I czy to w ogóle można nazwać miastem? Przy głównej drodze wzdłuż wybrzeża - kilka kafejek, barów, pizzerii. Nic ciekawego.
Ale hotel leżał nieco na uboczu. Nad samym morzem. Miał piękny duży ogród i niedawno otwarty "aguapark", jak mówią Hiszpanie.
To widok z zewnętrznej windy na ogród i morze. Od Atlantyku oddzielał nas pas łachy piaskowej, ale przypływy i odpływy działały tu jak na odkrytym morzu.
W pakiecie hotelowym mieliśmy śniadania i do wyboru obiady lub kolacje. To bardzo wygodne rozwiązanie, bo nie lubię objadać się przed snem, a z drugiej strony nie musieliśmy się spieszyć na obiad , będąc na dalszej wycieczce (wydawali do 16.00) i mogliśmy zjeść wtedy dopiero kolację (od 19.30).
A te dwa posiłki niczym sie od siebie nie różniły. Zawsze był to bufet, z wyborem najróżniejszych dań, potraw, dodatków, jarzyn, owoców, deserów i ciast. Dla mnie uczta. Uwielbiam taki rodzaj serwowania. Bo mam możliwość spróbowania po troszku wielu różnych potraw.
Taki sobie przykładowy zestawik, codziennie inny ;)
Nie dość, że to wszystko zjadłam, to jeszcze wzięłam deser! A co tam, raz się żyje :)
To hol wejściowy,
A to nasz dwuosobowy pokój (4 osoby też by się wyspały).
Po tym hedonizmie trochę natury, historii, kultury:
Hotelowa plaża, pusta w południe, w oddali marina. Piasek tutaj akurat dość gruby, żwir, ale w innych miejscach miałki i jasny.
Bardziej na południe, plaże bardzo szerokie, piaszczyste, a przed nami odkryty Atlantyk.
Ostre liście jakiejś odmiany mikołajka nadmorskiego, bardzo ich tam dużo (chyba nie jest chroniony, jak u nas).
Robiliśmy wycieczki wzdłuż wybrzeża, podziwiając egzotyczną florę i poznając okoliczne miejscowości (których wcale nie ma tam zbyt wiele).
Stara wioska rybacka - El Rompido (5 km od hotelu).
Przystań rybacka, plaża.
Teraz kolejne osiedle domów dla letników i nowy ośrodek wypoczynkowy.
Tu widok na centrum handlowe, w małych domkach krytych trzcina, eleganckie butiki, obok kawiarenki, restauracje pod parasolami. W tle stara latarnia morska.
Żeby zobaczyć kolejne "coś nowego" wyskoczyliśmy do Portugalii. Do granicy, do Algarve mieliśmy 35 km. Ale w Algarve już byliśmy (cudowne miejsca), chciałam teraz zobaczyć dolinę rzeki Guadiana, w swym dolnym biegu rzeki granicznej (z Hiszpanią). Jest tam park narodowy, byłam go ciekawa. No i oczywiście zupełnie rozminęły się moje wyobrażenia, oczekiwania z rzeczywistością. Jechaliśmy i jechaliśmy przez spalony słońcem kraj, nie dojeżdżając do rzeki, nawet jej nie widząc (jechaliśmy na północ, przez Hiszpanię). Po obu stronach szosy jakieś nieużytki, wzniesienia, czasem las piniowy, żadnych osiedli ludzkich.
A to właśnie ten park narodowy! Rozległy.
Dojechaliśmy do miasteczka Mertola. Jest tu pierwszy most po portugalskiej stronie na rzece Guadiana (na południu, przy ujściu rzeki jest most graniczny portugalsko - hiszpański).
Bardzo wysoki. Widok od strony miasteczka.
A to widok w druga stronę.
Zeszliśmy nad samą wodę. Mój musi sprawdzić każdą wodę pod kątem ryb (wędkarz). I były ryby w Guadianie, widzieliśmy 2 rodzaje. :)
A nad wodą, jak w Polsce, dzikie irysy.
Mertola, to małe, senne miasteczko w rejonie Alentejo, liczy zaledwie nieco ponad 7 tys. mieszkańców. Jednak historia miasta sięga czasów fenickich i rzymskich, czyli przeszło 2 tysiące lat.
Z czasów arabskich pochodzi kościółek, który pierwotnie był meczetem (przerobiony na kościół po odbiciu miasta z rąk Maurów (Arabów) w 1238 roku przez rycerzy Św. Jakuba. Widać go na tle ruin zamku - taka biała budowla z wieżyczkami. O tym, że to tak cenny zabytek dowiedziałam się już po wizycie w miasteczku. Z resztą było tak gorąco, że nie miałam siły i ochoty drapać się stromymi uliczkami pod górę w pełnym słońcu. Zamek góruje nad całą doliną, widać go z każdej strony miasteczka. Podzamcze otaczają do dziś mury miejskie.
Widać te stare mury i kościółek. Na pierwszym planie oleander. Całe ich szpalery kwitły właśnie wzdłuż autostrad (na tym pasie rozdzielającym dwa pasy ruchu).
To inny most nad dopływem Guadiany i zamek od tyłu.
A to widok z tego mostu na rzekę w dole (to nadal park narodowy)..
Mapa okolicy. Bardzo lubię mapy. Nawigacja, to za mało, nie pokazuje okolicy. To jak patrzenie na świat przez dziurkę od klucza.
I jeszcze ta bujność przyrody. Wszędzie przepiękne bugenwilie.
A także wszechobecne jakarandy, drzewa rejonów tropikalnych.
Oczywiście musieliśmy wypić kawkę w jednej z kilku restauracyjek, z widokiem na rzekę. Portugalska kawa, jak zawsze, wyśmienita! Uwielbiam Portugalię :) (i nie tylko za kawę) ;)
Opuszczamy miasteczko i jedziemy wzdłuż Guadiany do ujścia, po portugalskiej stronie, do mostu granicznego w Vila Real.
Na pożegnanie rzut oka na zamek. Pod zamkiem gaj oliwny.
Z punktu widokowego - majestatyczna Guadiana :) Druga strona rzeki, to już Hiszpania.
Jeszcze raz zaproszę was do Andaluzji. Ale na dziś wystarczy ;) Do następnego c.d. :)
















