poniedziałek, 1 maja 2023

Historia, natura i kultura Rudaw - zamki, torfowiska, muzea

 W Erzgebirge (Rudawach) co wioska, to zamek :) Jest ich tutaj mnóstwo. W czasach NRD, jako niesłuszne politycznie, niszczały i nikt o większość z nich nie dbał. Po zjednoczeniu Niemiec zamki zaczęto odbudowywać. Pierwszym w pełni odbudowanym zamkiem był zamek Scharfenstein. W 1994 roku był jak nowy ;)



Jak większość saksońskich zamków zbudowany na wysokiej skale. Do tego zamku trzeba sie było wspiąć pieszo (akurat rozkopano drogę dojazdową).


Warto było. Z bliska zamek był jeszcze ładniejszy.


To brama wjazdowa , z tyłu wieża.

W zamku znajduje sie muzeum zabawek i ozdób bożonarodzeniowych. Rudawy znane są w całych Niemczech z prac snycerskich i zabawek drewnianych. Szczególnie popularne są figurki dziadków do orzechów (przedstawionych jako żołnierze w mundurach z XVIII wieku, w tym roku był to motyw świąteczny w sklepie DUKA). Te figury miewają nawet metr wysokości i kosztują ogromne pieniądze, (ok 100 euro). Do muzeum nie poszliśmy, nie mieliśmy nastroju na ozdoby świąteczne. 

To przykład rzeźbionego świecznika z naszego hotelu.

8 km od zamku Scharfenstein znajduje się urocze miasteczko Wolkenstein , z zamkiem o tej samej nazwie (a właściwie, to miasteczko przyjęło nazwę od zamku). Te zamki powstawały w XIV wieku. Zostały odbudowane w stylu gotyckim, często z elementami renesansowymi (bramy, portale).


Tak z daleka wita podróżnych zamek Wolkenstein, na wysokiej skale (spore powiększenie).

Ale prowadzi do zamku szosa, bardzo kręta i stroma. Na samej górze okazuje się, że obok zamku zbudowano miasteczko i nie jest tam tak stromo i "górzyście".


Tu Ratusz na rynku w Wolkenstein, z "gaikiem", wiosennym drzewkiem na środku. Jak widać pogoda była zmienna, jednak ciągle zimno.


To widok na miasteczko spod bramy zamku.


A to właśnie brama do zamku (w pochmurny dzień). W zamku jest muzeum historii zamku i miasta, także eksponaty etnograficzne z regionu . I "atrakcja" (dla mnie wątpliwa) - izba tortur z narzędziami katowskimi (gdybym zrozumiała, co znaczy "Folter", to bym tam nie poszła).


I jeszcze widok w "przepaść" z murów zamkowych.

Zobaczyliśmy jeszcze ogromny zamek Augustusburg (i miasteczko o tej nazwie). Ten zamek zbudował w latach 1567-1572 elektor August Saski, przodek króla Augusta II Mocnego, króla Polski.


Widok od strony dziedzińca (padało). 


Jedna z bram wjazdowych. Zwiedzenie wszystkich atrakcji zamku (m.in. muzeum motocykli (?) i kaplicy zamkowej z obrazem Lukasa Cranacha (który był nadwornym malarzem Augusta) trwałoby zbyt długo dla nas (bylismy w drodze do domu). Zwiedzilismy tylko wystawę "Elektor z wizją", poświęconą życiu i dziełu elektora "ojca" Augusta Saskiego.
Ogólnie zamek mnie nie zachwycił, taki ciężki, mało "bajkowy", no i pogoda nie dodała mu urody.

Mieszkaliśmy w granicach miasta Marienberg. To miasto z tradycjami górniczymi, szczególnie górnictwa rud metali (także srebra).
W XIX- wiecznym dawnym spichrzu, a czasach NRD -magazynie warzyw i owoców,  odrestaurowanym w 2006 roku , utworzono muzeum Rudaw i tradycji górniczych i bibliotekę. Ciekawe zbiory, piękne przykłady ludowej snycerki (tzw. piramidy - rzeźbione kilkupoziomowe "wieże", z ruchomymi figurkami, stawiane na czas Bożego Narodzenia na powietrzu. Wiatrak na czubku konstrukcji, napędzany przez wiatr, poruszał figurkami na poszczególnych "piętrach" - platformach (platformy obracały sie wzdłuż  głównej osi).


