniele, dziki, a także ptactwo wodne, w rozległych zagrodach, wśród drzew, nad stawami. I cisza, pusto, ludzi nie było (większość z gości albo przy basenach, albo na plażach, albo na wycieczkach po okolicy).


 A to plaża, którą wspominaliśmy i do której doszliśmy spacerem/  Na plaży nawieziony, żółty miałki piasek (stałam na nim, ale go nie ujęłam w kadr).


Półwysep Arbatax znany jest z czerwonych skał .


To widok z tarasu naszej restauracji.


A to widok znad naszego basenu. Wzgórza i skały. Malowniczo.


Tam w dole była nasza plaża. nawet nie liczyłam ile stopni do niej prowadziło. Duużo!

Na Sardynii byliśmy tydzień. Odpoczywaliśmy, plażowaliśmy, ale także zwiedzaliśmy.
W drodze do Cagliari, na południu, zjechaliśmy z głównej drogi, nad morze. Zupełnie przypadkowo, niedaleko miasteczka Muravera, pierwszy drogowskaz do plaży San Giovanni. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! To była ta sama plaża, na którą, też całkiem przypadkowo, trafiliśmy pięć lat temu. Wtedy jechaliśmy sobie po prostu na południe, bez planu i bez mapy. Nawet nie zapamiętaliśmy wtedy, dokąd dotarliśmy. A teraz - ta rzeka, w której wtedy było tak dużo dorodnych ryb, ten bar, szeroka piaszczysta plaża! To to samo miejsce! 5lat temu był koniec maja, wyjątkowo upalny, nawet, jak na sardyńskie warunki (+30 st. w cieniu). Jeszcze przed sezonem, na plaży absolutnie nikogo, jeden bar zamknięty, drugi  czynny. Wtedy wypiliśmy dwie kawy latte macchiato. Teraz (pod koniec września) zapewne trwał jeszcze sezon, oba bary otwarte. Tym razem wypiliśmy dwie cappuccino :) A na plaży bez tłoku, ale jednak jacyś ludzie majaczyli w oddali.



 Wtedy woda była jeszcze nieprzyjemnie chłodna (dla mnie). Teraz, po gorącym lecie, w ciepły dzień (+26 st.) woda była przyjemna. Gdy już się zanurzyłam (a trwało to trochę), to nie miałam ochoty z morza wyjść. 


Pływałabym jeszcze długo (pierwszy raz od trzech lat pod gołym niebem), ale mieliśmy w planie zwiedzanie stolicy wyspy. 
Cagliari, największe miasto na Sardynii i jej stolica (ok.158 tys, mieszkańców), jak większość miejscowości na Sardynii może poszczycić się bardzo długą  i burzliwą historią. Założone przez Fenicjan w VIII w. p.n.e, , rozbudowane przez Kartagińczyków, zdobyte przez Rzymian w III w.p.n.e. Później pod rządami  Pizańczyków i Aragończyków (czyli Katalończyków) otoczone murami do połowy XIX wieku. 
Dziś miasto, jak miasto. Zanim dotrze się do historycznego centrum trzeba się przebić przez podmiejskie dzielnice, z budowanymi "na szybko" domami wakacyjnymi, przeznaczonymi na wynajem (bo miasto leży nad morzem). I jak wszystko na Sardynii - miasto rozłożyło się na wzniesieniach i w dolinach, trudny teren do spacerów ( jestem z nizin, już nie lubię się wspinać, to zbyt męczące).


Widzicie, żeby dotrzeć do historycznego, zabytkowego centrum, Castello, trzeba najpierw zejść, a potem wspiąć się na wzgórze. Już mi się przestało podobać.


