niedziela, 15 lipca 2018

Naiwnych nie sieją

Może ja i wyglądam na naiwną, Ale jednak te kilkadziesiąt lat obserwacji ludzi nauczyło mnie sceptycyzmu (swoją drogą, dlaczego akurat mnie zaczepiają różni wyłudzacze?).  Spieszyłam się do urzędu, postawiłam auto na ulicznym miejscu parkingowym, a tu jakieś auto staje na środku ulicy i jakaś kobiet pyta, czy mogłabym jej pomóc. Czy teraz należy wszystkim odpowiadać, że nie zamierzam nikomu pomagać?  Nie tak mnie wychowano, jeśli mogę pomóc, to czemu nie? Więc zainteresowałam się lekko, o co chodzi (bo przecież się spieszyłam). A tu kobita zaczyna jakieś historie opowiadać, że niby miała jakąś wystawę w jakiejś galerii, że zostały jej dwie sztuki , a jest z Wilna i nie może tych "sztuk" zabrać ze sobą, czy nie chciałabym zobaczyć i jej pomóc, "żeby się nie zorientowało" i "niech pani zobaczy" i prowadzi mnie do swojego sporego SUVa (z rejestracją kujawsko-pomorską), tłumaczy, że to auto "rządowe". A tam w bagażniku 2 komplety garnków Zepter. Aż mnie odrzuciło! Co ta baba bredziła o jakiejś galerii? Czy ja faktycznie wyglądam na taką idiotkę, której można wcisnąć każdy kit? "Za 800 złotych sprzedam, 90 % zniżki". Ja na to, że nie jestem zainteresowana i w tył zwrot, "to za 500, toż to darmo, ten komplet kosztuje 7 tysięcy!, da pani na prezent, dzieciom" - jeszcze próbuje. "Nie,  nie jestem zainteresowana"  - i prawie pobiegłam do urzędu, bo parkomat już odliczał mi czas. Kobieta mówiła po polsku bez żadnego akcentu, może nico bardziej miękko niż się u nas w Poznaniu mówi (mój słuch fonematyczny jest bardzo wyczulony na niuanse). Na pewno nie była to wymowa z Wilna, znam tamten zaśpiew. Nie chcę obrażać Cyganów( bo tu gdzie mieszkam znam kilka bardzo bogatych i eleganckich rodzin cygańskich), ale ta kobieta przypominała mi sposobem mówienia, strojem, rysami twarzy spotykane "wróżące" w wielu miejscach Polski Cyganki. Może te garnki nie były jej własnością? A może rzucam bezpodstawne oskarżenie i ominął mnie interes życia?  W każdym razie nie chodzę z taką gotówką w portfelu i garnkami mnie nikt nie skusi. Co innego, gdyby ta kobieta oferowała jakieś dzieła plastyczne z "wystawy w galerii" ;)
No i co sądzicie o tym?

niedziela, 8 lipca 2018

...i toczy się dalej...

Lato w pełni, susa okropna. Codziennie podlewamy drzewa owocowe, warzywnik i zagonki kwiatowe. Żal, szkoda, chociaż za wodę przyszło nam płacić 3 razy więcej niż zazwyczaj! Niezwykle drogie będą te brzoskwinie (bo już prawie są) i te śliwki (które może nie dotrwają, podobnie, jak mirabelki).
Właśnie dziś zjadłam ostatnią z moich moreli. Moja niewielka i młoda morelka niebywale obrodziła dwa lata temu i rok temu (a pierwszego roku też miała kilka owoców na spróbowanie). W poprzednich latach taka byłam przejęta obfitością owoców, że je liczyłam, nie co do jednej, ale w zeszłym roku było przeszło 80 sztuk! W tym roku na wiosnę, w połowie marca uderzył mróz, parę dni trzymał na -12 stopniach (przy bezśnieżnej aurze). Pomarzło trochę kwiatów i na przykład cała pietruszka. Morelowe paki kwiatowe na końcówkach gałęzi wyschły, można je było w palcach obkruszyć.   "Po owocach", myślałam sobie. Gdy na początku kwietnia zakwitła, to widziałam pojedyncze kwiatki. Marnie. A potem wiosna wybuchła nagle i zaraz przeszła w lato. Okazało się wkrótce, że chyba wszystkie, te nieliczne kwiatuszki, zawiązały owoce! Miałam 25 moreli! Fajnie :)
Ale morelki sa już wspomnieniem .