Miasto "górskie" (górnicze) Marienberg zostało założone w połowie XVI wieku przez Księcia Henryka.


Tu widok na renesansowy Ratusz i pomnik księcia Henryka (z 1900 roku).


A tak miasto Marienberg wita przyjezdnych :)

Wspomniałam poprzednio, że mieszkaliśmy w górskim hotelu na Wzgórzu Trzech Braci.
W 1882 roku powstała tam żelazna wieża widokowa księżniczki Marii. Miała 18 m 
wysokości. W czasach NRD znalazła sie na ternie wojskowym. Zaniedbana i przerdzewiała została rozebrana w 1977roku.
W latach 1993/94 zbudowano w tym samym miejscu nowa wieżę, nawiązująca kształtem do tej dawnej. Jest teraz atrakcja turystyczna okolicy. Ma 24,3 m wysokości (wznosi się na bezwzględną wysokość 515 m n.p.m.) i ma 135 stopni.


Wspięłam sie na nią :)
Z wieży roztacza się rozległy widok na zachodnią część Rudaw.


Z pierwszego poziomu zrobiłam zdjęcie hotelu.



Kopalniany wagonik przypomina górnicze tradycje miasta Marienberg, ale także historie hotelu, który w swoich początkach ( poł. XIX w.) był miejscem odpoczynku górników.

Przyroda w końcu kwietnia ledwo budziła sie do życia. Liście na drzewach były przeważnie w fazie pączków. No i trafiliśmy na falę zimna (temperatury poniżej +10 st.). Ale spacery służą zdrowiu, więc robiliśmy spacery po pobliskim lesie (świerkowym). Pojechaliśmy też zobaczyć odradzające się torfowisko.
Przez dziesięciolecia epoki NRD wydobywano torf metoda przemysłową (tzw. kopalnia torfu, po wysuszeniu służył za opał). Po upadku NRD kopalnię zamknięto, a obszar dawnej kopalni stał się rezerwatem. odtworzenie dawnego torfowiska, to proces żmudny i długotrwały. tworzenie sie torfowiska, to kilka tysięcy lat, minimum 200 lat. Obecna ścieżka dydaktyczna przez odradzające się torfowisko pokazuje bagienny las (lasek), który ma zaledwie 34 lata. Moje wnuki i ich dzieci i wnuki będą mogły obejrzeć i docenić w pełni efekty działań obecnych ekologów.


Wszędzie dużo wody.


Widać, jakie te brzózki jeszcze młode.


Drogowskaz. Gdy powiększycie zdjęcie, zobaczycie na tablicy  jagodowego ludzika - to ludzik z występującej tu na bagnach jagody pijanicy (lekko halucynogennej), czyli borówki bagiennej, łochyni.
Jak podczas każdego wyjazdu nie mogło zabraknąć przyjemności łasucha: kawki i miejscowe ciastka :)


W cukierni na Rynku w Marienbergu :)


A takie podwieczorki serwowano nam w hotelu. :)

I na zakończenie jeszcze wspomnienie półdniowego wypadu do Czach. Do Karlowych Warów. Z hotelu mieliśmy do nich nieco ponad 60 km. Żal nie skorzystać z okazji zobaczenia tego kurortu.






A za 10 dni kolejne atrakcje, wyjazd do "ciepłych krajów". Trzymajcie kciuki!

niedziela, 30 kwietnia 2023

Trochę relaksu na wyjeździe (Rudawy)

 Rudawy, dawniej Góry Kruszcowe, po niemiecku Erzgebirge, a po czesku Krusne hory (kruszne) (znak diakrytyczny "sz" nie wychodzi mi). Chciałam pojechać w nowe miejsce, niedaleko, a jednak za granicę. Niemcy (bo byliśmy po niemieckiej stronie gór) nie są dla mnie "niemym" krajem. Czuję się tu swojsko. szczególnie w tej części "poenerdowskiej".

