niedziela, 20 maja 2018

Zupy kontrowersyjne

Jeśli bym zapytała moje dzieci, jaką zupę mam zrobić na obiad, usłyszałabym najpewniej - pomidorową. Zupa - symbol, zupa - łącznik: starego z nowym, mnie z rodzicami,  synów ze mną. To zupa oczywista, ale nigdy taka sama. Raz czysta, częściej ze śmietanką, z makaronem, najlepiej najcieńszym, raz ryżem, z lanymi kluskami, z kaszką manną, na rosole, bezmięsna, ze świeżych pomidorów, z przecierów. Tysiące wariacji, wielość  smaków, ale zawsze domowa pomidorowa.
Bo u mnie w domu, jak pokolenie wcześniej, codziennie na obiad jest zupa i drugie. Bo mój uwielbia zupy, bo "bez zupy życie jest do..."rymu. A zupę łatwo i szybko ugotować, nie ma problemu.
Kontrowersyjne zupy, to te, których ktoś z rodzinki nie lubi i nie je:
szparagowa, dyniowa, szczawiowa, barszcz. Robię najlepiej, jak umiem, mnie smakują, więc żal, że młodzi wybrzydzają (ja nie jadam czerniny, ale też jej nie robię).
Z czasem, z doświadczeniem mogę zrobić "z niczego" dowolną zupę. To "nic", to produkty, którymi akurat dysponuję (żeby nie biegać do sklepu, jest dość daleko). Jak ta przysłowiowa zupa z gwoździa.
Ostatnio zrobiłam taką zupę autorską, na pewno kontrowersyjną. To zupa "szpinakowa". Cudzysłów dlatego, że nie zrobiłam jej ze szpinaku (łac.Spinacea oleracea), tylko z łobody ogrodowej (łac.Artiplex hortensis) z rodziny komosowatych, zwanej u nas lebiodą jadalną (tak, jak i komosę, chwast ogrodowy, nazywamy lebiodą).

Na zdjęciu łoboda zielona i komosa biała (czyli lebioda chwast)

Ta łoboda może być zielona i czerwona (ponoć też żółta, ale takiej nie znam). I dorasta do dwóch metrów! Na start naszego ogródka tato wysiał mi czerwoną łobodę, jako roślinę ozdobną, która bardzo szybko urosła. I obok czerwonej znalazło się parę ziaren zielonej. I poszło! Sieje się sama co roku, jak chwast.


Ale wykorzystuję ją, najczęściej robię "szpinak". Mój niechętnie je szpinak, a tej łobody - lebiody tak dużo urosło. Żal wyrzucać, a wyrwać trzeba, bo zacienia inne warzywa. To pomyślałam, że spróbuję zrobić zupę.
Liście (bo ogonki i łodyga są dość twarde) sparzyłam, jak na szpinak. Liście czerwonej lebiody po sparzeniu są ciemnozielone, ale te żyłki i ogonki liściowe są ciemnoczerwone, jak buraki gotowane. Mój czerwonej lebiody nie chce jeść. Kilka razy przepłukałam liście czerwonej lebiody i zmiksowałam z tymi zielonymi liśćmi. Oczywiście dodałam tartą marchew, seler(akurat miałam naciowy), czosnek niedźwiedzi (rośnie mi na grządce, przywieziony z leśnej łąki), szczypiorek, trochę kaszki kukurydzianej. Doprawiłam masłem i śmietanką, na stół podałam grzanki (a właściwie bruschette -chip z pomidorami i oregano, akurat takie miałam). I czekałam na pochwały ;)


Zupa wyszła ciemno zielona, piękny kolor (niestety na zdjęciu przekłamany). A smak? No, zupa z zielonych warzyw, bez soli, bez masła i śmietanki pewnie nie miałaby żadnego specjalnego smaku.
Podobnie, jak zupa krem z porów. Mnie pasowała. Pochwały się nie doczekałam. Ale mój nigdy( nigdy!) nie skrytykował niczego, co ugotowałam (nawet, jak mnie samej coś nie smakowało). Już wiem, że potrafię ugotować każdą zupę "z wyobraźni", jaką mi ktoś zada. 