Może za rok się ich najem? (tak jak w końcu najadłam się swoich czereśni w tym roku)?


Obrodziły mi też pod koniec czerwca (bardzo wcześnie, jak wszystko) słodkie letnie jabłka. Może nie tak dorodne, jak w poprzednich latach (susza), ale dużo.


Zrobiłam mus, zrobiłam niejeden kompot, nawet dżem (ale prawie, jak mus, bo jabłka się rozgotowały) i jeszcze rozdawałam rodzinie . jeszcze parę wisi na drzewie. Wnukowie zjedzą je ze smakiem (bo właśnie są u mnie).
Dziwne to tegoroczne lato. Nich trwa. Tylko deszczu nam trzeba, wody!! Stepowienie Wielkopolski, to już fakt.  


poniedziałek, 4 czerwca 2018

Moje róże

Kocham róże od zawsze. Do ślubu miałam bukiet z jedenastu długich ciemnoczerwonych róż (baccara), podtrzymywałam je przedramieniu, jak się podtrzymuje niemowlę (lub kota), a asparagus spływał prawie do ziemi. Potem, na ogrodzie rodziców, jedyną udaną różą była (i jest do dziś) czerwona róża pnąca. Inne róże jakoś nie  chciały rosnąć. Bo mówią, że róża jest kapryśna i wymagająca. Być może. Moje obecne róże są jakby specjalnie dla mnie, niewymagające i "poczciwe". Kupione za "grosze" (róże rabatowe za 4 zł, a wielokwiatowe za 10) w pobliskim gospodarstwie ogrodniczym. Kupione z 10 lat temu na wiosnę, jeszcze bez kwiatów, te tańsze bez liści i ziemi. jakiego będą koloru nie wiedziałam. I nie dbałam o to. Potem się okazało, że dwa odcienie różowego obok siebie trochę może się gryzą, ale w tym roku tego nie widać. Jestem leniwą ogrodniczką, nie chucham i nie dmucham na moje róże. Podlewam jedynie. Nawet specjalnie nie zasilam (może raz do roku trochę azofoski sypnę), w zeszłym roku popryskałam na grzyby, bo dostały plamy na liściach (nie lubią u mnie zbytniej wilgoci, chociaż w Szkocji im bardzo służyła). Moich róż nie przycinam też prawie, jedynie cięcia korekcyjne, no i tnę z wyczuciem na kwiat cięty, do wazonu. A na zimę obsypuję nasadę ziemią i (albo) jedliną. I zaklinam pogodę, żeby była łaskawa dla moich róż (bo już mi przed laty prawie wszystkie zmarzły, odbiły od korzenia i z tej części przykrytej ziemią). Mam tylko 10 róż. I właśnie kwitną mi, jak szalone. Przez ten wściekły upał i brak deszczu (u mnie 5 tygodni nie padało, burze i deszcze nas omijają) zaczynają już przekwitać. Ale mam nadzieję, że jeszcze zakwitną później, jak co roku :) 


Tu widok ogólny rabatki przed oknem kuchennym.


To róże rabatowe, nie wiem, jaka to odmiana .


To Comtessa, róża wielkokwiatowa. Pachnąca.


To moja królowa, na ogólnym zdjęciu widać ją z tyłu (przy kranie), nie znam nazwy, ale to róża wielkokwiatowa, pachnąca (jak wszystkie moje róże), wyrosła mi na 2 metry i muszę ją po kwitnieniu przycinać, bo niedługo nie dosięgnę do kwiatów.