Rudawy niemieckie są podobno jednym z najciekawszych, a mało znanym, regionem górskich Niemiec. To stare, niewysokie góry, nieodkryte jeszcze i nie zadeptane przez turystów. A mają naprawdę sporo  do zaoferowania: piękne krajobrazy, dziką przyrodę, tradycję górniczą  i kilkadziesiąt zamków i pałaców do zwiedzenia :)

Na słowo "zamek" reaguję wzmożoną ciekawością. Może w poprzednim wcieleniu byłam panią na zamku albo dziedziczką na włościach? ;) Tym razem nie nocowaliśmy w zamku ani pałacu, a w górskim hotelu (z przeszło 150 -letnią historią). Co prawda "góra" na której stoi hotel, to zaledwie wzgórze (680 m n.p.m.), ale hotel nazwano górskim. I mogłam się poczuć, jak dziedziczka: jedzenie podane, nawet codziennie kanapki na wycieczkę i kawka z ciastkiem na podwieczorek.  Hotel stoi na Wzgórzu Trzech Braci. Z tą nazwą związana jest legenda. Trzech braci znalazło skarb - w tej ziemi , to srebro, kamienie półszlachetne; najstarszy z braci chciał zagarnąć dla siebie cały skarb i zabił młodszych braci. Wtedy Duch Gór rzucił klątwę na chciwego, okrutnego brata: skarb przepadł, zapadł się pod ziemię, a ów okrutnik miał całe życie szukać skarbów i niczego nie znajdować. Ale, mówi opowieść, skarb nadal jest gdzieś tu ukryty, może ktoś z was (nas) go odkopie?


Tak wygląda oryginalne rudawskie rękodzieło - logo hotelu. Nie reklamuję go, trochę mam zastrzeżeń, ale ten obrazek mi sie spodobał (to naklejka), wzięłam na pamiątkę.

Zaczęliśmy nasz pobyt od zamku we Freibergu, miasteczku z tradycjami górniczymi (kopalnie węgla i rud metali). Zamek we Freibergu, jak i większość zamków w tej części Niemiec, został odbudowany, odtworzony, dopiero po zjednoczeniu Niemiec. Jest czysty i w środku nie jest zamkiem. 

Tak, tu mieści się jedna z największych ekspozycji minerałów w Europie (największa w Niemczech). Na czterech piętrach zgromadzono eksponaty z pięciu kontynentów, zbiory historyczne i współczesne minerałów, skał, kryształów, kamieni półszlachetnych , rud metali, a także narzędzi do pozyskiwania owych skał, urządzeń do badania minerałów, także kilkanaście precjozów ze złota, srebra i platyny, z oprawionymi kamieniami szlachetnymi.

Zamek we Freibergu z wystawą Terra Mineralia.

A tu eksponaty, które mnie zaciekawiły albo (i) zachwyciły :)


Tu kryształy ametystu, coś niesamowitego dla mnie, bo choć tego nie widać, to ten twór geologiczny ma co najmniej 1,5 m wysokości! Ogromny!


To eksponat, jakich wiele, ale oryginalne kryształy kwarcu i barytu (ok 50 cm wysokości).


To kryształy rodonitu, Spodobał mi sie kolor, rzadki wśród eksponatów.


A to kryształ gipsu(?) . Zwykle widuję gips, jako biały proszek ;)


To bardzo duże kryształy - kryształu górskiego. Każdy z tych wykrystalizowanych cudeniek jest grubszy od sporej marchwi. 



I jeszcze piękne , niezwykłe agaty :)




A o tych agatach napisano, że pozwalają działać wyobraźni. Czyż nie są niezwykłe? :)

Jeśli zechcecie zobaczyć zamki  i miasteczka tej niezwykłej krainy, to zapraszam na kolejny wpis, już za "chwilę". :)

niedziela, 12 marca 2023

Moje kwiatki

 Jeszcze 25 lat temu storczyki były rzadkością w mieszkaniach. Na taki zbytek mogli sobie pozwolić pasjonaci i zasobni (bo i storczyki były wymagające i drogie). Dzisiaj każdy może mieć w domu storczyki. One trafiły "pod strzechy", a ich uprawa jest niekłopotliwa. Mówię o najpopularniejszych gatunkach : phalaenopsis czy dendrobium, mających kwiaty w najróżniejszych kolorach i rozmaitej wielkości. Dendrobium dodatkowo pięknie pachnie.

