wtorek, 18 września 2018

Blisko, coraz bliżej

W końcu! Co prawda nadal wydaje mi się, że mieszkam na odludziu. Ale nie jestem już odcięta od "świata". Mieszkam tylko (lub aż) 5 kilometrów od kolei i autobusów, a gdyby nie prywatny , własny transport, to byłabym i byłam, skazana na siedzenie w tym "środku niczego". Lub na pieszą wędrówkę do miasteczka. To się zmieniło! Gmina "za chwilę" włączy się w inicjatywę "kolei metropolitalnej". Zakupiła autobusy, które dowożą mieszkańców okolicznych wsi na dworzec PKP, bezpłatnie, żeby można szybko i wygodnie dotrzeć do metropolii, czyli Poznania. Już teraz można szynobusami poruszać się, jak tramwajem, po Poznaniu. Do odległych dzielnic po torach kolejowych można dojechać (nie tylko w godzinach szczytu) znacznie szybciej niż jakimkolwiek innym środkiem transportu (włączając w to prywatne auta).
Do tej pory jeździłam do Poznania pociągiem sporadycznie, ale mając wygodne połączenie  z mojej wsi i co godzinę pociąg do Poznania, to na pewno częściej skorzystam z tej opcji. Szczególnie, gdy nasza linia zostanie włączona do systemu kolei metropolitalnej i będę mogła kupić jeden bilet, obowiązujący na wszystkie środki transportu publicznego w mieście. W tej chwili mam 50% zniżki na tramwaje i autobusy miejskie. Gdyby jeszcze kolej metropolitalna oferowała mi 50%, to podróż do "cywilizacji" stałaby się bajecznie tania.  Na razie wiem,że autobusy "dojazdowe", jeżdżą przez moją wieś kilka razy w ciągu dnia. Ale nie wiem kiedy będzie u nas kolej metropolitalna. Może dowiem się coś z internetu, poczytam  i cierpliwie poczekam. I na pewno będę korzystać z tych autobusów, żeby choćby zrobić zakupy i pójść do ulubionej biblioteki. Już nie czuję się, jak na wyspie. A tak bardzo życzyłam sobie tego transportu publicznego. I doczekałam się. W końcu!

piątek, 14 września 2018

Najbliższy kurort

Według słownika PWN słowo "kurort", to 1) miejscowość lecznicza, 2) miejscowość wypoczynkowa . Wikisłownik uważa, że  słowa "kurort" należy używać raczej w odniesieniu do miejscowości zagranicznych, a polskim odpowiednikiem tego słowa jest "uzdrowisko" (ale jednak mówimy chociażby o polskich kurortach nadmorskich).
Moim najbliższym uzdrowiskiem i kurortem (w obu znaczeniach dla mnie) jest Inowrocław. Jest tu tak, jak lubię: zielono, zdrowo, przyjemnie, rozsądnie cenowo, wszystkiego po trochu i do domu blisko (wygodnie pociągiem regio jadę godzinę). Zielono - bo park zdrojowy jest piękny i rozległy, zdrowo, bo jest tu uzdrowisko, są tu tężnie i lecznicza solanka (terma)  i mineralne wody lecznicze, przyjemnie, bo jest tu wielka ilość różnych gabinetów  odnowy, kosmetycznych, SPA, jest basen z solankową woda termalną, są różne kawiarenki i jest miasto. To miasto, stare centrum, to własnie część tego "wszystkiego po trochu": muzeum im. Jana Kasprowicza, a w nim obrazy Wyspiańskiego, Witkacego, Fałata, Axentowicza, dział poświęcony dwóm wybitnym synom Ziemi Kujawskiej - Janowi Kasprowiczowi i Stanisławowi Przybyszewskiemu (tego akurat nie lubię), a także stała wystawa poświęcona historii Inowrocławia. Jest tu w mieście, w budynku Teatru Miejskiego stała ekspozycja  solnictwa inowrocławskiego (miasto dosłownie zbudowano na soli, przez wieki wydobywano tu sól)), a także wystawa  poświęcona prymasowi Józefowi Glempowi rodem spod Inowrocławia. Jest tu odświeżony, zrewitalizowany Rynek, ładny deptak Królowej Jadwigi i sporo sklepów (kuracjuszki nie samymi zabiegami wszak żyją).
A ja ostatnio wyskakuję sobie co roku na 3 dni do Inowrocławia, żeby "nie robić nic" i żeby robić tylko to, na co mam ochotę. W tym roku pogoda , tak łaskawa dla wszystkich wypoczywających, pokrzyżowała mi trochę plany, bo akurat cały jeden dzień padało, ale i tak wypoczywałam: byłam pod tężnią (nawet w środku między tężniami) , zażyłam kąpieli w termie, poszłam na masaż z bajerami, byłam w muzeum, zjadłam super lunch (dla mnie to był cały obiad : zupa dyniowa i 8 supersmacznych pierogów z mięsem ) za niecałe 20 zeta w eleganckiej restauracji Saline (chyba tak się nazywała, polecam całkiem darmo). I najważniejsze - spotkałam i poznałam jedną z Was! I porozmawiałyśmy sobie od serca przy smacznej kawce i deserze (nomen omen "przysmak teściowej"). Dziękuję Ci serdecznie J.!




Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Deszcz, to nie jest dobre tło do zdjęć. Gdy powiększycie  to, co powyżej, dowiecie się więcej o sześciu (z 10) Naj... w Inowrocławiu, najbliższym mi (nie tylko fizycznie) kurorcie.

niedziela, 9 września 2018

Co ja mam z tym zrobić!?

"To", to jabłka.


 Klęska urodzaju, w każdym razie w mojej skali. U mnie są trzy jabłonki, dwie z nich już dawno temu owocowały, ta jesienna ma akurat tyle owoców, że mnie by wystarczyło. Ale od tego tego roku mam też drugi ogród, ogród taty. A tam 14 ! jabłoni. To jeszcze nie sad, ale w tym roku akurat jabłonie owocują, jak głupie i jest ich mnóstwo. A że tatuś lubił urozmaicenie i umiał szczepić drzewa, to na każdej jabłoni są co najmniej dwie odmiany, a najczęściej cztery albo i więcej.  Na czterech jabłoniach jabłek już nie ma. Ale na pozostałych są i dopiero zaczynają dojrzewać. Tak zwane spady są na razie w większości robaczywe. Nie mam siły się nimi przejmować. Ale gdy zaczynają z drzewa spadać jabłka całkiem zdrowe, ładne, to znak, że już czas na zbiór. Moja poznańska dusza i wychowanie w poszanowaniu jedzenia nie pozwalają mi patrzeć obojętnie, jak dary natury się marnują. Zbieram, zrywam i mam kłopot. Owszem, syn bierze do pracy, wnuki pogryzają, ale ile można zjeść?  Mogę rozdać, ale komu? Jabłka są kłopotliwe: trzeba je na przetwory obrać ze skórki. Mogę zrobić trochę musu, wtedy całe jabłka duszę, potem przecieram. Ale mam jeszcze zeszłoroczne zapasy, jakoś wolno "schodzą".
Przypomniał mi się wiersz Jana Brzechwy "Entliczek pentliczek". Jestem, jak ten robaczek, który już jabłek nie chce oglądać. A tu w menu :
"...Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami.
    Duszone są jabłka, pieczone są jabłka
    I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka! (babki z jabłkami nie robię, ale pozostałe dania, jak najbardziej, no ale ile można?)

Patrzę na te ładne (przecież)  jabłka i zastanawiam się:  " co ja mam z tym zrobić?" A to dopiero początek.  Macie jakiś pomysł?




niedziela, 2 września 2018

Ach, te brzoskwinie...

Znów się nimi cieszę.