I na koniec róża przed oknem sypialni, przycinana przez Mojego (mnie zawsze żal), żeby było trochę świata spoza niej widać ;)
Róże, te moje, łaskawe dla mnie, nie kapryszą, wiedzą, że nie mam zbyt wiele czasu i sił na nie. Dziś posadziłam w końcu resztę cebul gladioli i resztę bulw dalii (większość jest już całkiem spora, wyrośnięta, a na tę resztę nie miałam do tej pory miejsca i czasu). Posadziłam je teraz po tulipanach. narobiłam się, jak za karę. Ale jak sama sobie nie posadzę, to nie będę mieć latem (i jesienią) kwiatów. A mam tych cebul i bulw zawsze sporo. I nie mogę (nie mam siły i woli) wyrzucić, zrezygnować z posadzenia tego, co sama wyhodowałam i wykopałam przed zimą. Jeszcze nie. Póki wciąż starcza mi sił - posadzę. Przecież kiedyś tych sił zabraknie i nie będzie głowy (i rąk) do kwiatów.
A na razie cieszmy się różami, póki kwitną i cieszą zmysły :)    

niedziela, 20 maja 2018

Zupy kontrowersyjne

Jeśli bym zapytała moje dzieci, jaką zupę mam zrobić na obiad, usłyszałabym najpewniej - pomidorową. Zupa - symbol, zupa - łącznik: starego z nowym, mnie z rodzicami,  synów ze mną. To zupa oczywista, ale nigdy taka sama. Raz czysta, częściej ze śmietanką, z makaronem, najlepiej najcieńszym, raz ryżem, z lanymi kluskami, z kaszką manną, na rosole, bezmięsna, ze świeżych pomidorów, z przecierów. Tysiące wariacji, wielość  smaków, ale zawsze domowa pomidorowa.
Bo u mnie w domu, jak pokolenie wcześniej, codziennie na obiad jest zupa i drugie. Bo mój uwielbia zupy, bo "bez zupy życie jest do..."rymu. A zupę łatwo i szybko ugotować, nie ma problemu.
Kontrowersyjne zupy, to te, których ktoś z rodzinki nie lubi i nie je:
szparagowa, dyniowa, szczawiowa, barszcz. Robię najlepiej, jak umiem, mnie smakują, więc żal, że młodzi wybrzydzają (ja nie jadam czerniny, ale też jej nie robię).
Z czasem, z doświadczeniem mogę zrobić "z niczego" dowolną zupę. To "nic", to produkty, którymi akurat dysponuję (żeby nie biegać do sklepu, jest dość daleko). Jak ta przysłowiowa zupa z gwoździa.
Ostatnio zrobiłam taką zupę autorską, na pewno kontrowersyjną. To zupa "szpinakowa". Cudzysłów dlatego, że nie zrobiłam jej ze szpinaku (łac.Spinacea oleracea), tylko z łobody ogrodowej (łac.Artiplex hortensis) z rodziny komosowatych, zwanej u nas lebiodą jadalną (tak, jak i komosę, chwast ogrodowy, nazywamy lebiodą).

Na zdjęciu łoboda zielona i komosa biała (czyli lebioda chwast)

Ta łoboda może być zielona i czerwona (ponoć też żółta, ale takiej nie znam). I dorasta do dwóch metrów! Na start naszego ogródka tato wysiał mi czerwoną łobodę, jako roślinę ozdobną, która bardzo szybko urosła. I obok czerwonej znalazło się parę ziaren zielonej. I poszło! Sieje się sama co roku, jak chwast.


Ale wykorzystuję ją, najczęściej robię "szpinak". Mój niechętnie je szpinak, a tej łobody - lebiody tak dużo urosło. Żal wyrzucać, a wyrwać trzeba, bo zacienia inne warzywa. To pomyślałam, że spróbuję zrobić zupę.
Liście (bo ogonki i łodyga są dość twarde) sparzyłam, jak na szpinak. Liście czerwonej lebiody po sparzeniu są ciemnozielone, ale te żyłki i ogonki liściowe są ciemnoczerwone, jak buraki gotowane. Mój czerwonej lebiody nie chce jeść. Kilka razy przepłukałam liście czerwonej lebiody i zmiksowałam z tymi zielonymi liśćmi. Oczywiście dodałam tartą marchew, seler(akurat miałam naciowy), czosnek niedźwiedzi (rośnie mi na grządce, przywieziony z leśnej łąki), szczypiorek, trochę kaszki kukurydzianej. Doprawiłam masłem i śmietanką, na stół podałam grzanki (a właściwie bruschette -chip z pomidorami i oregano, akurat takie miałam). I czekałam na pochwały ;)