Bardzo lubię kwiaty w domu, kwitnące rośliny doniczkowe. Tak się składa, że w tej chwili kwitną tylko storczyki - phalaenopsis. I jedno mało okazałe kalanchoe. Dendrobium przekwitło, amarylisy też, bugenwille jeszcze nie kwitną, ani skrzydłokwiat, a jak hoja zakwita, to niestety urywam jej kwiaty, bo nie znoszę tego zapachu. Wiem, że to niewielki wybór, kwitnących kwiatów doniczkowych są setki. Ale ja po pierwsze jestem leniwą ogrodniczką, cieszą mnie kwiaty, które same chcą rosnąć, a po drugie "i tak mam tych kwiatów za dużo", co mi Mój wypomina przy każdej okazji (bo mam jeszcze sukulenty: aloesy, grudnik, który kwitł w listopadzie i styczniu, sansewierię, która, o dziwo, zakwitła w zeszłym roku, drzewko szczęści, czyli crassula, które kwitnie co roku), a także 30-o letniego beniamina i 10-oletnią mandarynkę z pestki. Mam jeszcze kilka walot (o podobnych do kliwii kwiatach) , ale nie umiem ich skłonić do kwitnienia, kwitną rzadko, kiedy same chcą;). Jakoś się wszyscy mieścimy ;)

Moje storczyki są zupełnie zwyczajne, ale cieszą moje oczy. No i mam je już kilka lat, najstarszego - 12 lat. I ciągle na nowo zakwitają, czasem kwitnąc dalej na tej samej gałązce. Jak większość kwiatów doniczkowych (i jak wszystkie sukulenty) wolą być przesuszone, niż przelane. Pierwszego mojego storczyka ( od moich studentów) utopiłam, niestety. Potem już pilnowałam się i ratowałam, gdy zapomniałam wylać nadmiar wody z ozdobnych (nieprzejrzystych) osłonek bez odpływu. Tylko jeden storczyk kupiłam (dendrobium), pozostałe to prezenty. Jednego rozmnożyłam (ale ta roślinka jeszcze nie kwitnie).



To mój  najstarszy storczyk, odratowany, wysuszony, przesadzony, wdzięczny (prezent od synowej).







To najnowszy kwiatek, miniaturka, kwitnie u mnie pierwszy raz.


To też miniaturka, ten wytworzył roślinkę potomną, którą przesadziłam do osobnej doniczki.

A to wspomniane kalanchoe. Ma już kilka lat. Dostało jakiegoś grzyba. Zmywałam liście i na lato wystawiałam do ogrodu, pięknie rosło, a potem w domu, w styczniu zaczynało kwitnąć. urywałam zbyt długie gałązki, rozsadzałam. Dopiero w zeszłym roku popryskałam preparatem grzybobójczym (w ogrodzie). I teraz jest zdrowe.

Przywołując wiosnę kupiłam w doniczce trzy cebule hiacyntów z ledwie widocznymi listkami. Trochę trwało, ale zakwitły mi pięknie - po dwa kwiaty z każdej cebuli. Nie wiedziałam, jaki kolor będą miały kwiaty. 


I dziwiłam się, że są białe. A przecież powinnam wcześniej dojść do tego, że w białej doniczce będą białe hiacynty (a ja po prostu uznałam, że biała doniczka lepiej wygląda niż ciemna).  Białe też są piękne, a pachną obłędnie :) Gdy się zrobi cieplej, a kwiaty przekwitną, to przesadzę cebule do ogrodu, dołączą do sporego grona poprzedników, sprzed roku, dwóch , kilku lat :) I zakwitną w przyszłym roku na klombie:)

Ach, wiosenko, czekam na ciebie niecierpliwie!

