środa, 16 stycznia 2019

Nie odpuszczamy

Moja kochana stareńka koteczka wyraźnie podupadła na zdrowiu. W maju zeszłego roku skończyła 16 lat, u mnie jest od końca października tamtego 2002 roku. A znałam ja od momentu, gdy zaczęła wychodzić z rodzinnego gniazda, razem ze swoim rodzeństwem i kuzynostwem. A tak, bo dwie młode kotki w tym samym czasie urodziły 6 młodych i wychowywały je wspólnie, na pustej sąsiedzkiej działce. Gdy młode zaczęły chodzić i się "rozłazić" przeszły pod płotem na naszą działkę. Oczywiście,  jako kociara i mama takich samych wielbicieli kotów, nie mogłam spokojnie patrzeć na cudne kociaki, nie mogąc ich dotknąć (a dzikie były). No to zaczęliśmy z synkami wystawiać miskę z mlekiem i wabić kotki. Biegły do miski na wyścigi. I przy tej misce były tak zaabsorbowane piciem, że nie zwracały uwagi na dotyk, można je było głaskać do woli. Lato się skończyło, zaczęła się jesień, a kotków też ubyło. jeden z kotków przyszedł do nas w stanie wręcz agonalnym, ale zniknął zanim zdążyliśmy jakoś zareagować (wypił to mleczko, które mu zostawiliśmy). To było na działce rodziców, na jesień wracaliśmy do miasta. Koty żyły tam dziko, dokarmiane przez sąsiadów, mieszkających tam na stałe. My zbieraliśmy plony przez październik, zwykle w soboty lub niedziele.  Karmiliśmy koty.

Wyglądało to zwykle tak  (zdjęcie ze zdjęcia, wybaczcie, ze nieostre). To czarne kocię tyłem do widza, to moja kocia, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.
Gdy przyjechaliśmy po tygodniu zaczęły się już przymrozki, a to czarne kocię psikało i pozwalało się brać na ręce (zły znak). Syn (tuż po studiach, ale jeszcze mieszkający z nami) zadecydował (przy pełnej mojej aprobacie i zachwycie najmłodszego brata), że bierzemy kota do domu, bo nie można pozwolić, żeby cały miot przepadł. Nie zapytaliśmy o zgodę Pana Domu, czyli Mojego. No cóż, wiedziałam, że namawianie go mogłoby potrwać zbyt długo, a czas gonił, kot był bardzo chory. Przez niedzielna noc syn wstawał, wycierał kotu nos i nasłuchiwał, czy kot żyje. Na drugi dzień poszliśmy do weterynarza i po serii zastrzyków z antybiotyków uratowaliśmy kota. Wtedy też okazało się, że to kotka, nie kocurek (wyjątkowo się kamuflowała). Działkowy wikt nie był rewelacyjny, koteczka była niewielka i taka już została, drobna. Słodka była, jakby wiedziała, ze to nam zawdzięcza życie.            

Jako półroczne kocię mieściła się jeszcze w niedużą miskę.
Całe życie nie sprawiała kłopotu, nie chorowała. A teraz wyraźnie zmizerniała, zaniemogła.
Zwlekałam z pójściem do weterynarza, nie miałam transporterka (syn najmłodszy wziął dla swojej kotki) i nie chciałam narażać kotki na jazdę samochodem, której fizycznie nie znosi (chyba choroba lokomocyjna). Ale samo nie przeszło. W końcu poszłam do lecznicy w naszym miasteczku, okazało się, że bez problemu pożyczono mi transporterek. I dziś pojechałyśmy. Zrobiono koci badanie krwi, morfologia ponoć wzorcowa, ale cukier... szybuje. No, tak kocia ma cukrzycę. I będę walczyć. Nie zostawię kotki cierpiącej, nie uśpię, póki jest (a jest) szansa na lepszy komfort życia i  przedłużenie życia bez bólu. Oczywiście, będę musiała robić kotce zastrzyki z insuliną, pojutrze rano mnie poinstruują w tym względzie (tacie robiłam, to i kotce mogę). Musimy dotrwać do piątku. Przecież nie wolno patrzeć, jak kot odchodzi i nie zareagować. Ulżyłam trochę swojemu sumieniu.