Zupa wyszła ciemno zielona, piękny kolor (niestety na zdjęciu przekłamany). A smak? No, zupa z zielonych warzyw, bez soli, bez masła i śmietanki pewnie nie miałaby żadnego specjalnego smaku.
Podobnie, jak zupa krem z porów. Mnie pasowała. Pochwały się nie doczekałam. Ale mój nigdy( nigdy!) nie skrytykował niczego, co ugotowałam (nawet, jak mnie samej coś nie smakowało). Już wiem, że potrafię ugotować każdą zupę "z wyobraźni", jaką mi ktoś zada. 

środa, 16 maja 2018

Z zupełnie innej beczki

Jak tworzy się blog bardziej anonimowy? Taki z nickiem, a nie nazwiskiem? Może mi ktoś podpowie, może zrozumiem? Bardzo potrzebuję "wygadać się", a na takim oficjalnym blogu to zupełnie niemożliwe. 
Jestem zmęczona rolą  osoby służebnej i zmęczona fizycznie, po prostu.
Tak się zastanawiam, czy osoby teraz stare (nie "starsze", tylko naprawdę leciwe) przemyśliwały wcześniej, w młodszych latach, jakie chciałyby (bądź nie chciałyby) być na starość. Bo mam wrażenie, że niektóre uważają, że z wiekiem należy im się rola królowej pszczół (nawet jeśli to byłby mężczyzna). Moja mama zawsze powtarzała, że najbardziej nie chciałaby być dla nikogo ciężarem. Mój tato chce jak najdłużej być samodzielny i pożyteczny.  I jest. Czy inni z mojego otoczenia w ogóle zadawali sobie takie pytania?
Usłyszałam kiedyś od młodszej przyjaciółki mamy (prawie mojej rówieśnicy), że moja mama była damą, szczególnie damą ducha. Najpierw się zdziwiłam, bo mama była taka zwyczajna dla mnie, zagoniona, zapracowana, najmniej myśląca o sobie i swoich potrzebach. A jednak. Nigdy nikomu nie zazdrościła, nigdy nie "kombinowała" czy jak to określała "nie chachuliła ", czyli nie wymyślała czegoś, co nie było prawdą (chachuli się w celu  albo osiągnięcia jakichś doraźnych korzyści, albo dla uniknięcia krytyki czy nieprzyjemności). Była uczciwa wobec siebie i innych, była odważna i nie bała się wyrazić swojego zdania, nawet jeśli to było " niepolitycznie". Nie lubiła plotek, była szczera w wyrażaniu uczuć ( w odróżnieniu od osób nieszczerych). I była uważna, otwarta na drugiego człowieka. Wysoką poprzeczkę mi postawiła. Ale też wzorzec matki, kobiety, człowieka. 
Czy można się dziwić, że porównuję inne matki do mojej? I że porównanie wypada na niekorzyść tych innych? Może jestem niewyrozumiała? Ale ja nie jestem wzorem, jestem pełna wad, nie jestem moją mamą (choć bardzo się starała, żebym była jej klonem). A wiecie, że w innych najbardziej nam doskwierają (często nieuświadomione) nasze wady?