poniedziałek, 20 lutego 2023

Obok sanatorium

 Wróciłam z sanatorium. Uff, jak dobrze. Bo tam, gdzie byłam, czułam się nie najlepiej. Coś poszło nie tak. I od samego początku byłam na "nie". Może gdybym była sanatoryjną "wyżeraczką", wiedziała, jak takie zakłady funkcjonują, to może bym sie tak nie przejęła pierwszego dnia, gdy wyznaczono mi sporo zabiegów o siódmej rano! Tak się wzbudziłam, że ciśnienie poszybowało mi na 160.90! Ja takiego ciśnienia nigdy nie mam! Ja jestem niskociśnieniowcem! Ale nie tam! Gdybym wiedziała, z doświadczenia (ale go nie miałam), że ustalenia sobie (bo "papier" musi być), a praktyka sobie, to bym do wszystkiego podeszła spokojniej. Ale ja poważnie traktuję wszelkie ustalenia, szanuję swoje słowa i nadal naiwnie wydaje mi się, że inni też powinni tak postępować. Ale gdzie tam.

Wyznaczenie mi zabiegów na siódmą rano uznałam za zamach na mój dobrostan (z natury jestem "sową"). I to "głupstwo"  zaważyło na moim odbiorze tego pobytu. Nie po to wybrałam sobie 9.00, jako godzinę śniadania, żeby zrywać się na siódmą na zabiegi (i bardzo szybko, z powodu wysokiego ciśnienia znalazłam sie u lekarki i miałam od nowa zaplanowane wszystkie zabiegi). Potem okazało się, że wszystko można odkręcić. Nawet niechciane, czy nietrafione zabiegi (które mnie uczulały, a z powodu różnych dolegliwości byłam 6 razy u czterech lekarek w ciągu 3 tygodni, mój absolutny rekord; tu w domu nie byłam u rodzinnej od 4 lat).

Ale dość marudzenia. Po prostu miałam pecha. Trafiłam nad morze w lutym. Na 3 tygodnie. Na sztorm, na wichurę, na deszcze. Nie była to kolonia karna, ale momentami miałam takie wrażenie. I znów, brak doświadczenia spowodował, że nie wiedziałam, że mogę ten przydział reklamować. Bo w papierach z NFZ "szantażowano" mnie, że mam brać, co dają albo spadam na koniec kolejki. I po co tak kłamać i straszyć? Ludzie reklamują pobyty nawet po dwa razy i dostają przydziały, które im pasują. Ale to trzeba wiedzieć. A ja poprzedni raz (drugi) byłam w sanatorium 18 lat temu! W czerwcu. W Inowrocławiu. I to był świetny pobyt. Podobno niedługo kuracjusze sami będą wybierać sanatoria, może będzie większa konkurencyjność i więcej zadowolonych kuracjuszy?

Tym razem pojechałam do sanatorium niejako dla towarzystwa, żeby Mój nie trafił na jakiegoś współlokatora chrapiącego i kwękającego. I co prawda nie chrapiemy oboje, ale marudzącą i niezdrową współlokatorkę miał Mój przez cały pobyt. Anielskiej cierpliwości człowiek! Ale gdyby nie on i jego zabiegi, to wróciłabym do domu znacznie wcześniej.

A poza sanatorium nie było wprawdzie jakoś super ciekawie, ale zobaczyłam parę nowych i parę "odnowionych" miejsc. 


Kutry zimują na plaży (wieje i mży).

Nad morze wyszłam tylko parę razy, bo nie lubię, kiedy wiatr mnie przewraca i urywa głowę.


Zdarzył się też taki piękny dzień.

W taki dzień Mój puszczał latawca.

Kiedy jeszcze chciało mi się chodzić dotarliśmy nad jezioro Bukowo.

Przy pomoście, przy plaży łabędzia rodzina - rodzice i czwórka szarodziobych, prawie już białych podrostków. I mnóstwo krzyżówek.

Z sanatorium robiliśmy wycieczki. Niezbyt odległe, bo czasu nie było. Do obiadu były zabiegi (czasem i 5),  także w soboty, a po obiedzie szybko zapadał zmierzch. W niedziele odwiedziliśmy Ustkę ( którą "zaliczyłam" przeszło 50 lat temu, gdy byłam z rodzicami na wakacjach pod Koszalinem). Przyjemne miasteczko. I nawet kilka czynnych kawiarni ;)


Miasto i gmina Ustka promują się jako Kraina w Kratkę. Mogłoby być takich domków więcej, sympatyczne.