A to moja staruszka na swoim ulubionym miejscu na kanapie.

Mój syn dziś zauważył "no i znów możesz się o kogoś martwić", Tak to ze mną jest.
    

sobota, 12 stycznia 2019

Wieniec

Takie ciasto, nazwane wieńcem. Zrobiłam dzisiaj. Kiedyś, dawno już, znalazłam ciekawy przepis w jakiejś gazecie. Wypróbowałam i zapisałam w swoim kajeciku z przepisami (a zapisuję tylko te, które wypróbowałam, inne czekają na wypróbowanie na wycinkach, wydrukach, karteluszkach). oryginalny przepis jest proszkowy. Mój bardzo lubi wypieki drożdżowe, a ja bardzo rzadko robiłam ciasta na drożdżach, bo wymagają (zwykle) sporej siły(trzeba ciasto wyrabiać). Na Gwiazdkę dostałam od dzieci robot kuchenny, do wyrabiania różnych ciast ( miałam zrobić bez wysiłku tyle kulebiaków, ile tylko się da, zrobiłam 10!). Niedawno zrobiłam pierwszy od wielu lat placek drożdżowy z owocami, korzystając z robota. Bez wysiłku. Mój był zachwycony. Teraz przyjechał wnuk i postanowiłam zrobić coś innego. Wybór padł na wieniec. Ale zamieniłam jeden składnik, proszek, na drożdże.
Oto efekt:

Taki wyszedł ładny i smaczny, ze gdy postanowiłam o nim napisać, to okazało się, że jest go już tylko pół ;)

Może wypróbujecie? A może znacie?
Ciasto: w  wersji oryginalnej
40 dag mąki
1/2 szklanki mleka
5 łyżek cukru
10 dag masła
1 jajo + 1 białko
2 łyżeczki proszku
szczypta soli
Wszystko wygnieść, ciasto rozwałkować na dość długi prostokąt.
Na ciasto:
10 dag roztopionego masła (biorę trochę mniej)- polać ten prostokąt
10 dag cukru - równo posypać ciasto
6 dag pokruszonych orzechów lub migdałów
6 dag rodzynek
1 łyżeczka cynamonu
Bakalie równomiernie rozsypać na cieście i cynamon też, Zrolować ciasto w wieniec, umieścić w okrągłej formie z kominkiem. Po wierzchu posmarować  żółtkiem i posypać posiekanymi orzechami (migdałami). Piec ok 45 min. w temperaturze 180 stopni.
Ja zamiast proszku dodałam 5 dag drożdży i zamiast 10 dag cukru na ciasto posypałam tylko 5 dag. No i ciasta nie wygniotłam tylko ukręciłam w robocie. Aha, masło do wyrobu ciasta też roztopiłam.
Smacznego ! :)

sobota, 5 stycznia 2019

Oddałam ( c.d postu z 14.12.2018)