wtorek, 1 maja 2018

Kordoba i jeszcze trochę Andaluzji

"Kordoba Omajjadów. Półmilionowa stolica kalifatu, z tysiącami domów, pałaców, gajów, fontann, uroczych mostów przerzuconych na Gwadalkiwirem. Miasto setek meczetów, łaźni publicznych, bibliotek. Do sławnego uniwersytetu zjeżdżają nie tylko wyznawcy islamu. Wysoki poziom nauk filozoficznych, ścisłych, medycznych przyciąga słuchaczy nawet z "niewiernej Europy,
Tak wyglądała Kordoba tysiąc lat temu, zanim kastylijscy królowie nie wyparli z niej mauretańskich władców." Tak pisał o Kordobie Antoni Piskadło w wydanej 40 lat temu książce "100 najsłynniejszych budowli".
Bo właśnie w Kordobie znajduje się opromieniony sławą główny meczet Kordoby, najwspanialsze dzieło architektury islamu w Europie - Mezquita. Budowla ta przetrwała do naszych czasów dzięki (z powodu) jednemu z biskupów  Kordoby z czasów panowania Carlosa V (XVI w), który chciał się przypodobać władcy i wbudował w środek meczetu katedrę katolicką. Carlos V, gdy odwiedził to miejsce, stwierdził z żalem: jak można było uszkodzić coś tak niepowtarzalnego (meczet), żeby zbudować coś, co jest w każdym mieście (kościół katolicki). Pierwotne założenie zostało zniekształcone, ale to co pozostało z meczetu nadal robi ogromne wrażenie. To budowla o bokach 180x130 m, budowana od VIII do X wieku, jednopiętrowa, z zewnątrz nie przyciągająca uwagi. Wnętrze robi kolosalne wrażenie. W każdym razie mnie poruszyło. Wypełnia je nieogarniony, na pozór, las kolumn połączonych podwójnymi łukami, rozchodzący się we wszystkich kierunkach. Tylko tyle i aż tyle. I mimo tłumów turystów - niebywały spokój, harmonia, niezwykły nastrój. I pustka.

katolicka katedra płynnie "wyrasta"z meczetu, gdyby nie kościół, pewnie rozebrano by ten symbol minionych "niesłusznych" czasów.




A tak wygląda meczet z wbudowana w niego katedrą i starożytnym mostem na rzece Gwadalkiwir (makieta w centrum informacji turystycznej) .



A oto i most z widokiem na katedrę, którą mieszkańcy Kordoby nazywają i tak Mezquita , czyli meczet.
Kordoba, to przede wszystkim Mezquita, ale nie tylko, to zabytkowe mury miejskie, otaczające stare miasto, to sama Starówka - plątanina wąskich uliczek, małych placyków, uroczych patio, z lokalami w ogródkach na świeżym powietrzu, małe sklepiki z biżuterią, ceramiką, wyrobami ze skóry i korka, jednym słowem z wyrobami miejscowego rzemiosła. Bardzo mi się podobała stara Kordoba.

 
I jeszcze było ciepło, gorąco  (na pewno ok +30 st w słońcu) i cieszyłam się, że jestem w Kordobie w kwietniu, bo letniego skwaru bym nie zniosła.
 Wycieczka była bardzo intensywna, codziennie przez 6 dni zwiedzaliśmy inne miasto, nasza pilotka i przewodniczka bardzo starała się powiedzieć nam o danym miejscu wszystko. Nawet po kilka razy. Trochę to męczyło. Ale lepiej więcej, niż za mało (przecież zawsze można się wyłączyć, nie słuchać).
Największym miastem odwiedzonym przez nas była Malaga. To miasto dopiero od mniej więcej 50 lat "wybuchło", od czasu, gdy po śmierci dyktatora generała Franco Hiszpania otworzyła się na świat i gdy ów świat odkrył Costa del Sol - Słoneczne Wybrzeże. dzięki turystom Andaluzja odżyła, przestała być najbiedniejszym regionem Hiszpanii. I Malaga z niewielkiego rybackiego miasta stała się drugim co do wielkości miastem Andaluzji (stolica regionu  i tym największym miastem jest Sewilla, której niestety nie widzieliśmy).
W Maladze nie ma zbyt wielu zabytków, ale to także miasto z długa historią, także z okresu Maurów. Są  tu twierdze: niższa Alkazaba i wyższa - Gibralfaros, do niej zawozi się turystów, bo z niej rozciaga się wspaniały widok na miasto i zatokę.


