piątek, 3 listopada 2023

Alzacja - piękna kraina

 Jeszcze w sierpniu zamówiłam ten wyjazd. Pośrednik turystyczny (niemiecka filia francuskiej agencji) reklamował ten wyjazd, jako rejs po Renie, rozpoczynający się w Strasburgu,  połączony ze zwiedzaniem Alzacji. 


Nasz hotel na wodzie.:)

To było niezwykłe doświadczenie, dawno nie byłam na tak udanej wycieczce, z tak bogatym programem zwiedzania i tak fantastycznym jedzeniem 😊

O zwiedzanych miejscach napiszę później. Teraz opowiem o atrakcjach kulinarnych, które mnie zaskakiwały i wprawiały w dobry nastrój .😋

Ten "rejs", to był właściwie pretekst. Statek "Beethoven" był naszym hotelem przez 5 dni.

 Zaokrętowaliśmy się w Strasburgu. Pierwszego wieczoru było oficjalne powitanie gości na pokładzie - przez kapitana, załogę, aż po kucharzy i personel, dbający o nasze rozrywki na pokładzie. Wspólnie wypity toast i aperitif na dobry początek. Potem pierwszy "dinner" - 4 dania! Przystawka, danie ciepłe, ser i deser :) Porcja "obiadowa" + podwieczorek. I tak każdego dnia. A po jedzeniu  malutka filiżanka kawy, zapewne typowo francuskiej (czy ona się różni od espresso? wyglądała podobnie). No i wino do wyboru (albo piwo, jeśli ktoś lubi) do posiłków. Uff!

Po prostu musiałam zrobić zdjęcia tym perełkom sztuki kulinarnej :) (to ta pierwsza kolacja).


Przystawka z mozzarellą i paluszkiem z ciasta francuskiego.


Delikatna polędwiczka wieprzowa, duszona, w ciemnym sosie, z zapiekanym piure ziemniaczanym i fasolką.


A na koniec deser - pianka z delikatną galaretką morelową i musem malinowy (i sosem waniliowym). Dla takiego łasuch, jak ja, wspaniała sprawa. Był jeszcze "na deser", przed słodkim, ser, twardy, długodojrzewający (ser po obiedzie?, na deser?, to tylko Francuzi mogli wymyślić) 😉.

Potem rozpieszczano nas tak i na statku, i na lądzie. Bo gdy 9 godzin zwiedzaliśmy, to dbano o nas i jadaliśmy obiady w regionalnych zajazdach , oberżach (auberge). I tam serwowano nam tradycyjne potrawy alzackie, sycące  i przyciężkie, raczej w niemieckim duchu (nadal bardzo smaczne).

Na przykład coś podobnego do kulebiaka z mięsem, tylko w cieście kruchym, a nie drożdżowym.


Sałaty była cała micha, dla kilku osób przy stole. 

Na drugie danie mieliśmy spory płat mięsa (karkówki?) marynowany i upieczony, z ziemniakami poszatkowanymi w niewielkie kawałki, duszonymi z cebulą (te ziemniaki też były w dużej misie, do podziału między gości, a na pierwszy rzut oka wyglądały jak łazanki). No ale to było proste chłopskie jedzenie, przy drewnianych długich stołach w górskiej oberży. 

Ale nawet w górskiej oberży, po serze  (alzacki Munster), podano nam słodki deser: jagody z gałką lodów i bitą śmietaną, pyszny 😋



I do tego takie widoki na Wogezy (fr. Vosges).

W miasteczku Munster, u stóp gór, odwiedziliśmy sobotni targ. Sprzedawano tu słynne (ponoć) alzackie sery (o których wcześniej nie słyszałam) - zwane Munster właśnie. I wiele innych, najrozmaitszych serów (w cenach +50 Euro /kg).


Te małe okrągłe serki w dolnym rogu, to właśnie Munster.

W zabytkowej gospodzie w miasteczku Obernai zjedliśmy obiad (czyli dejeuner). Znów typowe dania alzackie (do mięsa kapusta kiszona, gotowana, niesamowite, we Francji?). A na jednym z okien wystawiono wypchanego "jeleniowatego" dla ozdoby (jeśli to miał być renifer, to rogi miał "nie od pary").