Czyż nie są śliczne? Niby "tylko" takie nasze, krajowe, nie te szlachetne, letnie, ale mają też swój urok. Obrodziły. Ale niestety, lato nie było dla nich łaskawe. Wody z nieba miały, jak na lekarstwo. Okropna susza i spiekota nie sprzyjały większości drzew i owoców. Także brzoskwinie polskiej odmiany Rakoniewickiej wolą chłodniejszą i wilgotniejszą aurę. Co z tego, że były codziennie podlewane? Drzewa nie wyschły, żyły, ale owoce na nich mizerne. 
Te, które pokazuję powyżej rosną tuż przy domu, pod okapem. Południowe słońce (rosną od południowej strony) ich nie uszkodziło, a łagodne słońce popołudniowe i codzienne podlewanie dały efekty w postaci pięknych, dużych, dorodnych owoców w zadowalającej mnie ilości. To taka ilość, żeby się najeść do syta, jeszcze dać sporo każdemu z synów i nie męczyć się przetwórstwem.

To tylko dwie gałęzie (dwie pozostałe owocowały w lipcu, pisałam o nich wtedy).

Ale to nie jedyna brzoskwinia w moim ogrodzie. Brzoskwinie mają w naszej rodzinie długa tradycję uprawy. Gdy rodzice kupili swoją daczę, ugór i piach, to znajomy poradził, że na takim piaszczystym podłożu (po wzbogaceniu gleby) bardzo dobrze udają się brzoskwinie. I rzeczywiście. Przez prawie 40 lat na daczy rosły i nadal rosną różne odmiany brzoskwiń, łącznie z nektarynami. Ale brzoskwinie nie są długowieczne. To w naszym klimacie drzewa delikatne,  te  z cieplejszego klimatu źle znoszą nasze mroźne, szczególnie bezśnieżne, zimy, atakują je choroby. Drzewa nie żyją długo (15-20 lat). A polskie odmiany są zwykle dość późne (wrzesień) i nie tak soczyste i smaczne, jak te letnie. Ale też mają swoich amatorów. Te moje  tegoroczne(powyżej i poniżej) jedynie minimalnie ustępują wielkością i smakiem tym lipcowym.



Mam jeszcze dwa drzewa i klika drzewek. Te dwa drzewa mają już 10 lat i rodzą w pełni. Te pozostałe, to wszystko samosiewki, z owoców których w poprzednich latach nie zdołałam sprzątnąć. I na tych młodych drzewkach (w różnym wieku) miałam pierwszy raz owoce, po dwa, trzy - wszystko, jak 'rodzic' - rakoniewicka. Te starsze drzewa stoją cały dzień w słońcu i żadne podlewanie nie było w stanie pomóc owocom. Są małe, nie do końca jeszcze dojrzałe, a i tak opadają, podsuszone. I jest ich bardzo dużo, za dużo. Zmęczyło mnie ich przerabianie. A nie wyobrażam sobie, żebym mogła je tak po prostu zlekceważyć, pozwolić im się zepsuć, zmarnować. I to nie tylko z powodu tych hektolitrów wody wylanych pod drzewa (ale nie znoszę marnotrawstwa żywności i wody).

Tu widać wyraźnie różnicę, chociaż to ta sama odmiana, tylko różne warunki uprawy. 
Więc biedzę się i przerabiam te mniejsze na dżemy, robię kompoty na bieżąco i wydaję przetwory i owoce rodzince. 



Ale, gdy dziś znów przyniosłam do domu spory kosz spadów, postanowiłam pójść na łatwiznę. Zapakowałam umyty drobiazg do słoików, zalałam osłodzoną woda i zagotowałam. Są kompoty. A z pestkami sobie przecież poradzimy, nie ma problemu.


Mam na drzewach (i jeszcze w koszu) sporo tych "pipków" (tak moi rodzice określali  owoce i warzywa  drobne, niewyrośnięte). Na pewno zrobię kolejny placek z brzoskwiniami i pewnie jeszcze dżem. I za chwilę się brzoskwinie skończą, i będę za nimi tęsknić do przyszłego roku.