Na pierwszym planie arena walki byków, dalej port.
W Maladze, w starej części miasta, wokół katedry z XVI wieku, z jedną wieżą (na drugą zabrakło funduszy i nigdy jej nie dobudowano) zwanej Manqiuta - Jednoręka, rozchodzą się przytulne uliczki, szersze i węższe - deptaki spacerowe, ze sklepami wszystkich światowych marek.  W czasie, gdy byliśmy w Maladze, odbywał się tam festiwal filmowy. Gwiazd światowego kina nie spotkałam, ale widziałam Ewę Wiśniewską (wracaliśmy tym samym samolotem) i Magdalenę Cielecką.
malagę wspominam miło, bo po pierwsze wypiliśmy sobie malagę w Maladze , a po drugie Mój kupił mi bluzkę w Desigualu :)

Tu - Jednoręka:)


Potem, w następnych dniach byliśmy w Rondzie, Benalmadenie - Pueblo i w Mijas. O Rondzie zapewne słyszeliście: niezwykłe zabytkowe miasto po dwóch stronach bardzo głębokiego wąwozu (160 m w najgłębszym miejscu). Starsze miasto, z wąskimi białymi uliczkami z XV-XVI wieku łączy z "Nowym" miastem niezwykły most, most - symbol miasta. A nowe miasto liczy sobie też już 400 lat :)

A most w obecnym kształcie powstał w końcu XVIII wieku.


Jeszcze widok na starszą część, nad skalnym urwiskiem, zdjęcie z mostu.

W nowszej części miasta znajduje się najstarsza w Hiszpanii (ponoć) arena do walki byków. Widzieliśmy ją tylko z zewnątrz. Przy każdej arenie zawsze jest też muzeum, poświęcone najsławniejszym torreadorom i walkom. Jest tez zawsze kaplica. To w końcu potyczka na śmierć i życie, czasem pierwszy ginie torreador (byk ginie i tak zawsze).


Taka dość niepozorna rotunda z zewnątrz.

Ostatniego dnia wycieczki pojechaliśmy do dwóch białych miasteczek , dawnych pueblo. Jedno z nich, to stara, najstarsza część znanego obecnie kurortu - Benalmadena. Ta stara część położona jest wyżej, w pewnej odległości od wybrzeża. Dawniej andaluzyjczycy nie lubili morza, kojarzyło im się tylko z ciężką pracą rybaka i z najazdami wrogów, chcieli się od tego odciąć. To pueblo nieczęsto jest odwiedzane przez wczasowiczów korzystających z uroków plaży i rozrywek w jej pobliżu. Moja znajoma spędziła 7 dni w kurorcie Benalmadena, ale w pueblo, czyli w zabytkowym starym centrum nie była. Nie wiedziała, że jest "tam wyżej" cos ciekawego do zobaczenia. Gdyby nie wycieczka, ja też bym pewnie nie wiedziała.

    

To bardzo charakterystyczny widok: przydomowy ogródek doniczkowy :), w każdym z mniejszych miasteczek takie widziałam, na chodniku, przy wejściu do domu.


W Benalmadenie jest też ta oryginalna budowla - buddyjska stupa (której autorem był polski architekt, buddysta , nazwiska nie zapamiętałam). Stoi na wysokim klifie, zwrócona w stronę morza (a wiało tam okrutnie).

Pól godziny później i kilkanaście kilometrów wyżej byliśmy już w małym miasteczku, przytulonym do zbocza góry. Mijas (czyt, Mihas). Białe pueblo - urocze miejsce. Tylko byliśmy tam w niedzielę i były tam tłumy, oprócz obcokrajowców także Hiszpanie całymi rodzinami (czyli co najmniej 3 pokolenia).   


W drugą stronę przy dobrej widoczności widać morze (w dniu naszego pobytu nad doliną leżała mgiełka).
W Mijas mieliśmy czas dla siebie. Wypiliśmy smaczną kawę (cena "na wysokości" - 2 Euro, a zwykle wszędzie 1.30 - 1.70 najwięcej) i zjadałam jedyne ciastko w czasie całej wycieczki! Nie zachęcały, jakieś wszystkie z francuskiego ciasta albo jak amerykańskie paczki z dziurką, albo mufiny. Nic ciekawego. A tu był jakiś wyrób własny, no i tak dość gumowaty, ale oryginalny.

Po powrocie do hotelu, nad samym morzem w malutkim El Morche, poszliśmy na spacer wzdłuż morza. Plaża nie zachęcała do spacerów, piasek jak przysłowiowa czarna ziemia, miałam obawy, że sobie nogi pobrudzę (jak przy pracy w polu). Ale morze cudne, szmaragdowe fale bijące o brzeg. I piasek też ciepły, żwirowy, tyle, że popielaty.
A przy plaży promenada, deptak, z kawiarenkami, restauracjami.  Całkiem przyjemnie, no i tłoku żadnego.