środa, 16 maja 2018

Z zupełnie innej beczki

Jak tworzy się blog bardziej anonimowy? Taki z nickiem, a nie nazwiskiem? Może mi ktoś podpowie, może zrozumiem? Bardzo potrzebuję "wygadać się", a na takim oficjalnym blogu to zupełnie niemożliwe. 
Jestem zmęczona rolą  osoby służebnej i zmęczona fizycznie, po prostu.
Tak się zastanawiam, czy osoby teraz stare (nie "starsze", tylko naprawdę leciwe) przemyśliwały wcześniej, w młodszych latach, jakie chciałyby (bądź nie chciałyby) być na starość. Bo mam wrażenie, że niektóre uważają, że z wiekiem należy im się rola królowej pszczół (nawet jeśli to byłby mężczyzna). Moja mama zawsze powtarzała, że najbardziej nie chciałaby być dla nikogo ciężarem. Mój tato chce jak najdłużej być samodzielny i pożyteczny.  I jest. Czy inni z mojego otoczenia w ogóle zadawali sobie takie pytania?
Usłyszałam kiedyś od młodszej przyjaciółki mamy (prawie mojej rówieśnicy), że moja mama była damą, szczególnie damą ducha. Najpierw się zdziwiłam, bo mama była taka zwyczajna dla mnie, zagoniona, zapracowana, najmniej myśląca o sobie i swoich potrzebach. A jednak. Nigdy nikomu nie zazdrościła, nigdy nie "kombinowała" czy jak to określała "nie chachuliła ", czyli nie wymyślała czegoś, co nie było prawdą (chachuli się w celu  albo osiągnięcia jakichś doraźnych korzyści, albo dla uniknięcia krytyki czy nieprzyjemności). Była uczciwa wobec siebie i innych, była odważna i nie bała się wyrazić swojego zdania, nawet jeśli to było " niepolitycznie". Nie lubiła plotek, była szczera w wyrażaniu uczuć ( w odróżnieniu od osób nieszczerych). I była uważna, otwarta na drugiego człowieka. Wysoką poprzeczkę mi postawiła. Ale też wzorzec matki, kobiety, człowieka. 
Czy można się dziwić, że porównuję inne matki do mojej? I że porównanie wypada na niekorzyść tych innych? Może jestem niewyrozumiała? Ale ja nie jestem wzorem, jestem pełna wad, nie jestem moją mamą (choć bardzo się starała, żebym była jej klonem). A wiecie, że w innych najbardziej nam doskwierają (często nieuświadomione) nasze wady?

wtorek, 1 maja 2018

Kordoba i jeszcze trochę Andaluzji

"Kordoba Omajjadów. Półmilionowa stolica kalifatu, z tysiącami domów, pałaców, gajów, fontann, uroczych mostów przerzuconych na Gwadalkiwirem. Miasto setek meczetów, łaźni publicznych, bibliotek. Do sławnego uniwersytetu zjeżdżają nie tylko wyznawcy islamu. Wysoki poziom nauk filozoficznych, ścisłych, medycznych przyciąga słuchaczy nawet z "niewiernej Europy,
Tak wyglądała Kordoba tysiąc lat temu, zanim kastylijscy królowie nie wyparli z niej mauretańskich władców." Tak pisał o Kordobie Antoni Piskadło w wydanej 40 lat temu książce "100 najsłynniejszych budowli".
Bo właśnie w Kordobie znajduje się opromieniony sławą główny meczet Kordoby, najwspanialsze dzieło architektury islamu w Europie - Mezquita. Budowla ta przetrwała do naszych czasów dzięki (z powodu) jednemu z biskupów  Kordoby z czasów panowania Carlosa V (XVI w), który chciał się przypodobać władcy i wbudował w środek meczetu katedrę katolicką. Carlos V, gdy odwiedził to miejsce, stwierdził z żalem: jak można było uszkodzić coś tak niepowtarzalnego (meczet), żeby zbudować coś, co jest w każdym mieście (kościół katolicki). Pierwotne założenie zostało zniekształcone, ale to co pozostało z meczetu nadal robi ogromne wrażenie. To budowla o bokach 180x130 m, budowana od VIII do X wieku, jednopiętrowa, z zewnątrz nie przyciągająca uwagi. Wnętrze robi kolosalne wrażenie. W każdym razie mnie poruszyło. Wypełnia je nieogarniony, na pozór, las kolumn połączonych podwójnymi łukami, rozchodzący się we wszystkich kierunkach. Tylko tyle i aż tyle. I mimo tłumów turystów - niebywały spokój, harmonia, niezwykły nastrój. I pustka.

