czwartek, 15 listopada 2018

Marzenia?

Moja przyjaciółka wróciła niedawno z wyprawy do Peru. I skonstatowała, że właśnie spełniła ostatnie z trzech swoich wielkich marzeń: zobaczyła Andy i dziedzictwo Inków. Wcześniej weszła na Kilimandżaro i zobaczyła z bliska Himalaje! Zapożyczyła się, ale dopięła celu.
Czy macie takie marzenia, które wydają się nie do ziszczenia, a jednak o nich marzycie? Czy udało się zrealizować takie "nieziszczalne" marzenia? Czy przesadą jest powiedzenie: "uważaj o czym marzysz"? I czy wierzycie, że jak się o czymś wystarczająco silnie marzy, to się spełni?  I czy, i jak "pomagać" marzeniom w ich spełnieniu?
Ja miałam jedno takie podróżnicze marzenie: przejść się po ciepłym piasku brzegiem ciepłego morza, pod palmami, gdzieś na drugiej półkuli. I nie narzekam, spełniłam je, chociaż palm na plaży akurat nie było, więc mogę marudzić, że tak nie do końca spełniłam. I okazało się, że mój organizm źle znosi tropikalne temperatury, że tropiki mnie męczą, są nie dla mnie. Ja chyba nie lubię marzyć o "gwiazdce z nieba", o czymś, co nie miałoby nigdy szans na realizację (może zamiast marzyć ja planuję?). Zawsze lubiłam być zaskakiwana przez miłe niespodzianki albo dawałam się nieść prądowi, nie walcząc, nie dobijając się o więcej. Bo widocznie nie umiem marzyć mocno i wytrwale. Taki charakter. Więc jest, jak jest. Ale zupełnie nie żałuję, że jestem teraz kurą domową. Tak mi pasuje, na uboczu.I przecież mam w końcu prawo do odpoczynku po czynnym i (w miarę) intensywnym życiu. Ostatnio nie mam marzeń, nie wybiegam myślami za daleko do przodu. Tak asekurancko. Bo bardzo, ale to bardzo nie lubię rozczarowań. Może jestem zbyt racjonalna, żadnego romantyzmu. Szara codzienność z elementami koloru (w liceum popełniłam parę wierszy, w jednym z nich wymyśliłam "szare płótno codzienności" ze "złotymi nićmi"  dni niezwykłych). Więc nie marzę o niczym szczególnym ( i tylko "marzyłoby mi się" zobaczyć wodospady Islandii, Argentyny, Nowej Zelandii i jakąś tropikalną wyspę z palmami, jednak, gdyby się jaki cud zdarzył). I tylko czas się kurczy, sił ubywa (o pieniądzach nie wspominając). Więc nie marzę, bo niczego mi nie brakuje (a marzenia senne mam kolorowe i fabularne, jak filmy). I obyśmy tylko zdrowi byli.
A na poprawę jesiennego nastroju - ostatni tegoroczny bukiecik ogródkowy.

czwartek, 8 listopada 2018

Małą butelka wody mineralnej

Czy mała butelka wody mineralnej może rozczulić? A przywołać miłe sercu wspomnienia?