środa, 29 sierpnia 2018

Nadal odkrywam Polskę

Byłam ostatnio na zachodzie Polski, na południowych krańcach województwa lubuskiego. Szukając noclegu w Lubsku informacja skierowała mnie do Brodów.  To 12 kilometrów od Lubska, jak się okazało. Ale warto było wybrać to miejsce. Bo to miejsce niezwykłe. Na pierwszy rzut oka - mieścinka, ale z jaką historią! Ta miejscowość otrzymała prawa miejskie w XIV wieku (w 1945 te prawa, niestety straciła). nazywała się wtedy Pforten (o powinno mieć kropeczki, czyli Umlaut) i należała do Saksonii. W XVIII wieku przypada rozkwit miasta. Wtedy jego właścicielem został hrabia Henryk von Brühl - minister Augusta II Mocnego i Augusta III (na dworze saskim i polskim). Powstał tu wtedy piękny, okazały pałac z dwiema oficynami i rozległym parkiem, także kościół, zabudowania gospodarcze, stajnie, oranżeria, całe nowe miasteczko. Zamek spalono w roku śmierci hrabiego, w 1763 roku. od tego roku był w ruinie. Potomkowie ministra mieszkali w oficynach zamkowych aż do 1945 roku.


To pałac. Trwają prace renowacyjne. Jak widać  odbudowano już  piękny (i ogromny) dach mansardowy i poddasze, z działającym zegarem. Czy znajda się środki na dalszą odbudowę? Coś się w środku dzieje. Ale koszty są na pewno ogromne.

Obie oficyny: północna i południowa są całe (choć dachom już przydałaby się renowacja).


W południowej oficynie jest hotel, to własnie tu nocowałam, jak hrabina ;)Taka tam panuje nostalgiczna atmosfera, tęsknota za czasem minionym.


Pałacowa restauracja też była w dawnym stylu. A śniadanie było luksusowe, iście pałacowe.

Oficyna północna jest bliźniaczo podobna do południowej, znajduje się tam sala bankietowa i znajdowała się tam kaplica Brühlów (ale czy nadal tam jest - nie wiem).


Brama pałacowa też jest zabytkiem. Zbierało się na burzę, ale przeszła bokiem. Wszyscy czekali na deszcz, bo trawa na dziedzińcu całkiem wyschła, tak dawno tam nie padało.


Kościół Wszystkich Świętych. początkowo ewangelicki, od 45 r. katolicki.
Bardzo dużo zabytków w tak niewielkiej miejscowości gminnej (1100 mieszkańców).
Zachowały sie też zabytkowe stajnie, są w nich i dziś konie, można uprawiać jazdę konną
Gdyby odnowić jeszcze kilka kamieniczek przy wjeździe do pałacu, to byłaby perełka turystyczna, bo zachował się barokowy układ ulic i domy przy tych ulicach. Teraz niestety, tylko parę domków lśni dawnym blaskiem (zawsze coś). 
Jest za pałacem rozległy park w stylu angielskim, z pomnikowymi drzewami, trwają prace także w parku, żeby przywrócić mu dawną urodę.

   
Tu wielki platan w parku. Tak wiało, że zdjęcie wyszło poruszone.

Brody mnie zauroczyły. Nie spodziewałam się takiego spotkania z Historią, w takim odległym od szlaków turystycznych miejscu.

Na drugi dzień byłam w Lubsku. To też miejscowość gminna, miasto w powiecie żarskim. Do roku 1975 Lubsko było miastem powiatowym. Obecnie mieszka tu 14,5 tysiąca mieszkańców.
Miasto historycznie nalezy do Dolnych Łużyc, a pierwsze wzmianki o nim (wtedy pod nazwą Zemsz) pochodzą z XIII wieku. Wtedy też powstał kościół p.w. Nawiedzeni NMP, rozbudowany w XIV - XV ww.

W mieście z tak długą historią zachowało się sporo zabytków. Bardzo lubię miasta z "duszą", z historią.

A tu widać jeszcze renesansowy ratusz, siedzibę władz gminnych. W Końcu i tutaj spadł deszcz. Ale nie trwał długo. Miałam przynajmniej czas na kawę z ciastkiem w niedalekiej cukierni (skusiłam się na napoleonkę i dopiero, jak ją miałam na talerzyku, to dotarło do mnie, że mam mały kłopot: jak tu kulturalnie, publicznie zjeść to ciastko, ale poradziłam i nie jadłam rekami, tylko widelczykiem, wspomagając się łyżeczką).