katolicka katedra płynnie "wyrasta"z meczetu, gdyby nie kościół, pewnie rozebrano by ten symbol minionych "niesłusznych" czasów.




A tak wygląda meczet z wbudowana w niego katedrą i starożytnym mostem na rzece Gwadalkiwir (makieta w centrum informacji turystycznej) .



A oto i most z widokiem na katedrę, którą mieszkańcy Kordoby nazywają i tak Mezquita , czyli meczet.
Kordoba, to przede wszystkim Mezquita, ale nie tylko, to zabytkowe mury miejskie, otaczające stare miasto, to sama Starówka - plątanina wąskich uliczek, małych placyków, uroczych patio, z lokalami w ogródkach na świeżym powietrzu, małe sklepiki z biżuterią, ceramiką, wyrobami ze skóry i korka, jednym słowem z wyrobami miejscowego rzemiosła. Bardzo mi się podobała stara Kordoba.

 
I jeszcze było ciepło, gorąco  (na pewno ok +30 st w słońcu) i cieszyłam się, że jestem w Kordobie w kwietniu, bo letniego skwaru bym nie zniosła.
 Wycieczka była bardzo intensywna, codziennie przez 6 dni zwiedzaliśmy inne miasto, nasza pilotka i przewodniczka bardzo starała się powiedzieć nam o danym miejscu wszystko. Nawet po kilka razy. Trochę to męczyło. Ale lepiej więcej, niż za mało (przecież zawsze można się wyłączyć, nie słuchać).
Największym miastem odwiedzonym przez nas była Malaga. To miasto dopiero od mniej więcej 50 lat "wybuchło", od czasu, gdy po śmierci dyktatora generała Franco Hiszpania otworzyła się na świat i gdy ów świat odkrył Costa del Sol - Słoneczne Wybrzeże. dzięki turystom Andaluzja odżyła, przestała być najbiedniejszym regionem Hiszpanii. I Malaga z niewielkiego rybackiego miasta stała się drugim co do wielkości miastem Andaluzji (stolica regionu  i tym największym miastem jest Sewilla, której niestety nie widzieliśmy).
W Maladze nie ma zbyt wielu zabytków, ale to także miasto z długa historią, także z okresu Maurów. Są  tu twierdze: niższa Alkazaba i wyższa - Gibralfaros, do niej zawozi się turystów, bo z niej rozciaga się wspaniały widok na miasto i zatokę.


Na pierwszym planie arena walki byków, dalej port.
W Maladze, w starej części miasta, wokół katedry z XVI wieku, z jedną wieżą (na drugą zabrakło funduszy i nigdy jej nie dobudowano) zwanej Manqiuta - Jednoręka, rozchodzą się przytulne uliczki, szersze i węższe - deptaki spacerowe, ze sklepami wszystkich światowych marek.  W czasie, gdy byliśmy w Maladze, odbywał się tam festiwal filmowy. Gwiazd światowego kina nie spotkałam, ale widziałam Ewę Wiśniewską (wracaliśmy tym samym samolotem) i Magdalenę Cielecką.
malagę wspominam miło, bo po pierwsze wypiliśmy sobie malagę w Maladze , a po drugie Mój kupił mi bluzkę w Desigualu :)