Właśnie ta mała butelka (330 ml) wywołała u mnie te uczucia. Najpierw ucieszyło mnie, że woda nosi moje imię :) A zaraz potem pojawiło się wspomnienie.
Znałam kiedyś wodę mineralną "Hanka" i koniecznie musiałam sprawdzić, czy ta Hanna ma coś wspólnego z tamtą Hanką. Minęło już przeszło 30 lat od czasu, kiedy ostatni raz piłam wodę Hanka. Było to w gorczańskiej wsi Szczawa, gdzie przy drodze na Gorc od "zawsze' wypływało źródło z dość paskudną w smaku wodą. Wszyscy miejscowi wiedzieli, że to źródełko zdrowej wody, a woda wypływała sobie spomiędzy kamieni, barwiąc je na brunatny kolor i przepłynąwszy przez drogę wpadała do pobliskiego potoku. Tak było za mojego dzieciństwa, bo właśnie w Szczawie spędzałam kilka lat pod rząd beztroskie wakacje w jednej z dwóch izb wiejskiej chałupy. Ostatnie wakacje dzieciństwa spędziłam tam mając 9 lat. Cudowna swoboda, żadnych zagrożeń, miejscowe koleżanki, świeże powietrze, miejscowe zdrowe jedzenie, po prostu wakacje marzeń. I spacery po okolicy i piesze  wycieczki z rodzicami, no i ta woda ze źródła, taka zdrowa, ponoć, chociaż w smaku nie bardzo (jak dla dziecka). Więc teraz rozumiecie, że gdy zobaczyłam wodę leczniczą Hanna, musiałam sprawdzić, czy moje przypuszczenia są słuszne (z jakiegoś powodu wiedziałam od razu, że to jest "ta" woda, to pewnie ta moja intuicja). Poprosiła o wodę i przeczytałam dokładnie, co jest napisane na etykiecie. Bo to jest taka "seria" wód leczniczych w takich samych butelkach: Polskie Wody Lecznicze. Były tam wody z Krynicy, z Muszyny, z Nałęczowa. Ale tylko Hanna przykuła moją uwagę. A na etykiecie :Producent "Polskie Wody Lecznicze" Sp.z o.o. Nowy Sącz, a poniżej , a jakże 
Rozlewnia Wód Mineralnych w Szczawie! I wszystko jasne :) "Moja" woda, moja Szczawa, moje cudowne dzieciństwo - tak mi się to połączyło w ciąg skojarzeń. I ucieszyłam się, że działa ta rozlewnia nieprzerwanie od co najmniej 32 lat, bo wtedy byłam tam na wakacjach z moimi dziećmi i zachodziliśmy do sklepiku przy rozlewni, gdzie można było się napić zdrowotnej wody z kranu bezpłatnie (ale trzeba było mieć swoją szklankę, lata 80-te, czas niedoborów) i gdzie można było kupić wodę Hanka w szklanych butelkach 0,5 l. Za jakieś grosze (bo źródło pomiędzy kamieniami w międzyczasie "zabetonowano").
A teraz? Za plastikową butelkę 330 ml zapłaciłam przeszło 4 zł. Zapłaciłabym i więcej. Wszak wspomnienia są bezcenne, a smak dzieciństwa, nawet ten "paskudny" nie ma ceny. A do tego to jest naprawdę niezwykła woda i wręcz nie należy jej pić, jak wody, a jak lekarstwo. Korzystnie działa przy anemii (2,4 mg/l żelaza), wspomaga pracę wątroby, pomaga w chorobach dróg moczowych, w zaburzeniach przemiany materii. Ma aż 7332 mg/l rozpuszczalnych składników mineralnych (gdy np. Jurajska naturalna woda mineralna ma zaledwie 515 mg/l). W jej składzie są kationy : sodowy, wapniowy, potasowy, magnezowy, litowy i żelazowy i aniony :wodoroweglanowy (naturalnie gazowana), chlorkowy, siarczanowy (stąd ten niezbyt przyjemny smak i zapach) i jodkowy.
I jeszcze tak mi sie skojarzyło: dawniej , całkiem dawno temu ludzie też swój rozum mieli. Bo niby dlaczego miejscowość od kilku wieków zwie się Szczawą? Ta woda lecznicza Hanna, to właśnie według opisu "szczawa  wodorowęglowo-chlorkowo-sodowa, jodkowa".

wtorek, 6 listopada 2018

Jeszcze Złota Jesień

"Унылая пора, очей очарованье" -"Melancholijne dni, oczarowanie oczu", jak pisał Puszkin w cyklu poematów "Jesień". Dziś właśnie jest tak pięknie! Weszliśmy już w listopad, a pogoda, jak w początkach października, słonecznie, ciepło. Dni co prawda krótkie, słońce nisko nad horyzontem kładzie długie cienie, ale aż chce się żyć :) Wykopałam część letnich kwiatów, które przed zimą wykopać trzeba: cebule galtonii i gladioli, kłącza kanny, bulwy dalii, w te miejsca posadziłam cebule tulipanów, przesadziłam piwonie. Ale żal mi wykopywać kanny i dalie w innym miejscu, gdzie jeszcze bujnie rosną i kwitną (ledwo, ledwo, ale nadal). Zadziwiam się ilością liści na drzewach, chyba rekordowo długo nie ma silniejszych przymrozków i liści nadal dużo, jak na listopad. Chodzę po tym moim gospodarstwie "leniwego ogrodnika" i cieszy mnie ten widok. Trzeba na siatkówkę złapać jak najwięcej słońca, światła, przed szarugą. Słoneczne światło, to dobry nastrój - szaruga, to spadek nastroju, chandra.