Na Starym Mieście. Ale nie miałam już sił więcej zwiedzać. Do hotelu mieliśmy przeszło dwie godziny. Zdążyliśmy na kolację 
Te kolacje, to osobny temat. jeszcze dziś na ich wspomnienie leci mi ślinka. Czego tam nie było... Codziennie ryby na różne sposoby (także mój ulubiony miecznik, czyli "spada" po włosku), mięsa pieczone, duszone, gotowane (nawet pieczone prosię, w kawałkach, było), sałatki, sery najróżniejsze, warzywa gotowane i surowe w sałatkach, owoce w kawałkach (melony, arbuzy, ananasy, mandarynki) i w całości (śliwki, gruszki, winogrona, mandarynki, truskawki). No po prostu raj dla łakomczucha. A do tego ciasta! Torty, tarty, placki, a jeszcze kremy (pistacjowy, mniam) i desery - tiramisu, creme brule, galaretki z owocami...Marzenie. Tylko... jak tego wszystkiego choćby spróbować, jeśli te kolacje zaczynały się o 19.30? O tej porze w domu nic już nie jemy przed nocą, a tu takie obżarstwo! Ale nie co dzień ma się takie smakołyki podane, do wyboru. Po pierwszym wieczorze dawkowałam już sobie jedzonko, żeby móc spokojnie spać, bez "kamienia" w żołądku ;) Niestety nie mam żadnych zdjęć. Przepadły gdzieś "w kosmosie".
Zrobiliśmy jeszcze wycieczkę na zachodnie wybrzeże wyspy. Tam wcześniej nie byliśmy.
Zachęcona przez przewodnik po Sardynii ,zaproponowałam odwiedzenie Bosy. Bosa, malutkie miasteczko (8 tys. mieszkańców) jest ponoć jednym z najbardziej urokliwych i oryginalnych miast Sardynii. Położone u ujścia rzeki Temo, wzdłuż jej obu brzegów, zabudowane tarasowo na wzgórzu, które wieńczy średniowieczny zamek. 
Rzeczywiście piękne, urocze miasteczko.



Zobaczyliśmy jeszcze Alghero, na Riwierze Koralowej. Ale ciekawych zdjęć stamtąd nie mam (Mojemu już się nie chciało fotografować). Zjedliśmy tam wspaniałe lody (za cenę średniego obiadu, ale w Polsce).
Uwielbiam Sardynię. Nie ma tu takich ogromnych wysokich hoteli nad morzem, są przytulne pensjonaty i resorty otulone zielenią, kilometry pustych plaże albo zaciszne zatoki wśród skał. No i sztuka ludowa jest tu ciągle żywa, nie tylko "cepelia" pod turystów. W naszym resorcie był sklep rodzinnej firmy, zajmującej się tkactwem i garncarstwem. Panie codziennie tkały na krosnach serwety z miejscowymi wzorami, można było obserwować ich pracę. Lubię takie klimaty i kocham gliniane "skorupy".

Serwetka, jak dywanik (podobno 100% bawełny i można prać w pralce?) I mały półmisek z charakterystycznym sardyńskim kogutkiem. Te stylizowane koguty, jako motyw zdobniczy, są wszędzie (na serwetce też) :)
I tyle wspomnień. Czy jeszcze kiedyś zobaczę Sardynię?

A u nas nadal ładna jesień, jeszcze słońce cieszy i grzeje, jeszcze nie wszystkie liście opadły z drzew.
Tydzień temu byłam w w niewielkim ogrodzie botanicznym "7 Drzew". Piękny jesienny spacer.




Tu zakątek japoński, z bambusami.

W sadzawce ociosane kamienie, ciekawie.


A u mnie ławeczka pod lipą ciągle zieloną, z ostatnimi liśćmi czereśni. Przed zimą ławeczkę przeniesiemy do garażu. A dziś jeszcze łapałam na niej ostatnie ciepłe słoneczne promienie :)

W tym roku miałam "klęski urodzaju" śliwek, potem jabłek, pigwy. i orzechów. Zagospodarowywałam, co i jak się dało.  Tu moje jesienne zbiory, na przechowanie, na przerobienie w późniejszym czasie..


To był dopiero początek zbioru jabłek, bez chemii, a i tak w tym roku bardzo ładne i zdrowe urosły.


Pigwy też kolejny, trzeci, rok nie zawiodły. Jeden owoc waży nawet do pół kilograma!

 Gałęzie gięły się do ziemi.

 
Ale dzięki temu ich zbiór był szybki i niekłopotliwy. Nie ważyłam ich, ale szacuję, że było tu  nie mniej niż 30 kg! Najcięższą torbę od razu wydaliśmy rodzince. Resztę przerabiam, robię dżemy, musy, suszę, a w planach mam jeszcze nalewkę. Na razie pozostałe owoce leżakują w garażu. 
I tak skończył się u mnie sezon ogródkowy. Będę miała więcej czasu dla siebie. Może zajrzę tu częściej i odwiedzę blogowych znajomych. Do zobaczenia!