Tu - Jednoręka:)


Potem, w następnych dniach byliśmy w Rondzie, Benalmadenie - Pueblo i w Mijas. O Rondzie zapewne słyszeliście: niezwykłe zabytkowe miasto po dwóch stronach bardzo głębokiego wąwozu (160 m w najgłębszym miejscu). Starsze miasto, z wąskimi białymi uliczkami z XV-XVI wieku łączy z "Nowym" miastem niezwykły most, most - symbol miasta. A nowe miasto liczy sobie też już 400 lat :)

A most w obecnym kształcie powstał w końcu XVIII wieku.


Jeszcze widok na starszą część, nad skalnym urwiskiem, zdjęcie z mostu.

W nowszej części miasta znajduje się najstarsza w Hiszpanii (ponoć) arena do walki byków. Widzieliśmy ją tylko z zewnątrz. Przy każdej arenie zawsze jest też muzeum, poświęcone najsławniejszym torreadorom i walkom. Jest tez zawsze kaplica. To w końcu potyczka na śmierć i życie, czasem pierwszy ginie torreador (byk ginie i tak zawsze).


Taka dość niepozorna rotunda z zewnątrz.

Ostatniego dnia wycieczki pojechaliśmy do dwóch białych miasteczek , dawnych pueblo. Jedno z nich, to stara, najstarsza część znanego obecnie kurortu - Benalmadena. Ta stara część położona jest wyżej, w pewnej odległości od wybrzeża. Dawniej andaluzyjczycy nie lubili morza, kojarzyło im się tylko z ciężką pracą rybaka i z najazdami wrogów, chcieli się od tego odciąć. To pueblo nieczęsto jest odwiedzane przez wczasowiczów korzystających z uroków plaży i rozrywek w jej pobliżu. Moja znajoma spędziła 7 dni w kurorcie Benalmadena, ale w pueblo, czyli w zabytkowym starym centrum nie była. Nie wiedziała, że jest "tam wyżej" cos ciekawego do zobaczenia. Gdyby nie wycieczka, ja też bym pewnie nie wiedziała.

    

To bardzo charakterystyczny widok: przydomowy ogródek doniczkowy :), w każdym z mniejszych miasteczek takie widziałam, na chodniku, przy wejściu do domu.


W Benalmadenie jest też ta oryginalna budowla - buddyjska stupa (której autorem był polski architekt, buddysta , nazwiska nie zapamiętałam). Stoi na wysokim klifie, zwrócona w stronę morza (a wiało tam okrutnie).

Pól godziny później i kilkanaście kilometrów wyżej byliśmy już w małym miasteczku, przytulonym do zbocza góry. Mijas (czyt, Mihas). Białe pueblo - urocze miejsce. Tylko byliśmy tam w niedzielę i były tam tłumy, oprócz obcokrajowców także Hiszpanie całymi rodzinami (czyli co najmniej 3 pokolenia).   


W drugą stronę przy dobrej widoczności widać morze (w dniu naszego pobytu nad doliną leżała mgiełka).
W Mijas mieliśmy czas dla siebie. Wypiliśmy smaczną kawę (cena "na wysokości" - 2 Euro, a zwykle wszędzie 1.30 - 1.70 najwięcej) i zjadałam jedyne ciastko w czasie całej wycieczki! Nie zachęcały, jakieś wszystkie z francuskiego ciasta albo jak amerykańskie paczki z dziurką, albo mufiny. Nic ciekawego. A tu był jakiś wyrób własny, no i tak dość gumowaty, ale oryginalny.