Czereśnie już złote i przerzedzone, ale lipa za nimi jeszcze całkiem "krzepka" :)



Nawet moja stareńka kotka wyszła ze mną na spacer (ostatnio wcale nie chce wychodzić z domu i śpi, i śpi).

W moim "lasku" piękna jesień.


Na pierwszym planie orzech, tegoroczny rekordzista.


Tylu orzechów jeszcze nie miałam, przynajmniej mogę pogryzać, ile chcę, rozdawać i piec ciasta orzechowe, a na Święta i tak wystarczy (mam nadzieję) ;)


Ostatnie kwiatki na letniej rabatce.


Ostatnie różyczki przed domem. Jesień odchodzi powoli...

A w domu już grudnik zaczął kwitnąć - Święta niedługo!


 Szarugi nie powstrzymam, ale chociaż tu zostawię trochę słonka :)


wtorek, 30 października 2018

Cukierek albo psikus

"Cukierek albo psikus" - tymi słowami dzieci, młodzież witają gospodarzy, gdy ci otwierają drzwi 31 października. To hasło Halloween. Wiele lat temu, gdy ta tradycja dopiero raczkowała w Polsce, usłyszałam takie słowa, wypowiedziane chóralnie przez grupkę dzieci zgromadzonych przed moimi drzwiami w bloku. Dzieci były w "upiornych" czarnych strojach, z gotyckimi makijażami na twarzach i w dziwnych perukach czy czapkach. Zupełnie mnie zatkało. Do tego stopnia byłam zagubiona, że nie zrozumiałam, czego te dzieci ode mnie chcą. Cukierki albo psikus? Czy ja mam wybrać, co chcę? Cukierków nie chcę, więc może pokażą mi jakiś psikus? Naprawdę, tak wtedy pomyślałam. Przecież wtedy nie miałam pojęcia, że to nie jest pytanie, tylko "szantaż". Syn się wmieszał i jakieś słodycze dla dzieciaków się znalazły.  Ale nie polubiłam Halloween. Bo nie znoszę szantażu, czy groźby. Ciekawe, co za psikusa by te dzieciaki zrobiły, gdybym nie miała cukierków? Znacie jakiś zestaw psikusów?
Potem przeprowadziłam się na wieś. I tutaj, zupełnie nowi, też zostaliśmy odkryci przez miejscowych młodych. Tu już nie były dzieci, raczej starsi nastolatkowie (raczej dziewczyny), pięknie i pomysłowo przebrane za jakieś upiorne wietrznice, w szaro- czarnych zwiewnych sukniach, z fioletowym tapirem na głowie. Zaskoczona byłam zupełnie, bo nikogo tu nie znaliśmy. Ale cukierki jakieś się dla nich znalazły. Co roku na Halloween przychodziło kilka grup przebierańców, pozbywałam się wszystkich zapasów słodyczy (bojąc się chyba dowiedzieć, jaki to psikus mógłby mnie spotkać). Potem przez długi czas kłaniały mi się we wsi różne młode osoby, których zupełnie nie znałam ( może one mnie poznawały, a może wiejskim sposobem witały się grzecznie z każdą napotkaną osobą).
W zeszłym roku odwiedziły nas dzieci najbliższych sąsiadów i przynajmniej wiedziałam komu daję słodycze. Na ten rok też jestem zaopatrzona, sama cukierków nie jem, ale kupiłam, a nuż znów odwiedzą mnie przebierańcy? Nie moja tradycja, ale jeśli kogoś cieszy, to mogę się przyłączyć, co mi tam.
A lampionów z dyni nie robię. Nie obrodziły u mnie, a poza tym mam zasadę, że jedzeniem się nie bawię.