Zaczęłam Nowy Rok od dokończenia sprawy ( Pomaganie przez porządkowanie ). I bardzo się cieszę, że się udało.
W poprzednim miesiącu ("w poprzednim roku" brzmiałoby zbyt patetycznie) zgromadziłam w dużych workach, 60 -litrowych rzeczy, "ubrania do oddania". Potem tutaj na blogu poskarżyłam się, że nikt tych ubrań ode mnie nie odebrał. Pisałam i dobijałam się do organizatorów zbiórki, żeby dowiedzieć się, czy jeszcze ktoś się zjawi, czy mam likwidować worki i szukać innych chętnych. A cała akcja "Ubrania do oddania" działa (wydaje się) w szlachetnym celu( oczywiście zdaję sobie sprawę, że są też ci, którzy ciągną z tego zyski dla siebie). Każdy oddany kilogram ubrań  ma wartość 1 zł. I te złotówki każdy oddający ubrania może przeznaczyć na wybraną kampanię charytatywną, wspomóc jakąś fundację, jakieś przedsięwzięcie, jakąś konkretną osobę. Do wyboru jest bardzo wielu zbierających, bardzo trudny wybór. W jednym z maili (jedyny kontakt) pożaliłam się, że lubię być dobrze poinformowana i że mam wrażenie, że piszę "na Berdyczów", bo nie ma odzewu. I że chętnie porozmawiałabym z realną osobą, bo kontakt internetowy jest, jak widać, niewystarczający, a żadnego numeru telefonu nie widzę. I o dziwo - zadzwoniono do mnie tuż po więtach i uzgodniliśmy, już drugi raz termin odbioru ubrań (worków, które zabierały mi dużo miejsca). Mieli przyjechać 2 stycznia około 11.00. Cały dzień już minął, nikt się nie zjawił. I nagle wieczorem, koło szóstej dzwonek do drzwi. Człowiek prywatnym autem, pyta, czy tu ma coś odebrać, dla kogo, na jaki adres? Mówię "Ubrania do oddania", taka akcja i miały być jeszcze jakieś inne worki, go których moje worki miały być zapakowane. On nic nie wie, ale zadzwoni. Chwilę trwało, człowiek powiedział, że zabiera te worki. No i wziął. Bez słowa (bez pokwitowania) ;). I odjechał. W sumie było mi już wszystko jedno, co kto z tymi ubraniami zrobi (chociaż były "czyste, całe i niezużyte", jak tego wymagali). Na szczęście na drugi dzień dostałam informację na moją pocztę, że kurier odebrał ode mnie ubrania. Noo. Ale ile? Ile przekazałam na tę akcję pomocy? To dotarło do mnie wczoraj. W złotówkach nie jest to rewelacja, ale uzbierać nieco ponad 27 kilogramów ubrań zdatnych do użytku, to już coś.

piątek, 28 grudnia 2018

i już po...

Święta za nami. A przed nami Sylwester i całkiem Nowy Rok :) A z każdym nowym rokiem nowe oczekiwania, nadzieje i troski też (niestety). Za carskich czasów w Rosji między Świętami Bożego Narodzenia, a Jordanem (6.01.) były "swiatki" (ze starocerkiewnego - dni święte). W tym czasie przyjęte było odwiedzanie się wzajemne , czyli przyjmowanie gości i chodzenie w gości, wtedy też "pokazywano" panny na wydaniu odpowiednim narzeczonym, w towarzystwie matek, ciotek, swatek. Był to czas wolny od obowiązków służbowych, czas odpoczynku i przyjemności. I u nas w tym roku dla niektórych  też taki czas luzu można wygospodarować. Bo czy ktoś (poza handlem) naprawdę poważnie pracuje po Świętach w czwartek, piątek, przed sobotą i niedzielą, i w Sylwestra? Tak sobie dywaguję, bo dla mnie każdy dzień - niedziela (no prawie), ale wszystkie moje dzieci mają wole i raczej żadna krzywda gospodarce się nie stanie.
A moją świąteczną atmosferę podtrzymuje nadal świąteczny (nieprzesadny)  wystrój mieszkania i odwiedziny miłych gości, te co już się odbyły i te, na które jeszcze czekam (sama też w gości chodzę) :)


To zdjęcie po wyjściu gości, kiedy moja kocia mogła się w końcu w spokoju położyć na swoim ulubionym miejscu. Choinka w tym roku jest "ekologiczna". Nie, nie jest skonstruowana z gałązek, nie jest też sztuczna. To kolejny konar z dużego rosnącego świerku. W nocy prezentuje się całkiem, całkiem.


W dzień widać, że jest 'cinka', ale nam w zupełności wystarczy, a drzewo będzie rosło dalej.