Po powrocie do hotelu, nad samym morzem w malutkim El Morche, poszliśmy na spacer wzdłuż morza. Plaża nie zachęcała do spacerów, piasek jak przysłowiowa czarna ziemia, miałam obawy, że sobie nogi pobrudzę (jak przy pracy w polu). Ale morze cudne, szmaragdowe fale bijące o brzeg. I piasek też ciepły, żwirowy, tyle, że popielaty.
A przy plaży promenada, deptak, z kawiarenkami, restauracjami.  Całkiem przyjemnie, no i tłoku żadnego.

Zamiast plażowiczów - wędkarze. Wędkować wolno od 21.00 do 9.00, ale to pewnie w sezonie, a gdy nikt nie plażuje, to cały dzień?



I to juz prawie cała wycieczka. Ale byliśmy jeszcze poza Hiszpanią - na Gibraltarze Jej Królewskiej Mości Elżbiety II. O tym napiszę jeszcze kiedyś.
 

środa, 25 kwietnia 2018

Zapraszam do Grenady

Grenada, to przede wszystkim Alhambra, a dokładniej zespół pałaców i ogrodów Alhambry i Generalife. Generalife, to górny zespół pałacowy, letnia rezydencja emirów Grenady, leżąca na wysokim wzgórzu, naprzecie Alhambry. Te dwa zespoły zamkowo - pałacowe i ogrody przecina dolina. Alhambra, niżej położona, jest starsza. Najstarsze zabytkowe mury obronne pochodzą z VIII-IX ww. Są to zabytki kultury mauretańskiej - muzułmańskiej. Maurowie władali tą krainą aż do XV wieku, gdy otoczeni już przez chrześcijan, przybyłych z północy poddali się i opuścili niezdobytą, warowną Alhambrę. Było to w roku 1492 roku.
 W 1984 roku wpisano Alhambrę na listę zabytków Światowego Dziedzictwa UNESCO (na 8 pozycji).


Tu widok z Generalife na mury Alhambry, jeszcze dalej, w dole - Grenada.


To jeden z dziedzińców w Generalife, zawsze z kwiatami i wodą.



A to już Alhambra - Dziedziniec Cudów. Chociaż jest tu zawsze tłum turystów, to cudowne miejsce, stanęłam "na progu" i westchnęłam z zachwytu. A jako wieczna sceptyczka nie jestem skora do zachwytów. Alhambra w całości, czyli jako "ogół" jest ciekawa, ale szału nie ma. Są tylko wybrane, bardzo nastrojowe, piękne miejsca i śliczne, kunsztowne detale.




To kolejny piękny dziedziniec z sadzawką. Jeden z najważniejszych w pałacu. To Dziedziniec Mirtów, które rosną nad brzegiem sadzawki, po prawej i lewej stronie.  Przewodnicy podpowiadają, że najlepiej robić zdjęcie z poziomu wody, wtedy widać odbicie pałacu w wodzie :)


Ten widok też mnie zachwycił. Arabowie bardzo cenili wodę, płynącą wodę, stworzyli cały system nawadniający, doprowadzający bieżącą wodę z pobliskich gór do Alhambry i dalej w doliny, nawadniający pola uprawne i ogrody. Andaluzja w czasach arabskich była bogatą zieloną krainą, z gajami pomarańczowymi i winnicami. Gdy chrześcijanie zajęli te tereny, wygnali Maurów, zanim nauczyli się od nich, jak dbać o tę żyzną krainę. Nie umieli obsługiwać urządzeń nawadniających i w niedługim czasie z żyznej i bogatej krainy Andaluzja zmieniła się w suchy niegościnny kraj, najbiedniejszy region Hiszpanii. Teraz powoli, w dużej mierze dzięki przemysłowi turystycznemu Andaluzja zaczyna się odradzać.