Jeszcze jesienny spacer w po drogiej sercu drodze.
P.s.
Już się wydawało, że "upiorki" nie przyjdą. A jednak o 20.00 dwa stadka dzieciaków (tak 7-8 klasa tutejszej podstawówki) przyszły i dostały swoje cukierki. :)

wtorek, 23 października 2018

Algarve- miasta, miasteczka i wioski

Dzisiaj mniej natury, więcej cywilizacji. W Algarve jest bardzo dużo miasteczek, małych skupisk miejskich, starych, z tradycją, z wąskim uliczkami, małymi placykami, na których toczy się spora część życia mieszkańców. I turystów też. jest ciepło (18 st. w nocy), można nawet po zmierzchu, który tam zapada ok. siódmej wieczór w połowie października (czas Greenwich) siedzieć bez przykrości na dworze. Widziałam cztery największe miasta regionu: Faro, prawie 65 tys.mieszkańców, stolica Algarve, z międzynarodowym lotniskiem i Uniwersytetem Algarve, Portimao -55 tys., duży port rybacki. u ujścia rzeki Arade i nad brzegiem morza (szeroka i długa piaszczysta plaża Da Rocha), Albufeira. 45 tys., centrum turystyczne i Lagos- 22, pierwsza, stara stolica Algarve, z dużym portem i portem jachtowym, bardzo stare miasto, założone w I w.p.n.e. przez Celtów.



To jedna z trzech bram w murach miejskich, prowadząca do Starego Miasta Faro, otoczonego murami. W Faro byliśmy tylko 3 godziny przed wylotem do Polski. Faro leży nad wodą, ale to nie bezpośrednio morze, to laguna , park narodowy rzeki Formosa. Można spacerować wzdłuż laguny, woda czyściuteńka (można też odbyć przejażdżkę statkiem po lagunie, ale niestety, nie mieliśmy już czasu).
Z hotelu mieliśmy widok na Portimao. Widać je na zdjęciu w poprzednim wpisie. Pojechaliśmy tam dwa razy, to było zaledwie kilka kilometrów od nas, przez most.


Tu centrum miasta, z widokiem na katedrę, którą w Portugalii nazywają Se.


 A tu domy zdobione tradycyjnymi portugalskimi płytkami Azulejo (a mówią "azuleżu).

Bardzo mi sie podobało w Lagos. Miasto nieduże, stare miasto przytulne, z wąskimi uliczkami deptakami i małymi placykami pełnymi turystów (a na uliczkach spokojnie). To była akurat niedziela i na tych placykach produkowali się różni artyści: żonglerzy, akrobaci, śpiewacy, także operowi. No i  kafejki uliczne, jedna przy drugiej, jak można nie wypić smacznej kawy (jestem prawie pewna, że brazylijskiej: cudownie harmonijna, lekka, bez kwasu i goryczki, taką lubię). No i ceny, porównywalne do cen w moim gminnym miasteczku, czyli - taniej już się nie da: za dwa ciasteczka typu makaronik i dwie kawy zapłaciliśmy 3.60 Euro. Jak nie lubić takiego miasta?


Tu bulwar wzdłuż kanału portowego , z bulwaru widok na port jachtowy. Tu już słońce zachodziło.


A tu jeden z zielonych placyków, gdzie później produkował się młody tenor, o wspaniałym głosie, w koszulce polo i ciemną, czarna skórą . Portugalczyków afrykańskiego pochodzenia było na Południu niewielu, znacznie mniej niż w Lizbonie.
 Byliśmy też w Albufeirze. Ale mieliśmy pecha. Był to jedyny deszczowy dzień w ciągu naszego pobytu (a jak wróciliśmy do hotelu po południu, to wyszło słońce, za późno ).
W Albufeirze widać było w dzielnicy nadmorskiej sporo domów wakacyjnych, dla turystów, wyremontowanych małych dawnych domków rybackich. W innych miastach hotele nie rzucają się w oczy (owszem, w Portimao  blisko plaży, ale przy miejskich ulicach było kilka większych hoteli). To nie to, co w Hiszpanii, gdzie hotele wyparły tubylców na obrzeża i stoją nawet na plaży takie molochy po 20 pieter, horror.
Tutaj raczej są to piętrowe rozłożyste pensjonaty w ogrodach lub male wille na wynajem. Przytulnie i skromnie, no i spokojniej.
  