Wiem, że dla niektórych jedzenie nie jest zbyt ważne ( ci, co "jedzą żeby żyć", w odróżnieniu do tych którzy "żyją, żeby jeść"). Ale dla mnie było równie ważne, jak zwiedzane miejsca. Zawsze jestem ciekawa nowych smaków, a tu wszystko było bardzo ciekawe, smaczne  i dodatkowo spodobała mi się forma serwowania dań (szczególnie na statku). Czasem tego jedzenia było aż za dużo (dwa obiady dziennie, do tego jeden zdecydowanie za późno, jak dla mnie). Ale w odróżnieniu od innych naszych wyjazdów, tych ze wspaniałym wyżywieniem typu self service, tutaj miałam wszystko podane do stołu i nie musiałam podejmować decyzji co wziąć i ile.😉 Przyjemnie być obsłużonym, raz na jakiś czas, odpocząć od codziennej gonitwy.

Na zakończenie rejsu zorganizowano Gala Aperitif, z pożegnaniem uczestników rejsu przez załogę i wzniesieniem wspólnego pożegnalnego toastu. A zaraz potem była galowa kolacja (tak się to nazywało).

Szef kuchni pokazał klasę (i wszyscy Węgrzy, którzy tworzyli te dania).

Oto menu w oryginale i moje tłumaczenia (z Google'a, francuski znam ledwo ledwo).

Foie gras de canard bloc, maison Rougie de Sarlat, caramel aux epices et sa brioche.
czyli:
Pasztet strasburski z kaczki, domowy Rougie de Sarlat (?), pikantny karmel i brioszka (czyli słodka bułka drożdżowa).

Zdjęcia brak, bo byłam zbyt ciekawa i łakoma, żeby pomyśleć o zdjęciu.

Filet de caille persille, sauce au Porto, garniture de legumes
czyli:
Filet z przepiórki z natką pietruszki, sos porto, dodatek warzywny


Sera też nie sfotografowałam, chociaż był bardzo smaczny. 
Czytanie o tym daniu po francusku, to sama poezja.😉

Cabeccou roti sur toast au four, mesclun de salade, emulsion de fraise au balsamique
czyli:
Cabeccou pieczone na grzance w piekarniku, miks sałat, balsamiczna emulsja truskawkowa

I na koniec słodki deser, najpierw efektownie podpalony przez młodych kucharzy - kelnerów:

A ta potrawa to:

Omelette norvegienne flambee au Grand Marnier coulis de fruits jaunes

Omlet norweski podpalany w Grand Marnier (?) z sosem z żółtych owoców
W angielskim tłumaczeniu omlet norweski, to  Baked Alaska. A były to lody w cieście!





I taka to była moja kulinarna przygoda 😊

O pięknym Strasburgu i uroczych zabytkowych alzackich miasteczkach opowiem następnym razem.

Na zachętę :




Zdjęcia z Equisheim, bardzo starej i ponoć jednej z najpiękniejszych wsi Alzacji, z tradycjami sięgającymi Średniowiecza.

wtorek, 10 października 2023

Jesień puka do drzwi

Jesień za progiem. "przepycha" się z latem, które nie może się zdecydować: zostać jeszcze trochę, czy odejść, definitywnie? Od paru dni pochmurnie, mokro i nieprzyjemnie chłodno (w nocy prawie przymrozki, +2 st!). A zapowiadają jeszcze +20 st. na jeden dzień (?)

Letnie sukienki już schowałam, bluzki, cienkie spodnie też. Gdyby rzeczywiście jeszcze przygrzało, jak zapowiadają, to mam kilka lżejszych rzeczy. Nie wydaje mi się, żebym się spociła (zmarzluch ze mnie).

Jesienne jabłka już w skrzynkach, w garażu (a trochę jeszcze wisi). Nie ma ich za wiele. Bo w zeszłym sezonie było ich zdecydowanie "za wiele". Suszyłam, robiłam musy, dżemy, placki, kompoty, wkrawałam do owsianki prawie co rano. A i tak dotrwały do końca czerwca! Ale kilka (-naście) kilogramów wylądowało, niestety, na kompoście. Co zrobić, przecież mamy tylko garaż do przechowywania. Mam nadzieję, że te jabłka, które mamy, spożytkujemy bez większych strat (będę je częściej przeglądać).

To tylko część zbiorów, drugie tyle w innych kartonach.....

Mamy, jak co roku, problem z nadmiarem winogron. Są bardzo smaczne, bezpestkowe różowe, "zielona chrupka" (taka odmiana) i ciemnofioletowe, deserowe, austriackie. Taki "żywopłot" z krzewów łozy winnej.


30 metrów winorośli!

 A im bardziej się je przycina, tym lepiej rosną i rodzą. Może dać im luz, niech dojrzewają na sąsiedzkich srebrnych świerkach?



Zielona chrupka, moja ulubiona :)


Austriacka deserowa.