W mieście także są piękne miejsca i zabytki. Ale po trzech godzinach zwiedzania Alhambry nie miałam już siły na dalsze dreptanie po mieście. Na tym pięknym placu nieopodal katedry z XVI wieku (widać wieżę, której nigdy nie ukończono, bo skończyły się fundusze) odpoczywałam pijąc fantastyczną kawę w niewielkim lokalu i jedząc mix miejscowych krokiecików, wielkości naszych pierogów, z dziwnymi nadzieniami: serowym, rybnym, grzybowym (ale czy na pewno?). A przy fontannie - pierwsza kwitnąca róża, którą zobaczyłam w Andaluzji.
Grenada i Alhambra, cieszę się, że mogłam to zobaczyć. C.d.n.

sobota, 21 kwietnia 2018

Andaluzja - brzmi, jak poezja

Zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się w Andaluzji. bo często jakiś wyjazd planuję, organizuję ze sporym nawet wyprzedzeniem. A teraz, jeszcze 10 dni temu nie wiedziałam, że pojadę na wycieczkę. Na mojej poczcie zwykle pojawia się wiele reklam biur podróży, ale ja z nich nie korzystam (z usług tych biur). mam swoich ulubionych pośredników turystycznych, którzy nie dają mi gotowego produktu, tylko vouchery na noclegi (często z wyżywieniem i dodatkowymi bonusami) i zazwyczaj z transportem (ale może być i bez transportu, jeśli mam własny). Kilka lat temu byłam na wycieczce w Turcji z pewnym biurem podróży. Wyjazd był po bardzo okazyjnej cenie, świetnie zorganizowany i zrealizowany. Od tamtego czasu dostaję, co jakiś czas oferty z tego biura, ale to jest poziom 4*, raczej nie na moją kieszeń. Już od zeszłego roku "śledziłam" wycieczkę do Andaluzji, czytałam opisy, kombinowałam, jak by tu można ciąć koszty. Nic, stale był to zbyt drogi wyjazd na dwie osoby (bo mam taką idee fix, żeby jak najwięcej zobaczyć jak najniższym kosztem). No i czytam sobie w  zeszły czwartek pocztę i widzę, że owe biuro tnie koszty i nie nazywając tego "last minute", tylko zanęcając ostatnimi czterema miejscami obniża cenę o prawie 1000 zł! Jak nie skorzystać?? Z takiej okazji?? Ale przecież  trzeba jeszcze namówić Mojego na wyjazd, no i zapłacić.  I to szybko!. Bo wyjazd już w poniedziałek! Mam kochanego męża, który akurat dysponuje czasem (i widzi, że zona mu przez zimę i przedwiośnie zaczęła wpadać w depresję). Szybka decyzja i pojechaliśmy:)

I własnie piszę do was z hotelu na wybrzeżu Costa del Sol, z miejscowości Torrox ( a wymawia się Torroh). Stąd codziennie robimy wycieczki do najpiękniejszych miejsc Andaluzji. 
Dziś tylko migawki, panoramy, a więcej po powrocie. Jutro ostatni dzień pobytu (a raczej rozjazdów) i w poniedziałek powrót do Polski w godzinach wieczornych. Uff. Bardzo intensywne zwiedzanie. Ale czego się nie robi "żeby mi się widziało" i "żeby mnie było więcej".



Grenada na tle ośnieżonych szczytów Sierra Nevada, najwyższego pasma kontynentalnej Hiszpanii.


Widok na Alhambrę w Grenadzie.


Kordoba z widokiem na most z czasów rzymskich i Katedrę Mezquitę.


Malaga - widok z Twierdzy Gibralfaros na arenę corridy i port. 


Niezwykła Ronda, na wysokich skałach, po dwóch stronach głębokiego na 160 metrów wąwozu.

I jeszcze wypad do sąsiedniego państwa brytyjskiego :)

Gibraltar - słynna skała. I typowo brytyjska pogoda ;)

Więcej zdjęć i relacji z podróży - wkrótce.  