W Albufeirze plażą znajduje się w centrum miasta.


A to zdjęcie po prostu musiałam zrobić! Tych psiaków jest pięć (na górnym stopniu dwa)!Przy małym domku w Albufeirze, blisko plaży :).


A to miasteczko Carvoeiro, wspinające się w górę po klifie, też z plażą w centrum .


A to widok na miasteczko Ferragudo, najbliższe hotelu, naprzeciw Portimao, po drugiej stronie rzeki.


I jeszcze typowa uliczka w miasteczkach nadbrzeżnych. ta - w Ferragudo.

Byliśmy też w Sagres, miejscowości na krańcu Europy, w pobliżu przylądka w. Wincentego. To teraz nieduże miasteczko rybackie i osada turystyczna. Z piękną historią. Znajduje się duża twierdza, w której dawno temu król Henryk żeglarz założył szkołę morską.


To rozległy widok na port w Sagres. Poza twierdzą nie ma tu nic ciekawego, same małe domki na wynajem, a twierdzy jakoś nie chciało nam się zwiedzać.
Byliśmy też w portugalskiej wiosce. Portugalia boryka się z problemem wyludnienia. Ubywa jej mieszkańców.  Wiele wsi jest wyludnionych. W jednym z przewodników przeczytałam o projekcie rewitalizacji jednej z wiosek u stóp gór    w pewnej odległości od morza. Grupa zapaleńców postanowiła odbudować wioskę Pedralva i zrobić z niej  wioskę turystyczną, wyremontować domki dla turystów. Teraz juz prawie wszystkie domki są odnowione, pobielone,  czyściutkie, jak nowe. Przez otwarte okna i drzwi można było obejrzeć sobie gustowne, przytulne wnętrza, w rustykalnym stylu, ale z wszystkimi wygodami cywilizacji, a kuchnie bardzo nowoczesna z marmurem i stalą. Elegancko. Jest tez restauracja z kawiarnia i pizzeria. a w centralnej recepcji można kupić miejscowy miód i pamiątkowe drobiazgi. Chodziliśmy po pustych (już?jeszcze?) uliczkach wioseczki i napawaliśmy się ciszą i spokojem pięknego miejsca.


Widok na recepcję, restaurację, a wyżej pizzeria.


Pozostawiony stary piec chlebowy i odnowione domki.


a tak wygląda ostatni chyba stary domek w Pedralvie, inne są już piękne.  Zauroczyło mnie to miejsce. mam nadzieję, że turyści go nie zadepczą.
Wróciłam niecały tydzień temu z pięknej Portugalii, a już za nią tęsknię. Ach, czemu nie leży bliżej... 

   

niedziela, 21 października 2018

Trochę morza, trochę słońca - Algarve, Portugalia

Póki jeszcze daję radę, to wyrywa mnie w świat.  Chciałam uciec od jesieni, ale, jak się okazuje, u nas też było jeszcze piękne babie lato. Tam, na samym krańcu Europy, nad oceanem Atlantyckim nadal prawdziwe lato, ludzie plażują i zażywają kąpieli.
Mieszkaliśmy w ładnym hotelu sieci Riverside (nie miałam pojęcia, że istnieje, dopóki nie zamieszkałam w jednym z obiektów). Jak nazwa wskazuje hotele tej sieci zbudowane są na brzegach rzek. Ten był położony nad rzeka Arado, w pobliżu miasteczka Ferragudo, prawie naprzeciw sporego miasta Portimao.


To widok od strony rzeki, z pomostu.


A to w druga stronę, w dali miasto Portimao.

 Gdyby nie ta rzeka, to stałby ten hotel "w środku niczego". Z balkonu mieliśmy widok oczywiście na rzękę, ale też na podmokłe łąki. A na tych łąkach bociany na śniadaniu(?)


To widok z okna na wprost. Bocianów na gniazdach i bocianich gniazd było w Algarve mnóstwo. Ptaki wiły gniazda w środku miasteczek, na kominach, na latarniach, na drzewach, nawet niewysokich. Mnie zafrapowały gniazd na skrzyżowaniach, a właściwie rondach ( bo to kraina tysiąca rond).