Wszystkim odwiedzającym życzę wszelkiej pomyślności , dużo zdrowia i ciągle nowych wyzwań  w Nowym 2019 Roku!!!



wtorek, 18 grudnia 2018

Za chwilę Święta

Byli u mnie wnukowie. Piekli pierniczki. Od wielu lat piekłam na więta pierniczki z ciasta, które leżakowało co najmniej 4 tygodnie. To ciasto jest zwarte, trudne w obróbce. Zawsze bolały mnie dłonie, rece po takim intensywnym wałkowaniu i wycinaniu ciastek foremkami. Tradycja - istotna sprawa, ale mam coraz mniej sił "w rękach". Zaprosiłam wnuków, żeby pomogli. Spodobało im się wycinanie (wałkowanie mniej, ale dzielnie na zmianę wałkowali), a najbardziej ozdabianie pierniczków. Za bardzo się z tym ozdabianiem nie wysilali, ale zabawa była. A w całym domu pachniało piernikami, a to dla mnie zapach wiąt.

\
Pierniczki grubiutkie, bo bardzo trudno było cienko wywałkować ciasto. A duże, bo takie szybciej się wykrawało.


Wnukowe pierniczki, więcej im się zdobić nie chciało.


A ja upiekłam jeszcze piernik staropolski (też dojrzewał) i więcej piec nie będę. Wiem, że parę swoich wypieków przyniosą synowe.
Będę jeszcze piec kulebiaki z kapustą i grzybami i z mięsem (mam już farsz zamrożony), ale to na ostatnią chwilę, żeby świeże były. W tym roku postanowiłam odpuścić perfekcjonizm, na rzecz rodzinnego bycia razem. Może w te więta uda mi się odpocząć? Do tej pory czas świąteczny był tak intensywny, że odpoczywałam dopiero po.

Wszystkim miłym odwiedzającym życzę spokojnych, zdrowych, serdecznych wiąt! A przed Nowym Rokiem jeszcze się tu pojawię 

piątek, 14 grudnia 2018

Pomaganie przez porządkowanie.

Najpierw znalazłam w swojej skrzynce mailowej "ofertę". Cudzysłów dlatego, że tym razem nie wyciągają ode mnie "gołych" pieniędzy , ani nie oferują towarów. A ja się zainteresowałam, bo coś takiego akurat było mi potrzebne. Nie będę na razie akcji reklamować, bo nie mam jeszcze podstaw. Chodzi o oddawanie niepotrzebnych ubrań, a uzyskane z tego tytułu przez organizatorów pieniądze (1 kg = 1 zł) przeznaczane być mają na pomoc konkretnej osobie lub fundacji pomocowej. Pomyślałam: czemu nie? Po rodzicach zostało jeszcze dużo ubrań "czystych, całych, nieznoszonych" (takie były wymogi organizatorów zbiórki). Zapisałam się do portalu, zapakowałam ubrania w dwa 60-litrowe worki (też wymóg, że ubrań musi być minimum 10 kg, a tyle ponoć będzie po wypełnieniu dwóch dużych worków). Postępowałam zgodnie z instrukcją, umówiłam czas i datę odbioru worków (bo po worki przyjeżdża kurier pod wskazany adres), dostałam nawet informację mailem, że "kurier w drodze". I tyle. Nikt się nie zjawił do dziś. Napisałam moje "rozżalenie", bo ani kuriera, ani żadnej informacji. Nawet dostałam po dwóch dniach odpowiedź, że kłopoty organizacyjne, że dziękują za zwrócenie uwagi na problem, że umówią z kurierem nowy termin. Wszystko mailowo, telefonu nie ma, porozmawiać po ludzku nie można, same roboty, jakby. I cisza.  Od czterech dni. I tak worki "zdobią" mi korytarz. A ja czekam, nasłuchuję telefonu od kuriera (bo on mój numer telefonu ponoć ma, jakiś "on").