Jak już uporamy się z winogronami, to może będę jeszcze zaprawiać pigwę. A może nie? Wszystko zależy w tym roku od szwagra, który teraz zainteresował się swoim ogrodem, w którym pięknie, od kilku lat, owocuje pigwa gruszkowa (i którą zagospodarowywaliśmy na prośbe szwagrostwa). Nie wyrywam się do roboty. Dżemów, różnych, mam zapas na parę lat. Dżemów z pigwy (i nalewkę) też.

Warzywnik powoli likwiduję. Ale naprawdę powoli. Bo fasolka, siana co dwa tygodnie aż do połowy lipca (tak zawsze robił mój tatuś) ciągle ładnie owocuje. A ja uwielbiam fasolkę z masłem i tartą bułeczką ;)


Tutaj jest pół kilo, z wczoraj. Dziś było jej nieco mniej, ale na obiad starczyło ;) To fasola karłowa i, ta szersza, jaśniejsza, pnąca, bez łyka. Na warzywniku rośnie też, bujnie, seler i marchew. Marchew nadaje się już do wykopania, ale nie bardzo mam ją gdzie przechowywać, w ziemi, na razie, nic jej nie gryzie i nic jej nie szkodzi, wyrywam sukcesywnie na codzienne obiady. 


Jest też por, może stać do przymrozków. No i są buraki. Też mają jeszcze żywe liście, jeszcze mi się nie spieszy z ich wyrywaniem. No i na nowo rośnie pietruszka i koperek. 

Kwiaty, niestety, mam mizerne. Z typowo jesiennych są tylko dąbki (drobne chryzantemy). Ale zakwitną dopiero za jakiś czas (mają pąki). Kupne sadzonki posadziłam do ziemi w zeszłym roku, przezimowały i ładnie rosły przez całe lato. Chyba będą liliowe. Nieistotne, ważne, że będzie kwiat, gdy inne kwiatki już całkiem przekwitną.

Kwitną mi drugi raz róże. Ale ostatnie deszcze trochę je "zmęczyły". Nadal cieszą moje oczy. Bardzo lubię róże.



Te wyrosły w górę i deszcz przygiął je nieco  (tu jeszcze w pełni urody, zdjęcia z zeszłego tygodnia).


Ostatnie słoneczniczki, jeszcze trwają.

I pojedyncze rudbekie :)

Szkoda lata, a złotej jesieni jeszcze nie widać. Czy w ogóle się pojawi? Czy liście zdążą się przebarwić, czy zmarzną i takie zwarzone, szare, opadną?  Zobaczymy. Przed nami prawie pół roku "bylejakiej" pogody. Chyba już zacznę marzyć o wiośnie ;)


czwartek, 28 września 2023

Znów w Gorcach

 Pojechałam w góry najmilszych wspomnień dzieciństwa. Byłam tam 3 razy jako dziecko, z rodzicami. Ale pamiętam dopiero ten pobyt, gdy miałam 9 lat. 

Szczawa, duża wieś w Gorcach, na granicy Beskidu Wyspowego, w powiecie limanowskim.

Może nie miałabym jej tak głęboko w swojej pamięci, gdyby nie wieloletnia korespondencja mojej mamy z jedną z sióstr naszego gospodarza. Dzięki niej wiedzieliśmy co się w Szczawie i tej rodzinie dzieje. Po latach, jako matka dzieciom wróciłam na wakacje do Szczawy, do znanej mi z dzieciństwa rodziny. Chciałam chyba, żeby i moje dzieci miały tak beztroskie i pełne kolegów wakacje, jak ja miałam.  Ale potem nie było już naszego "dobrego ducha ", pani Frani i kontakt ze Szczawą się urwał.

Przy każdej okazji jechania na południe, do Krościenka, do Szczawnicy, nawet do Niedzicy jechaliśmy przez Mszanę i Przysłop, wzdłuż rzeki Kamienicy, przez Szczawę, gdzie zatrzymywałam się przy cmentarzu, żeby zapalić światełko pani Frani.

I tej jesieni wybrałam się w podróż sentymentalną. Może ostatnią już w te strony?

Jak zawsze zachwyca gorczańska przyroda. Jeszcze kwitną kwiaty późnego lata. 



Niecierpek gruczołowaty, całe łany niecierpków :)


Wrotycz już przekwita.


