Tak dzisiaj ciemno i "smętnie" . Wczoraj jeszcze pełne słońce i upał, a dziś pada, kropi, mży od rana. I chłodniej. To jest obiektywnie bardzo pożądany stan, ale subiektywnie nie lubię jesiennej szarówki w lecie. Od razu nastrój mi siada.
Wyszłam przed dom sprawdzić, czy jeszcze moczy. I wpadła mi w oko moja jarzębina i jej pomarańczowe korale. No, bo moja jarzębina nie jest czerwona, krwista, tylko pomarańczowa. Gdy zaczęliśmy porządkować teren przed domem, już po postawieniu domu, tatuś przywiózł mi małą jarzębinkę. Samosiewka, która zasiała się i podrosła w taty ogrodzie. Tato nie wyrywał, nie wyrzucał samosiewek. Starał się je "zagospodarować", na pasie wspólnym przed jego ogrodem rosły brzozy, sosny, wierzba, lipy, nawet małe dąbczaki, które wyrosły nieproszone w taty ogrodzie. A mnie takim sposobem dostał się wiąz (moje i rodzinne celtyckie drzewko), lipa, czereśnia (która nie bardzo chciała rosnąć u taty) i właśnie jarzębina. Przez kilka lat rosła i dojrzewała. A gdy w końcu zakwitła i wydała owoce, to okazały się pomarańczowe, nie czerwone. Tatuś posadził jarzębinkę przy furtce, nie bacząc na to, że obok rośnie cis (zresztą też od taty), a drugi symetrycznie po drugiej stronie furtki.
I tak do tej pory cis "przepycha się" z jarzębiną. Przycinamy i cisa (w ostrosłup) i jarzębinę (tę raczej na wysokość) i jakoś sobie koegzystują. Nie chciałam jarzębinki ruszać, bo po 1) posadził ją tato, a po 2) dowiedziałam się od rodzimowiercy (wyznawcy dawnych wierzeń słowiańskich), że jarzębina przy wejściu do domu, obejścia, to dobra wróżba, to szczęście i pomyślność tego domu :) Jakbym mogła tę pomyślność i szczęście zlekceważyć?
Zwykle, gdy patrzę na pomarańczowe korale, to sobie w duchu marudzę "czy nie mogłaś być czerwona, jak wszystkie spotykane po drodze jarzębiny?" Ale dziś, w ten "zgniły" dzień pomarańczowe korale "zabłysły", jak korale z "ruskiego" złota😊 I chyba pierwszy raz popatrzyłam na moją jarzębinę z zadowoleniem. Taka zielona, okazała i ma wyjątkowo dużo korali. Ładna.😊

A dzień, jak co dzień. Tyle, że zwykle o wiele więcej czasu spędzam w ogrodzie. Wczoraj na przykład zrywałam fasolę i porządkowałam kwiaty na zagonkach kwiatowych (no trudno to nazwać klombami, rosną byliny i trwa, bez planu i porządku, coś z tym muszę zrobić, tylko kiedy?). Korzystając z wczorajszej gorącej pogody wyprałam i powiesiłam na dworze pranie (a potem zdjęłam i poskładałam, nie znoszę prasować, jeśli nie jest to niezbędne). Oczywiście, jak co dzień zjedliśmy z Moim "południk" z kawką i lodami + borówkami (uwielbiam borówki, szczególnie takie wielkie). Tym razem siedzieliśmy sobie w cieniu lipy na ławce. Na tarasie, mimo zacieniającej rolety, było za gorąco (taras od południa).
Pojechałam też do biblioteki do miasteczka. Dostałam mail, że mam do odebrania zamówioną książkę (moje ostatnie odkrycie Ruth Ware, angielska pisarka kryminałów i thrillerów, świetnie sie czyta). Początkowo, jakieś 12 lat temu, z pewnym sceptycyzmem podchodziłam do małej gminnej biblioteki i jej zbiorów (wtedy brali ode mnie wszystkie książki, które im przynosiłam). W Poznaniu chodziłam do szacownej Biblioteki Miejskiej im. Edwarda Raczyńskiego (oczywiście korzystałam z osiedlowej filii). Okazało się, że moja gminna biblioteka im. Kazimiery Iłłakowiczówny bardzo się rozwinęła przez te kilkanaście lat, a ja stałam sie jedną z najwierniejszych czytelniczek. Bardzo często jestem pierwszą czytelniczką nowo zakupionych kryminałów😉 I "testuję" czyściutką, pachnąca drukiem książkę.
To nie najnowsza książka (z 2022r). Rekomendacji Anny Kańtoch mogę zaufać "w ciemno", cenię tę pisarkę.