     

czwartek, 12 kwietnia 2018

Dziadek Jóżef

 Na mojej bieliźniarce (którą nazywa się u nas "szafonierką") stoi zabytkowe zdjęcie mojego dziadka Józefa, ojca mojej mamy.
To zdjęcie z rosyjskiej niewoli, z I wojny światowej, gdy mój dziadek, poddany pruski, walczył na froncie wschodnim (po 1917 roku zwolniony do domu). To zdjęcie - kartka pocztowa z napisami po francusku i rosyjsku, że jest to poczta jeńca wojennego (correspondence des prisonniers de Guerre, pis'mo wojennoplennogo): Na pamiątkę z Niewoli Rosyjskiej zasyła kochanym Rodzicom syn Józef.

Miałam napisać te wspomnienia  w  imieniny Józefa (19.03.),ale nie zdążyłam. Spróbuję dziś.
Niewiele wiem o tym moim przodku. Nigdy go nie poznałam. Zginął w obozie Auschwitz w 1941 roku. Żył jedynie we wspomnieniach mamy, nieczęstych, bo były bolesne. Straciła ojca, gdy miała 13 lat. A ja, za życia mamy nie dociekałam, nie interesowałam się, po prostu, historią. Z rodzinnych opowieści pamiętam, że syn Józef był jedynym pozostałym przy życiu dzieckiem Franciszka i Marii Cenkrów. Pozostałe dzieci (bodajże 4 lub 5 zmarły na dyfteryt w dzieciństwie, w czasie epidemii, Józef jedyny  przeżył). Pradziad Frantz Zenker przybył do Wielkopolski z któregoś z księstw niemieckich (bo przecież Niemiec jeszcze nie było) w drugiej połowie XIX wieku. Ożenił się z Polką, Matką - Polką i został Polakiem. Spolszczył nazwisko na Cenkier.  Józef urodził się w połowie lat 80-tych XIX wieku w Gostyniu (dokładne daty są zapisane w jakimś drzewie genealogicznym, ale nie będę go szukać). Z zawodu był stolarzem. Mama wspominała, że pod koniec lat 20-tych dziadek namówiony przez znajomego kupił wspólnie z nim młyn, chciał być przedsiębiorcą. Interes się nie powiódł, wspólnik dziadka oszukał, spalił młyn i uciekł, zostawiając dziadka z długami. Potem już tylko warsztat stolarski zapewniał byt rodzinie (zdaje się, że mam po dziadku ten kompletny brak zdolności do robienia interesów i pomnażania gotówki). Zostało niewiele zdjęć dziadka i pojedyncze meble, które dziadek zrobił dla siebie i rodziny. W czasie wojny dziadek z rodziną został wysiedlony do Generalnej Guberni nad Bug, wyjechali praktycznie bez niczego (każdy mógł zabrać jedną walizkę, ale ile udźwigną dwie małe dziewczynki?). Do dziadka mieszkania, pełnego jego mebli wprowadzili się Niemcy Bałtyccy (z  Inflantów) i uciekając przed końcem wojny do Niemiec zabrali sporo sprzętów. Część mebli oddana na przechowanie znajomym przepadła ( dziadek zginął, wdowa nie miała siły walczyć o swoją własność). I niewiele więcej wiem o moim dziadku. I jeszcze dopytując się o swą prababcię, matkę Józefa, dowiedziałam się od mamy, że babcia nie pojechała z nimi na wysiedlenie, bo była zbyt stara i słaba (miała już 80 lat). Została ze swoją siostrą. Dziadek Józef zginął w Auschwitz już w 41 roku. Było przykazane całej rodzinie, pozostałej w Gostyniu, żeby broń Boże nie zdradzić tego faktu babci Cenkierowej, nie śmiała się o tym dowiedzieć (póki rodzina była w GG). To było jej jedyne dziecko! Pech chciał, że jakaś plotkarska znajoma, nieuświadomiona lub złośliwa, spotkawszy (pra)babcię już na początku 45 roku, zapytała ją, jak sobie radzi po śmierci syna. Gdy do matki dotarło, że ostatnie jej dziecko nie żyje, mimo, że była silną i zdrową staruszką, nie miała już po co żyć, położyła się do łóżka i w przeciągu tygodnia zmarła. Tyle się dowiedziałam o historii rodzinnej.
A na strychu w rodzinnym domu mamy zachowało się parę sprzętów sprzed wojny. Ja też mam po dziadku pamiątkę. Widocznie dziadkowi spodobał się stolik, przy którym pozował rosyjskiemu fotografowi do zdjęcia w czasie niewoli .