A to, obok kościoła najstarszy zabytek Lubska, jednocześnie najbardziej charakterystyczna dla miast budowla: Baszta Pachołków Miejskich, gotycka.

 
I jeszcze Zamek, od 60 lat Dom Pomocy Społecznej, pięknie odnowiony, w zadbanym parku.

A w drodze powrotnej do domu musiałam "sprawdzić" jeszcze jedno miejsce.
Chobienice.
Zapewne nic wam ta nazwa nie mówi. Mnie też nie mówiła do niedawna. Zaczęła się pojawiać, gdy chciałam zamówić nocleg w okolicach Zbąszynia (czyli już Wielkopolska). pamiętacie, w lipcu nie mogłam się nachwalić Hotelu&Spa na Pałukach. Ten obiekt w Chobienicach także reklamowano, jako niezwykły Hotel&Spa. Oczywiście za niemałą kasę (więc zrezygnowałam). Ale chciałam sprawdzić, co "straciłam".  Rzeczywiście ośrodek hotelowy jest rozległy. Zbudowano go, wydaje mi się, w miejscu dawnego dziedzińca, podwórza byłego PGR, który utworzono na terenie dawnego folwarku, majątku ziemiańskiego (w pobliżu widziałam zrujnowany dwór). Na budynki hotelowe zaadaptowano byłe budynki gospodarcze, basen i Spa znajdują się w byłej stajni (prawdziwe stajnie także tam są i hotel jest mekką wielbicieli koni).


W takich budynkach mieszczą się pokoje hotelowe, dalej basen i Spa.
Po lewej jest rozległy teren zielony, zaczątek parku.


Z tyłu, ten dworek z szarym dachem, to Rządcówka - restauracja, gdzie wypiliśmy smaczną kawę i gdzie zjadłam pysznego ptysia z kremem orzechowym (w przyzwoitej polskiej cenie).

No, ładnie tam, ale poza basenem i końmi nie ma tam żadnych atrakcji (ani parku, ani lasu, ani jeziora). Co ja bym tam robiła? Sprawdziłam miejsce, zaspokoiłam ciekawość. I wróciłam do domu. Bo tu dużo mam do roboty.

 

piątek, 24 sierpnia 2018

Inny Berlin

Byłam trzy dni w Berlinie. To był nadzwyczaj udany pobyt. Z Poznania pociągiem, to bliżej, szybciej i (tym razem) taniej niż do Warszawy.
W Berlinie miałam metę u rodzinki i dzięki temu mogłam pozwolić sobie na taki spontaniczny wyjazd. A okazją było spotkanie z dawno niewidzianą dobrą znajomą z Odessy (która do Berlina przyjechała w odwiedziny do syna).
Spotkałyśmy się i wspólnie z synem znajomej  oglądałam Berlin, którego do tej pory nie znałam. Pierwszego dnia byliśmy dwa kroki od Alexa (Alexander Platz), w dzielnicy do niedawna zapuszczonej i nieciekawej. Teraz w okolicy Hackescher Markt sa odnowione niesamowite podwórka, otoczone kamienicami z pierwszej połowy XXwieku, pełne kawiarnianych, restauracyjnych stolików, teatrzyków i galerii sztuki, pełne berlińczyków i turystów. To (ponoć) atrakcja turystyczna. "Zaliczyłam" ją, pijąc kawę (z ciastkiem) w jednej z ulicznych kafejek.


Na następny dzień znalazłam się w zupełnie innym miejscu - w szacownej dzielnicy byłego Berlina Zachodniego - w Schoenebergu. Spacerowałam po rozległym parku, który rozpoczynał się przy sławnym Ratuszu tej dzielnicy.

Z tyłu widać wieżę Ratusza.
A ratusz jest sławny z tego powodu, że gościł w swych murach prezydenta Kennedy'ego, który tam, w czerwcu 1963 roku wygłosił słynne słowa: "jestem berlińczykiem".