Zamiast plażowiczów - wędkarze. Wędkować wolno od 21.00 do 9.00, ale to pewnie w sezonie, a gdy nikt nie plażuje, to cały dzień?



I to juz prawie cała wycieczka. Ale byliśmy jeszcze poza Hiszpanią - na Gibraltarze Jej Królewskiej Mości Elżbiety II. O tym napiszę jeszcze kiedyś.
 

środa, 25 kwietnia 2018

Zapraszam do Grenady

Grenada, to przede wszystkim Alhambra, a dokładniej zespół pałaców i ogrodów Alhambry i Generalife. Generalife, to górny zespół pałacowy, letnia rezydencja emirów Grenady, leżąca na wysokim wzgórzu, naprzecie Alhambry. Te dwa zespoły zamkowo - pałacowe i ogrody przecina dolina. Alhambra, niżej położona, jest starsza. Najstarsze zabytkowe mury obronne pochodzą z VIII-IX ww. Są to zabytki kultury mauretańskiej - muzułmańskiej. Maurowie władali tą krainą aż do XV wieku, gdy otoczeni już przez chrześcijan, przybyłych z północy poddali się i opuścili niezdobytą, warowną Alhambrę. Było to w roku 1492 roku.
 W 1984 roku wpisano Alhambrę na listę zabytków Światowego Dziedzictwa UNESCO (na 8 pozycji).


Tu widok z Generalife na mury Alhambry, jeszcze dalej, w dole - Grenada.


To jeden z dziedzińców w Generalife, zawsze z kwiatami i wodą.



A to już Alhambra - Dziedziniec Cudów. Chociaż jest tu zawsze tłum turystów, to cudowne miejsce, stanęłam "na progu" i westchnęłam z zachwytu. A jako wieczna sceptyczka nie jestem skora do zachwytów. Alhambra w całości, czyli jako "ogół" jest ciekawa, ale szału nie ma. Są tylko wybrane, bardzo nastrojowe, piękne miejsca i śliczne, kunsztowne detale.




To kolejny piękny dziedziniec z sadzawką. Jeden z najważniejszych w pałacu. To Dziedziniec Mirtów, które rosną nad brzegiem sadzawki, po prawej i lewej stronie.  Przewodnicy podpowiadają, że najlepiej robić zdjęcie z poziomu wody, wtedy widać odbicie pałacu w wodzie :)


Ten widok też mnie zachwycił. Arabowie bardzo cenili wodę, płynącą wodę, stworzyli cały system nawadniający, doprowadzający bieżącą wodę z pobliskich gór do Alhambry i dalej w doliny, nawadniający pola uprawne i ogrody. Andaluzja w czasach arabskich była bogatą zieloną krainą, z gajami pomarańczowymi i winnicami. Gdy chrześcijanie zajęli te tereny, wygnali Maurów, zanim nauczyli się od nich, jak dbać o tę żyzną krainę. Nie umieli obsługiwać urządzeń nawadniających i w niedługim czasie z żyznej i bogatej krainy Andaluzja zmieniła się w suchy niegościnny kraj, najbiedniejszy region Hiszpanii. Teraz powoli, w dużej mierze dzięki przemysłowi turystycznemu Andaluzja zaczyna się odradzać.

W mieście także są piękne miejsca i zabytki. Ale po trzech godzinach zwiedzania Alhambry nie miałam już siły na dalsze dreptanie po mieście. Na tym pięknym placu nieopodal katedry z XVI wieku (widać wieżę, której nigdy nie ukończono, bo skończyły się fundusze) odpoczywałam pijąc fantastyczną kawę w niewielkim lokalu i jedząc mix miejscowych krokiecików, wielkości naszych pierogów, z dziwnymi nadzieniami: serowym, rybnym, grzybowym (ale czy na pewno?). A przy fontannie - pierwsza kwitnąca róża, którą zobaczyłam w Andaluzji.
Grenada i Alhambra, cieszę się, że mogłam to zobaczyć. C.d.n.