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Dzika przyroda blisko człowieka

I dlaczego się tak zadziwiam? Ja się i zadziwiam i zachwycam. Mnie ekscytuje to, że 40 metrów od mojego domu żyją sobie bobry! Jestem jeszcze z tamtej epoki, kiedy bobry na naszych nadwodnych terenach były rzadkością, ba, groziło im wyginięcie. Wtedy prędzej można było chyba spotkać nutrię, zbiegłą z hodowli, niż bobra.  Już ze dwa lata temu zadziwiałam się, że nad niewielkim jeziorkiem, w pobliżu sporej wsi, 20 kilometrów od Poznania żerują bobry. Jesienią ślady bobrów były świeże: przegryzione, powalone młode drzewka, nadgryzione naokoło starsze, całkiem grube drzewa. Wtedy widziałam to po raz drugi w tamtym rejonie. Ale, żeby za płotem? W bezpośrednim sąsiedztwie, nad wąską strugą, która latem ledwie ciurka (teraz bystro płynie i rozlewa się na metr). Rosną nad brzegami chaszcze: derenie świdwy, bez czarny, tarnina, młode głogi, jesiony samosiewki, olchy, no i stare grube wierzby, których korony przycinane są "na łyso" do gołego pnia co kilka lat (chyba ze 2 lata temu wycięto znad rowka wszystkie krzaki i drzewka i przycięto wierzby, teraz już odrastają). Dowiedziałam się od Mojego, który poszedł uciąć kilka bazi na Wielkanoc, że bobry harcują nad naszym rowkiem. Dziś, przy pięknej słonecznej pogodzie postanowiłam zobaczyć ślady bobrzej działalności osobiście. Lisy na "naszym" polu widziałam dość często, także sarny i zające, ale bobra spotkać w środku niczego? To by było coś! Oczywiście żadnego stworzenia nie spotkałam, zbyt głośni jesteśmy, nawet idąc cicho i ostrożnie. Ale podgryzionych drzew i świeżych wiórów widziałam sporo, także szerokie nory prowadzące znad strumienia w pole, pod ziemię.

Jakby ktoś wyciął, tylko widać ślady zębów na przekroju ;)

Za drzewem to nie śnieg, to woda dziś, w słońcu.

 Ciekawe, kiedy bobry żerują? Rankiem, czy pod wieczór? U nas cisza, spokój, nawet psy po polach nie biegają, a jedzenia w bród, no to się tu trzymają. Tak bym chciała zobaczyć te puchate cuda. Mój syn mieszkał jakiś czas w Gorzowie, na ulicy oddzielonej od Warty szerokim na kilometr pasem nieużytków i trzcin. Miał okazję zobaczyć bobra przechodzącego dostojnie przez tę ulice w stronę Warty. Tak dostojnie, że syn zdążył nawet zrobić mały filmik.  Takie bliskie spotkanie z naturą.
A wiosna zwleka i zwleka. Niby słońce i nawet +10 st., ale wiatr głowy dziś urywał. Poza miejscami osłoniętymi od wiatru (nad strugą), wcale nie było przyjemnie na dworze.  Mój dereń jadalny nie zdecydował się jeszcze rozwinąć w pełni, żółci się już od połowy marca, ale kwiatki ma jeszcze co najmniej w połowie w pączkach (to są bardzo drobne kwiatki zebrane w male wiechy), krokusy tylko szlachetne mi kwitną,a mam ich mikro, takie zwykłe, białe z fioletowymi żyłkami dopiero dostają pąki, owszem, tulipany mają coraz większe liście i nawet hiacynty pokazują kwiatostany, ale czekamy na ciepło! Niech już ta wiosna wybuchnie!