W ostatnim dniu pobytu chodziłam z siostrzenicą po byłej enerdowskiej dzielnicy, obecnie bardzo modnej i drogiej. To Prenzlauer Berg. czułam się tu bardzo swojsko. Domy podobne, jak w kilku starszych poznańskich dzielnicach, a i mieszkańcy, jak "nasi", sami "biali". Proszę nie posądzać mnie o rasizm, ale tam naprawdę nie było widać różnorodności etnicznej, tak charakterystycznej dla innych części Berlina i dla większości stolic Europy. Tu było pod tym względem zupełnie, jak w Polsce. I te kawiarenki, jedna przy drugiej, ze stolikami na chodnikach, dla mnie, łasucha, cud miód. Nie poprzestałyśmy na kawie i ciastku w jednej z nich. Zjadłyśmy też lody, bardzo oryginalne ("eko") w lokalu australijskim (z resztą wszędzie tam słychać angielski i zdarza się, że obsługa tych kafejek nie rozumie po niemiecku!). Bardzo sympatyczna dzielnica, pełna ulic wysadzanych sporymi drzewami, zielonych skwerów, parków. przyjemna szczególnie w gorący letni dzień.

  
Jeden z większych ulicznych ogródków.


Zachwyciło mnie bogactwo owoców i warzyw na straganie i ich żywe kolory. Ale ceny wręcz przeciwnie.  


Czasem wystarczą dwa stoliki, późnym popołudniem jest tu tłoczno.

Miło spędzony czas, z przyjaciółmi i rodziną. Chciałoby się tak częściej... :) 

sobota, 18 sierpnia 2018

Inna Polska - Podlasie

Wielkopolska, to moje strony. Na Podlasiu byłam z wycieczką objazdowa bardzo dawno temu. Teraz pojechałam tam z Moim i wnukami i miałam okazje odkrywać ten niezwykły region. Wakacje, pełnia sezonu urlopowego, a na Podlasiu, spokój, świeże powietrze i turyści, aktywnie spędzający czas. A atrakcji tu co niemiara dla małych i dużych. Bazę wypadową mieliśmy w malutkiej wiosce nad Bugiem, blisko białoruskiej granicy, jeszcze po prawej stronie Bugu. Robiliśmy wycieczki (cóż, samochodowe) podziwiając okoliczne atrakcje.
Byliśmy na Świętej Górze Grabarce, dokąd jutro będą pielgrzymować prawosławni z całej Polski, niosąc swoje krzyże, z ukośną dodatkową poprzeczką(?), w swoich intencjach, wielu z nich będzie pokonywać wzniesienie po kolanach. Będą piec poświęcone jabłka na świętym ogniu (to ogień z krzyży sprzed lat, które zmógł czas). Piękne miejsce, pełne ciszy, spokoju i zadumy.


To te krzyże, co roku przynoszone przez pielgrzymów, las krzyży!


A to jedna z trzech cerkwi na Grabarce. ta akurat została odrestaurowana dzięki wsparciu finansowemu Lichtensztajnu, Islandii i Norwegii (tak przeczytałam).

Potem pojechaliśmy w cudowne miejsce (dla  mnie, zielarki, szczególnie). To Podlaski Ogród Ziołowy albo Ziołowy Zakątek w Korycinach, (niedaleko wsi Grodzisk). To prywatne przedsięwzięcie, ale na bardzo szeroką skalę. jest tu folwark, czyli wiejskie obejście z kurami (różne rasy), królikami (też niepospolite) w wolierach. kaczki i gęsi chodzą luzem, w zagrodach są owce, kozy, osiołek i kuce. Dzieciom bardzo się podobało. Mnie podobał się przede wszystkim  ogród ziołowy i rozległe rabaty kwiatowe, no i otoczenie. W lesie , integralnej części posiadłości stoją drewniane domy, przeniesione z okolicy, a w nich wystawy z ziołami w roli głównej (zioła lecznicze, zioła trujące, zioła w obrzędach religijnych). Wystawy są na parterze, a na poddaszu są pokoje hotelowe. Jest też specjalny duży budynek hotelowy, z zewnętrznym basenem i ziołowym SPA, a także karczma (a w menu potrawy z ziołami). Jest też Różany Domek, gdzie można wypić wodę różaną, zjeść lody różane i spróbować konfitury z róży (z owoców, które zbiera się z dużej plantacji przed Domkiem). I jest też Spółdzielnia, czyli sklep, w którym można kupić wszystko to, co pozyskuje się w Ziołowym Zakątku i co się tu wytwarza (np. ceramikę, przetwory warzywne i owocowe, miody, mieszanki ziołowe). Nie mogła wyjść z tego sklepu ;)  Cały Ziołowy Zakątek, to magiczne miejsce :)


Kościółek przeniesiony ze wsi Grodzisk, taki mały skansen.