Dziewięćsił bezłodygowy już przekwitł, ale trwa, symbol nieodmiennie przypominający mi Szczawę. Na łąkach nad Kamienicą rosło pełno tego ziela. Nie wiedziałam wtedy, że to cenna roślina chroniona. Teraz widziałam dość sporo roślin, ale bez kwiatów. Tego jedynego "kwiatka" uwieczniłam ;)

Mimo, że nie miałam w planach żadnych "wspinaczek" dałam się namówić na wycieczkę na Gorc (1228m n.p.m), drugi co do wysokości gorczański szczyt. Ale... nie dotarliśmy do wieży widokowej, bo oznakowania szlaków na Nowej Polanie nie istnieją. Podobno do szlaku czarnego dochodzi tam szlak niebieski. Doszliśmy do końca (początku) szlaku czarnego, ale na wylocie kilku dróg z polany nie zauważyliśmy żadnego oznakowania, żadnej informacji. 


Trudno, tym razem na Gorc nie weszłam (kiedyś byłam tam od strony Ochotnicy). Ale wycieczka lasem, w piękną pogodę i kurki zbierane przy okazji,  w zupełności mi wystarczyły, by być zadowoloną :)




Kozaczki też się trafiły.



A potem pogoda się popsuła, zaczęło padać i zrobiło się nieprzyjemnie chłodno.

Co robić w górach w deszcz (gdy nie ma się ochoty chodzić w deszczu)? Gdzie tu spędzić miło i pożytecznie czas pod dachem? Pojechaliśmy do Poręby Wielkiej do Term Gorce.


Tak to nieszczególnie wygląda z zewnątrz. W środku niewielki basen z cieplutką wodą i wodnymi masażerami, strefa saun. I bar kawowy ;) A tam bardzo smaczna beza z owocami :)  (czy ulgowy bilet weekendowy na 1,5 godziny za 45 zł to drogo?)

Po termach  (nadal mżyło) pojechaliśmy do Limanowej. Powiat w którym leży Szczawa, a ja nigdy w tym mieście nie byłam. To nie jest miasto z tych, które lubię. Miasto bez zabytków, nijakie, mimo fontanny na Rynku (zabudowa domami z XX w, sporo z czasów PRL). 


Kościół Matki Boskiej Bolesnej przy Rynku też "średni" zabytek, z lat 1910-1918.  No i ta mżawka, która nie dodawała uroku miastu (słońce zawsze zdobi).



Prawdziwym zabytkiem, niedaleko Rynku, był drewniany Dwór Marsów z przełomu XVIII i XIX ww. Mieści się tu Muzeum Regionalne Ziemi Limanowskiej, które zwiedziliśmy.


W kolejnych dniach nadal kropiło.

Pojechaliśmy do Szczawnicy, szlakiem dawnych wspomnień. Ale na Palenicę nie wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym. Zaczęło padać.

W przerwach między opadami poszliśmy do "serca uzdrowiska", czyli najstarszej części uzdrowiskowej, pięknie odrestaurowanej.



Zrobiliśmy też spacer po rozległym parku uzdrowiskowym.

W Szczawie, oprócz cudownego powietrza i rozległych widoków gór (tym razem zupełnie zamglonych przez parę dni) jest kilka ciekawych miejsc.

Mieszkaliśmy przy potoku Głębieniec (Głębiniec) i widzieliśmy, jak pod wpływem deszczów "rósł w siłę". Piękniał :)


A nad potokiem piękne owoce jakiejś róży.


I trzemielina.



We  wsi są dwa kościoły, jeden obok drugiego. Pierwszy, drewniany powstał w 1958-60 roku. 


Nazywany jest kościołem partyzanckim. Znajdują sie tu elementy partyzanckiego ołtarza z I  i II wojny światowej (oddziały partyzanckie stacjonowały w okolicach Szczawy, a w dawnej parafii teraz znajduje się Muzeum 1.Pułku Strzelców Podhalańskich AK).


Wnętrze kościółka (bez lampy błyskowej)


A to nowy kościół, wybudowany na początku lat 90-tych.

Szczawa nie bez powodu nazywa się Szczawą. Od dawna istniały tu źródła wód mineralnych. Zbadano je. To wody wodortlenkowo-chlorkowo-sodowe, szczawy (właśnie). Już przed wojną istniały tu ujęcia tych wód. Obecnie w Szczawie jest piękna i nowa Pijalnia Wód Mineralnych, jednocześnie centrum informacji turystycznej z mała kawiarnią :)




W ładną pogodę można sobie popijać wodę przy fontannie :)

Butelkuje się tu kilka wód mineralnych (mi in. Hanna, Dziedzilla, Szczawa I i II). Można te wody kupić w całej Polsce (szczególnie w innych uzdrowiskach). 

Wracając do domu zatrzymaliśmy się nad Kamienicą, która po deszczach zakryła wszystkie głazy i wartko toczyła swoje wody (do Dunajca).


I tym widokiem rzeki kończę wycieczkę do Szczawy. Czy cię jeszcze zobaczę Szczawo miła?