A na razie przeczytałam "Kobietę z kabiny dziesiątej" i "Śmierć pani Westaway". I teraz czekam niecierpliwie na każdą kolejną książkę tej autorki (są "w czytaniu")
Po powrocie do domu musiałam się zająć obiadem, jak co dzień. Czasem mam na to ochotę, czasem zupełnie nie. Wczoraj było ciekawie. Resztę jambalayi z poprzedniego dnia potraktowaliśmy jak przystawkę. Miałam trochę więcej czasu, żeby przygotować "coś innego". Na życzenie Mojego zrobiłam tartę, a raczej quiche z cebulą. Tylko zapomniałam, że nie lubię gryźć cebuli, nawet takiej duszonej, jak w quiche. Dawno nie robiłam tego dania. Wcześniej rozdrabniałam cebulę w takim ręcznym "mikserze", żeby nie czuć kawałków cebuli. Wczoraj o tym zapomniałam i miałam problem . Ale to był mój problem, Mój był bardzo zadowolony 😁 (zdjęcia nie ma, bo za późno się zorientowałam, że mogłam pstryknąć fotkę)
Dziś od rana byłam w Dino, moim ulubionym markecie (odkąd mieszkam na wsi). Do najbliższego mam 4,5 km, do dalszych, do których lubię jeździć 6 i 8km (w różne strony). Jak nałogowiec uzupełniłam zapas borówki amerykańskiej (póki jest świeża polska i taka duża) i zapas mleka bez laktozy (gdy go używam nie muszę słodzić kawy).
Po powrocie zajęłam się dżemem z mirabelek. Wczoraj Mój zagotował i przetarł mirabelki (takie ciemnobordowe), a dziś ja je dosłodziłam (mnóstwo cukru, żeby dało się zjeść, nie lubię zbyt kwaśnego dżemu) i włożyłam do słoików. I jeszcze pasteryzowałam.
Z ok 7 kg owoców jest kilka słoików. Następne owoce już czekają na zebranie i usmażenie (dobrze, że nie muszę sama robić wszystkiego).
Potem zajęłam się przygotowaniem obiadu. Dziś klasyka jakby niedzielna 😋 Był rosół z kurczaka i schabowe z ziemniaczkami z koperkiem i nasza fasolka szparagowa, a na koniec jeszcze kompot z mirabelek (przy okazji jeszcze trochę tych śliwek zużyłam).I dopiero po obiedzie mogłam sobie poczytać. Taka malutka prasówka: poczytałam parę zaległych tekstów z ostatniej "Angory", rozwiązałam krzyżówkę (tę łatwiejszą), potem przeczytałam kilka ciekawych artykułów z Psychologii (Newsweek). Tytuł numeru "Kim jest współczesny mężczyzna". Ciekawy temat. Lubię od czasu do czasu poczytać jakie problemy nurtują ludzi. Psycholodzy prowadzą badania, prowadzą psychoterapię, czytam wizytówki autorów, specjalistów swoich dziedzin badawczych. I często nie rozumiem, czym oni się zajmują. Czemu te specjalności muszą (czasem) tak mądrze brzmieć (co to znaczy trener w odniesieniu do psychologa czy psychoterapeuty, co to coach i czemu po angielsku, terapeuta EMDR czy EFT, focusing. kto to facylitatorka?). Zauważyłam , że im kto ma wyższy stopień naukowy, tym prościej się przedstawia. Bo rozumiem, że te wizytówki, to każdy autor sam napisał o sobie? Czytam sobie o problemach innych i zapewne to dobrze, że są ludzie, którzy potrafią pomóc potrzebującym tej pomocy. Ale chyba trzeba mieć dużo kasy, żeby z takich treningów, warsztatów, porad skorzystać. No i na pewno trzeba mieć wiarę w to, że ta pomoc pomoże (inna sprawa, to pomoc dzieciom zagrożonym wszelkiego rodzaju przemocą, darmowa mam nadzieję). Ale zostawmy psychologię specjalistom (i potrzebującym).
Nie codziennie, ale często jeżdżę do Poznania pociągami. Na krótkiej trasie naszymi miejscowymi "Kolejami". Jestem zawsze mile zaskoczona i czystością wagonów i uprzejmą obsługą konduktorską (kupić bilet w pociągu, żaden problem i bez dodatkowej opłaty). Konduktorzy i konduktorki są grzeczni, pomocni i wręcz bywa, że wychodzą poza swoje obowiązki. Wnuk jadąc do mnie zostawił w takim pociągu list (opłacona przesyłka ) dla mnie. Był tam oprócz adresu także mój nr telefonu. Konduktor zadzwonił do mnie, że znalazł mój list i że mi go przywiezie do Poznania (tam był jeszcze mój poznański adres) w drodze powrotnej ze stacji końcowej. Podał godzinę. Akurat byłam w Poznaniu, ale nie mogłam tak długo czekać na powrót pociągu. Wróciłam do domu na wsi. List pojechał do Poznania, a potem, po moim telefonie albo dwóch telefonach, z powrotem zrobił trasę przez moje miasteczko i w końcu odebrałam go na mojej stacji od kierownika pociągu. Byłam wdzięczna i pełna podziwu, że kilka osób zadało sobie trud, żeby mi ten list doręczyć (a tam był jedynie zamówiony kalendarz).
I tak sobie spokojnie żyję z dnia na dzień. O tym, że nie mogę nic planować, bo każdej chwili może do nas wjechać syn z wnusiem i będziemy z Moim mieć całodniowe "zajęcie" ( które co prawda osłabia , ale które uwielbiamy i wnuś też), o tym napiszę innym razem (być może) .😉