A to dzbanuszek kupiony w Spółdzielni (wraz z miodem mniszkowo- malinowym i syropem z pigwowca). Kwiatki, w stylu Ziołowego Zakątka, z mojego ogrodu :)

Chciałam moim wnukom pokazać puszczę, czyli Białowieski park narodowy. Byliśmy nie tak daleko, wydawało się. Niestety, wyprawa zajęła nam pół dnia. I gdy dotarliśmy do Białowieży okazało się, że wycieczka po puszczy, czyli spacer po rezerwacie ścisłym trwa 4 godziny i tego dnia już nie zdążymy się na nią załapać. Zobaczyliśmy w zastępstwie muzeum Białowieskiego Parku Narodowego, w centrum Białowieży, w parku pałacowym. Widziałam je pierwszy raz. Ładnie zrobione, ale zwiedzanie trochę mi się dłużyło. Pojechaliśmy też do pokazowej zagrody żubrów (tak się jakoś to nazywało). Takie rozleglejsze zoo. Czasem tak rozległe były wybiegi, że przydałaby się lornetka, żeby zobaczyć zwierzęta bliżej. Z bliska widzieliśmy jelenia, żubronie, koniki polskie i dziki. Rysia i żubry tylko z daleka. Był upał, byłam zmęczona, nieco zawiedziona, nie robiłam zdjęć.

Byliśmy też w Janowie Podlaski, na dzień przed słynną międzynarodowa aukcją. Wszystko wysprzątane, piasek zagrabiony, nawet trawniki odkurzone z liści (takie odniosłam wrażenie). Stajnie zabytkowe, owszem (to już 100 lat Stadniny), ale koni, jak na lekarstwo. Przy 'kieracie' biegały na lążach młode konie tuż przy głównej alei. Ale gdy wracaliśmy po 12.00 już ich nie było.
   

Byliśmy też w Mielniku, niegdyś był tu zamek królewski, Aleksander Jagiellończył zachwycił sie tym miejscem. W Mielniku przenikają się kultury polska i białoruska, religie katolicka i prawosławna, ludzie są życzliwi, tolerancja nie jest pustym sloganem, a pieniądze nie są najważniejsze (są jeszcze takie miejsca w Polsce).


XIX-wieczna cerkiew w Mielniku.


A to odkrywkowa kopalnia kredy w Mielniku, jedyna taka w Polsce. To białe, to pokłady kredy, nie woda. Można kopalnię zobaczyć ze specjalnego tarasu widokowego.

Podlasie Nadbużańskie, bo najważniejsza jest rzeka. Malowniczy Bug, który w tym roku można było w niektórych miejscach przejść wbród. A my wybraliśmy się rodzinnie w dwa kajaki na spływ Bugiem, od Niemirowa do Mielnika, tak zwanym Mielnickim Przełomem Bugu. 

Tu dziadek z wnuczkiem, a przed nimi zakręt rzeki (przełom) i kilkunastometrowy stromy brzeg .


A tu Bug w Mielniku.

Jeszcze tylko pokażę wam to, co mnie tam fascynowało : prawosławne krzyże przydrożne prawosławne.


Jeden z takich krzyży w Mielniku.

A w naszym Gajowisku codziennie towarzyszył nam bocian na gnieździe. Rano czy wieczorem zawsze jeden stał w gnieździe, jak na straży. Piękny widok na 
dzień dobry i na dobranoc. 



A na koniec jeszcze przepiękna  cerkiewka, ukryta w lasach, na samej granicy - Koterka (parafia Tokary). Pustka, cisza i lasy wkoło, na końcu (naszego) świata.


Warto odwiedzić Podlasie !