A mała dziewczynka czeka na pomoc. Nie mam złudzeń, że to działanie charytatywne,  komuś nieźle się opłaci zbieranie tych ton ubrań ciągle zdatnych do użycia. Ale ja ich nie potrzebuję, a moje sumienie jest spokojniejsze, że nie tylko dobrych ubrań nie wyrzucam, ale przy okazji mogę komuś pomóc.

Jak już tak się rzuciłam do przetrząsania szaf, to znalazłam ogromną ilość ubrań, nadal czystych i całych (no, nie zawsze tak całkiem całych), ale dość znoszonych. I namówiona przez znajome zadzwoniłam do najbliższej noclegowni ( nazywa się ładnie "pogotowie społeczne"). Pani powiedziała, że przyjmą wszystko, z radością, szczególnie bieliznę, pościele, ręczniki , koce. Super. Bo w końcu ile ręczników można przeznaczyć na szmatę do łazienki? Z lekkim sercem spakowałam, co mnie już nie cieszyło, co się sprało czy znudziło. Zawiozłam, szybko sprawnie odebrano worki z auta, nawet nie musiałam nosić, krótkie dziękuję. I więcej miejsca w szafach. 
A jeśli przed Świętami nikt po powyższe worki się nie zgłosi, to zaniosę je na plebanię. Tak mi poradziła sąsiadka. Mają tam jakieś panie koordynujące "dary". Tu jest wieś i podobno nadal wielu osobom  przydadzą się różne ubrania. Zobaczymy. Pomagając czujemy się lepsi? No i dobrze. Lepiej czuć się lepszym niż gorszym, czyż nie?  Zwłaszcza przed   Świętami.


piątek, 7 grudnia 2018

Guziki

Porządkując mieszkanie po rodzicach, co rusz natrafiam na "skarby", rzeczy zachomikowane przez moją mamę na "zaś", na "wszelki wypadek". To wojenne pokolenie, pokolenie niedoborów, tak miało: wszystko może się "potem", kiedyś przydać. Trzeba było zrobić zapasy. Dotarłam do szaf, do których mama nie zaglądała od wielu lat (nikt tam nie zaglądał od co najmniej 10 lat, bo to tzw. szafki na "wyżkach", dostać się do nich można tylko po drabinie, a mama na drabiny nie wchodziła od dawna). W osłupienie wprawiły mnie słoje z cukrem, na oko 3 kg, z datą 2002 rok. Cukier ładny, gruboziarnisty, duże kryształy. Słoje szczelnie zamknięte, cukier, jak nowy, wszak się nie psuje,  (mam nadzieję, że to cukier, jeszcze nie próbowałam), jest też sól, miałka około kilograma. Po co te zapasy?? Nie rozumiem, czemu upchnięte "na dnie" wysokiej szafy ?? Sprawdzę i zużyję (w końcu jestem poznanianką), jedzenie (i nie tylko) nie może się zmarnować.
W innej szafie "na wysokościach" odnalazłam kilka worków z guzikami. Te z kolei mnie rozczuliły. Skrupulatnie pozbierane, odcięte od nienoszonych już ubrań, może zapasowe, może znalezione jakieś urwane. Mnóstwo, najróżniejszych, we wszystkich kolorach tęczy i we wszystkich rozmiarach.


I co ja mam z nimi zrobić (tu widać tylko wierzch głębokiej miski)? Szkoda, że nie znalazłam tych guzików wcześniej. Kuzynka zbierała wszelkie guziki do szkoły, gdzie młodzież z guzików robiła "obraz"  z okazji Stulecia niepodległości. Już im guziki niepotrzebne. Czy mam tak po prostu przechylić tę miskę i wysypać guziki do śmieci? Segregowanych (czy to jest plastik)? Nie, nie, jeszcze trochę u mnie poleżą. Może moja mała wnusia zechce się pobawić tymi największymi guzikami za jakiś czas? A może macie jakiś pomysł ? Chętnie się podzielę tym bogactwem. Bo mnie od tego wszelkiego odzyskiwanego, z czeluści szaf, dobra już głowa boli. I jak tu wprowadzać w życie idee minimalizmu?