Latarnia morska w Ustce, kolejna z latarni nad Bałtykiem, którą zobaczyłam z bliska. Powstała w 1871 roku, ma 19,5 m wysokości.



Tu przy ujściu kanału portowego zaczyna się ustecka plaża.

W następną niedzielę, mimo deszczu, pojechaliśmy do Koszalina. Prawie cała historyczna część miasta (przedwojenne śródmieście) po wojnie przestała istnieć. Jak mówi znajoma z tamtych okolic: "najmniej ciekawe z pomorskich miast"). I coś w tym jest, chociaż, jak wyczytałam, całe Stare Miasto jest wpisane do rejestru zabytków (trudno je wypatrzeć w sieci nieciekawych domów z czasów PRL). Próbuję w każdym miejscu znaleźć coś ciekawego .


I na pewno taką ciekawostką, perełką, jest dawny Pałac Młynarza, z XIX w., obecnie Muzeum w Koszalinie (to oficjalna nazwa). Piękny budynek. A w środku ciekawe zbiory - zabytkowe meble, w salach z epoki, numizmaty i część etnograficzna (chałupy przeniesione z okolicznych wsi nadmorskich) i archeologiczna.


To też perła Koszalina, gotycka katedra z początku XIV wieku. Solidnie ją zbudowano przed wiekami, nie rozsypała się, jak większość domów Starego Miasta.

Do zabytków należą też średniowieczne mury miejskie. Tu przy ciekawym budynku współczesnym.


A taka pamiątka pozostała po "zgrzebnych" czasach PRL. Ratusz  - jeszcze trochę i też będzie zabytkiem, ma już przeszło 50 lat ;) Aż nie do wiary, że to miasto liczy sobie prawie 900 lat!

Po drodze do Koszalina mijaliśmy "świadków" długiej historii tych ziem.

Gotycki kościół z XIV wieku we wsi Iwięcino. W koszalińskim Muzeum przeczytałam, że twórcą rzeźb w ołtarzu głównym  (gotyckim) koszalińskiej katedry był mistrz z Iwięcina. O kościele w Iwięcinie piszą, że jest najstarszy i najpiękniejszym kościołem "położonym na terenie dawnego dominium klasztoru cystersów w Bukowie Morskim. Należy do unikalnej, charakterystycznej dla Pomorza Zachodniego grupy75 gotyckich kościołów wiejskich, usytuowanych w pasie nadmorskim o szerokości ok. 40 km."

Jeszcze dwa z tej grupy udało mi się zobaczyć. Stoją te kościoły przy drodze i widać, jakie są stare. Mam wielki sentyment do zabytkowych budowli. Koniecznie chciałam je zachować w pamięci (choćby w pamięci smartfona ;) ).

We wspomnianym wyżej Bukowie Morskim, nad jeziorem Bukowo (oczywiście) znajduje się kolejny zabytkowy, gotycki kościółek z przełomu XIII i XIV ww. . Należał do założonego w połowie XIII wieku w Bukowie klasztoru cystersów. Obecnie jest to siedziba parafii polskokatolickiej.


A przy kościele wiekowa, ogromna lipa - pomnik przyrody, o obwodzie pnia 582 cm (130 cm nad ziemią).



I kolejny gotycki kościół niedaleko Koszalina - w Suchej Koszalińskiej. "Najmłodszy" z tej listy powstał na przełomie XIV i XV ww.  Wraz z wyposażeniem wnętrza jest, co oczywiste, obiektem zabytkowym. 

W któryś dzień, nie mogąc już dłużej wytrzymać monotonii i nijakości sanatoryjnej kuchni, stęskniona  czegoś smacznego, tłustego i niezdrowego, namówiłam Mojego na wycieczkę do Doliny Charlotty. Często widziałam reklamy imprez masowych w "Dolinie Charlotty" i nie potrafiłam znaleźć na mapie tej doliny, w której występują międzynarodowe gwiazdy rocka. A okazuje się, że jest to wielki hotel (w miejscowości Strzelinko pod Słupskiem), z rozległym parkiem i różnymi atrakcjami w tym parku (stawy, minizoo). Natomiast koncerty odbywają się w wielkim amfiteatrze (na 10 tys. widzów) w pobliżu hotelu. 