Tu właśnie jedno z gniazd na latarni na środku ruchliwego ronda. Bociek stróżuje, zupełnie, jak jego pobratymiec w Wajkowie na Podlasiu :)

Oczywiście najważniejsze na tym krańcu jest wybrzeże. Wysokie klify ze skały przeobrażonej (jakby skamieniały piasek z muszlami), z wypłukanymi przez fale grotami, jaskiniami, zatoczkami z piaszczystymi, złotymi plażami.




To wybrzeże niedaleko przylądka Sw. Wincentego  (Sao Vicente), widać go na horyzoncie. To jest wybrzeże południowe, "patrzące" na Afrykę (choć dalej, za widocznym cyplem,ostatnim lądem Europy to już tylko Ameryka).


A oto i sam patron, bardzo mi się spodobał :) Taki skromny.


A to na samym przylądku już wybrzeże zachodnie, za horyzontem , płynąc wzdłuż tego brzegu dopłyniemy do Lizbony. Kolor skał też już inny.


Tu malutka plaża na wschód od Portimao, prowadziły do niej kręte strome betonowe schody (pięknie pobielone). Ale nie zeszłam tam.


Tak wyglądała plaża za miasteczkiem Carvoeiro, widok na zachód.


A to ta sama plaża na wschód.
Pogoda była piękna i ciepło. Ale fale były ogromne (i zakaz kapieli). To był wpływ huraganu Lessly, który w tym samym czasie nękał Maderę i zachodnie wybrzeże Portugalii w okolicach Lizbony. na szczęście do Algarve nie dotarł.


Jednak pogoda zmieniła się, chmury przeplatały się ze słońcem, ale deszcz nie spadł. To skalny cypel u ujścia rzeki Arade, widać latarnię morską, pokazująca drogę do portu w Portimao (blisko ujścia , na rzece Arade).

A tu widok do tyłu, zdjęcie z tego wysokiego brzegu, który widać na poprzednim zdjęciu.
Dziś już wystarczy tych klifów.
Jeszcze tylko rzut oka na pięknie kwitnące bougenville i szeroką piaszczystą plażę Portimao (da Rocha)

W następnym wpisie będzie o kilku miastach Algarve. A w ogóle, to bardzo lubię Portugalię, kraj i ludzi no i ten cudny klimat :)




niedziela, 7 października 2018

Kiwi mini.

Aktinidię, taki spory krzew ozdobny, nazywają małym kiwi. Tato dostał krzak tej rośliny od znajomego. W czasach przedinternetowych (środek lat osiemdziesiątych). Posadził pod domem, na narożniku. Nic o tej roślinie nie wiedział. I szczególnie się nią nie przejmował. Nie wiedział na przykład, że to bujnie rosnące pnącze, że potrafi wyrosnąć na 8 metrów w górę! Chyba słyszał, ze to ma być jakieś kiwi. Ale kto słyszał wtedy o kiwi w polskich warunkach, wszak to egzot. Domek na działce jest parterowy, szczyt dachu sięga powiedzmy "drugiego pietra". Dopóki kiwi było młode, to nie było problemu. Ale w miarę upływu lat było coraz gorzej. Kiwi zaczęło się panoszyć, zaczęło wchodzić na dach, zarastać okno, radykalne cięcia pomagały tylko trochę. Już zapadła nawet decyzja o wycięciu "agresora", ale wtedy właśnie krzew  zaowocował. I został.  Potem owocował już regularnie, jeśli na wiosnę kwiaty nie zmarzły, to jesienią mieliśmy owoce, raz mniej, raz więcej. Do poskubania albo nawet na dżemy.


W tym roku też obrodziły. Mam nadzieję, że zjemy owoce na surowo, że damy radę. Już nie mam miejsca na wstawianie kolejnych słoików (30 słoików z przecierem z ciemnych winogron, a to jeszcze nie koniec, ale według Mojego, nie może się owoc zmarnować).
A te mini -kiwi wyglądają, jak małe kiwi (ale gładkie, bez włosków) i smakują, jak kiwi, a można je jeść nawet ze skórką. Takie 2 w 1, ozdobny krzew i jadalne owoce. :)


Dopiero się zaczynają. Większe od orzecha u mnie nie bywają, ale przecież jest ich i będzie jeszcze, trochę :)