Wyżywienie całodzienne mieliśmy w sanatorium.  Nudne, ale w wystarczającej ilości. A ja zatęskniłam za jakimś wyjątkowym deserem. I w restauracji hotelu "Dolina Charlotty" zjadłam rzeczywiście coś wyjątkowo smacznego. Był to fondant czekoladowy ze śliwką (w środku) z bitą śmietaną, kulką lodów,  owocami i musem malinowym. 


Prawdziwa przyjemność dla kubków smakowych.

Może, gdy już wykuruję chore gardło (co to za opieka sanatoryjna, jeśli jedzie się zdrowym, a wraca się z chorobą do domu), to pozostaną w pamięci te dobre wspomnienia. Ale wiem na pewno - nie nadaję się do sanatoriów w zimie (a może i w innych porach roku). Zostawię sanatoria osobom, które je lubią i którym one pomagają. A ja zostanę przy swoich krótkich wyjazdach ;)


sobota, 21 stycznia 2023

Na całej połaci śnieg

 

"Moje" pole dziś w południe.

Cóż takiego śnieg? Pod Poznaniem, to coś bardzo rzadkiego. Pojawia się w zimie na jeden dzień, czasem na 2-3, rzadko na dłużej. I to pojawia się 2-3 razy w ciągu tych paru miesięcy zimowych ( w zeszłym roku mieliśmy śnieg właśnie przez dwa dni w ciągu całej zimy).

Gdy "całą" Polskę zasypywały tony śniegu w początkach grudnia i przez tydzień trzymał siarczysty mróz,  u nas mróz, owszem był, ale śniegu, jak na lekarstwo, jakby ktoś posypał solą i tyle.

Dziś od rana zawieja, śnieżna zadymka, śniegowe wiry i zasłony, od północnej strony atakowały wszystko na swojej drodze. Sypał ten śnieg i nie przestawał. Szaro, cicho, dobrze się spało ;)

A ja musiałam wyjść z domu. Nie odebrałam paczki z paczkomatu i bałam się, że mi ją usuną, jeśli nie odbiorę na czas. Poczekałam, aż największa zawierucha się uspokoi, ubrałam się na cebulkę i poszłam. Taki spacer, to podobno dla zdrowia. jedyne 1,5 km w obie strony. No, nie wiem. Z wiatrem nawet było dość ciekawie, wioska widziana z nowej, "białej" perspektywy.


Zasypany skwer z "księżym" stawkiem w środku wsi. Tuż obok kościółka.


A kościół, jak ze starej fotografii (śnieg ciągle sypał, jak widzicie).
Kościół pw. Matki Boskiej Wniebowziętej jest drugim kościołem w tej,  jednej z najstarszych parafii diecezji poznańskiej. Pierwszy powstał pod koniec XI wieku! Obecny, drewniany, został zbudowany w 1743 roku. Barokowy wystrój, rokokowe rzeźby przetrwały w nienaruszonym stanie od tamtych czasów. To duma wsi!
Paczkę odebrałam, przy sklepie w środku wsi. Po drodze zauważyłam, że tylko przy szkole śnieg zgarnięto z chodnika, no i przy plebanii, a mieszkańcy prywatnych domów czekali pewnie, aż śnieg przestanie sypać. Zresztą zaczęła się odwilż (+1). Ale w nocy znów przymrozi, więc nie wiadomo, jak będzie wyglądać świat (a zwłaszcza drogi) jutro. Na szczęście nigdzie się nie wybieram.

Przez okoliczne pola przekopano kiedyś rowy melioracyjne. Jeden z nich jest tuż na skraju pola, przy sąsiedzkim płocie. Zwykle jest w nim niewiele wody, latem bywało, że wysychał. Dziś wody było sporo, a na powierzchni cieniutka warstwa lodu.

Wycięto sporo nadbrzeżnych krzaków. Wiosną pływają po rowku  kaczki krzyżówki (wtedy też jest sporo wody), a jesienią sąsiad zauważył nad rowkiem bobra ( jego ogród przylega do rowu). Ja zwierza nie miałam okazji tutaj  zobaczyć, ale wiosną widziałam przycięte przy samej ziemi gałęzie młodej, krzaczastej wierzby i jesion nad wodą, na wysokości około metra nad ziemią, obgryziony dookoła, bardzo charakterystycznie, przez bobra. Co one tu szukają wśród pól, z dala od większych zbiorników wodnych?
I jeszcze widok na mój ogród. Rzadko mam okazję podziwiać zimę na swojej (prywatnej) wsi.:)


Jaki widok zastanę w kolejnych dniach? Oto niewiadoma :)

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Poświątecznie

 Minęły Święta Bożego Narodzenia, minął Nowy Rok, nawet Święto Trzech Króli za nami. Rok 2023  naprawdę się zaczął.


To nasza choinka tegoroczna,  czubek jodełki z ogrodu. Reszta drzewka będzie rosła nadal.

Święta miałam intensywne, gościłam rodzinę, chciałam wszystko perfekcyjnie przygotować. Tak, jak moja mama swego czasu, gdy jeszcze nie mieliśmy, młodzi małżonkowie z małymi dziećmi, miejsca na rodzinną, dużą Wigilię. Potem, gdy już miałam duże mieszkanie w Poznaniu, wszystkie Wigilie odbywały się u mnie, u nas. Z moimi  rodzicami i dziećmi. W tym roku, po latach żałoby, pandemii znów miałam dużą Wigilię, na 10 osób. 

A potem dwa dni Świąt z gośćmi i dopiero po Świętach my gościliśmy się u przyjaciół. Także w Nowy Rok. 

Nie wiem, czy za rok będę mieć jeszcze siłę, żeby wszystko ogarnąć, upiec, ugotować , ugościć. To było tym razem bardzo duże wyzwanie, bardzo męczące. Ale też spotkania rodzinne i w gronie przyjaciół dały mi dużo radości.

Lubię piec (gotować trochę mniej), bo lubię słodkie wypieki . A na Gwiazdkę tradycyjnie piekę co roku pierniki i pierniczki. Na szczęście są to ciasta, które można upiec wcześniej, nie na ostatnią chwilę. a robię taki piernik "staropolski" z ciasta leżakującego nie mniej niż 3 tygodnie. Także ciasto na pierniczki leżakuje. Robię też piernik na bazie miodownika, z nadzieniem z orzechami włoskimi. To mogę zrobić wcześniej.


Pierniczki orzechowe.


I te z leżakującego ciasta, według przepisu mojej przyjaciółki, pieczone od chyba 30 lat albo dłużej.


A to mój świąteczny "słodki stół". W Wigilię nie robiłam zdjęć, nie miałam głowy, a w I Święto "ocknęłam się" dopiero przy słodkim. Chociaż taka pamiątka.

 Także kulebiaki z mięsem zrobiłam w tym roku wcześniej i zamroziłam. Te z kapustą upiekłam w piątek przed Wigilią. Wszyscy moi Chłopcy czekają na kulebiaki, a potem powtarzają stare powiedzonko z dzieciństwa : "nie jedz tego, to jest niedobre", mówione w nadziei, że dla nich więcej zostanie.


Nie są zbyt urodziwe, ale smaczne i wszyscy na nie czekają.

Akurat na Święta zakwitło mi hipeastrum, zwane popularnie amarylisem. Czerwone. "Docelowo" miało sześć kwiatów na jednej łodydze, a na drugiej jeszcze pięć. Te pięć kwitnie mi teraz. 


Za czerwonym widać drugą łodygę z pąkiem. To biały amarylis.


Ten piękny zakwitł na Sylwestra.

I tyle u mnie. 

Życzę wszystkim w Nowym 2023 Roku samych dobrych, słonecznych dni, dużo zdrowia, szczęścia, miłości, a światu i ludziom życzę pokoju!