piątek, 2 czerwca 2023

Kilka refleksji i wspomnień z Maroka cz.I

Wróciłam z wycieczki już dwa tygodnie temu. Ale od razu po powrocie wpadłam w wir codziennych spraw i babcinych powinności.

Teraz wrażenia "przetrawiłam" , ułożyły mi się w głowie. Może uda mi się przekazać składnie najciekawsze z nich.

Wycieczka była, można powiedzieć, tematyczna: królewskie miasta Maroka. Objazdówka. Wiedziałam na co się piszę. 8 dni,  7 noclegów, z tego 4 noclegi w  czterech  kolejnych hotelach i na koniec 3 w jednym miejscu, w Marakeszu.

Przybywaliśmy do hotelu na nocleg, obiadokolacja o 19.30 (za późno) i rano po śniadaniu albo w drogę, albo zwiedzanie miasta. 

Przylecieliśmy do Marakeszu, zapewne z tego powodu, że jest tu chyba największy port lotniczy Maroka (nie sprawdzałam). Bo inaczej to nie miałoby sensu. Na drugi dzień po wczesnym śniadaniu pojechaliśmy autokarem do Fezu, pierwszego, najstarszego królewskiego miasta Maroka, liczącego sobie 1200 lat historii, obecnie trzeciego co do wielkości miasta Maroka (po Rabacie i Casablance), z przeszło milionem mieszkańców.

 Do Fezu - drobiazg, "zaledwie" około 600 km, przez góry, ale nieprzesadnie wysokie (jechaliśmy u podnóży Atlasu Wysokiego), niezbyt szerokimi szosami (ale fakt, prawie pustymi). Po drodze pierwszy przystanek , w parku na zboczu wzniesienia , gdzie w wiekach średnich wypłynęło źródło, zbudowano twierdzę, u stóp wzgórza założono miasto( Qasba Tadla). W krainie, gdzie wszystko wysycha, woda, to bogactwo! Woda spływająca z gór, schwycona w betonowe cembrowiny, mimo to uroczy park, przyjemne zielone miejsce na odpoczynek w drodze.


Widok z parku na twierdzę - zamek.


Woda z gór. :)

Po drodze robiłam zdjęcia - pierwsze zetknięcie się z Marokiem "nieturystycznym" (czasem trochę nieostre, zdjęcia ze smartfona).






W drodze do Fezu, już w godzinach popołudniowych, zatrzymaliśmy się w, ponoć, najzimniejszym miejscu Maroka, gdzie jeszcze w marcu można uprawiać sporty zimowe - Ifrane,  "marokańska Szwajcaria", także ze względu na elegancję i wysokie ceny.


Widać marokańską flagę : na czerwonym tle "pusta" pięcioramienna gwiazda.

W Fezie wieczorem poszliśmy na regionalną ceremonię parzenia tradycyjnej marokańskiej herbaty. Odbyła się ona w zbytkowym XVI wiecznym rijadzie czyli domostwie.


Kilkupiętrowe zakryte od góry "patio" - taki salon otoczony pokojami na piętrach.


"Wypoczywalnia" obok salonu.


Mistrz ceremonii w białym płaszczu i fezie na głowie ( z Fezu). A nasz pilot w czapce na głowie podczas posiłku (po angielsku mówi, ale zachowuje się po arabsku, francuski zna, jak chyba każdy Marokańczyk).


Tradycyjna herbata "miętowa", to mieszanka zielonej herbaty (importowanej) i zielonej świeżej mięty, parzonej razem z zieloną herbatą. Może być z cukrem i bez (ja pijam bez cukru, bardzo smaczna).

Na tym talerzu podano nam trzy rodzaje tradycyjnych ciastek. Bardzo smaczne były ciastka migdałowe "uszy gazeli" (od kształtu).

To był  udany wieczór, ciekawe spotkanie, mimo, że  komercyjne ;)

 Na drugi dzień poszliśmy do najstarszej części miasta do mediny Fas al-Bali, wpisanej na listę światowego dziedzictwa  UNESCO.


Widok na zabytkowa medinę z północnej twierdzy obwarowań miejskich.

Ale zanim zagłębiliśmy się w labirynt uliczek, podjechaliśmy pod pałac królewski, rezydencję obecnego króla Maroka Muhammada VI.


Samego pałacu nie mogliśmy zobaczyć. Ale zawieziono nas pod bramę wjazdową (w wysokim murze otaczającym kilka hektarów rezydencji królewskiej)


Ale nawet sama brama, szeroka i rozbudowana zachwycała.





Misterne detale bramy.


Do mediny prowadzi kilka bram (medina znajduje się za murami), mury mają nawet 1000 lat.

Zaprowadzono nas do bardzo zabytkowej farbiarni skór, gdzie farbuje się je metodami średniowiecznymi. Śmierdziało, no niestety. Dostał każdy w rękę gałązkę mięty, żeby złagodzić ten niemiły zapach.

Niewątpliwie to zabytek, ale mnie jakoś nie zachwycił.

Ogólnie wodzili nas po różnych manufakturach i warsztatach rzemieślniczych, licząc, że turyści z grupy coś kupią. Niektórzy rzeczywiście kupowali, jakby w tym celu pojechali na tę wycieczkę.

Więc byliśmy w tej medinie także w manufakturze dywanów, drogich tak, że zęby bolały.


Ale chociaż miejsce było ciekawe.

Zaprowadzono nas też do tradycyjnej zielarni - zioła i olejki na wszystko, a ceny kosmiczne (olejek arganowy 150 ml - 60 Euro);

Byliśmy też w manufakturze tradycyjnej ceramiki.


Taka studzienka - kran witała odwiedzających. Wyroby były piękne, wszystko ręczna robota, same unikaty. Ale wszystko dla szejków, nie dla szaraczków.



Chodziliśmy gęsiego po tych wąskich uliczkach obstawionych towarem, wyrobami rzemieślniczymi, nie zatrzymując się, "żeby sie nie zgubić". Tej "zabytkowości" nie było widać, wszystko obwieszone, zastawione towarem. Klaustrofobii można się nabawić. Wcale mi sie ta medina nie podobała. Nic nie było do oglądania (jeśli chodzi o budynki). Wszędzie koty, małe duże, zadbane i wychudzone, zapach sików i różnych innych niezbyt
 przyjemnych. przyjemnych.  Co Ci ludzie widzą w tych zaułkach?






Czułam się zmęczona tą wędrówką po labiryncie.

Pokazano nam jeszcze południowy bastion obronny starego Fezu.

Tu była piękna zabytkowa medresa (szkoła koraniczna) i meczet. Minarety w Maroku nie są okrągłe, jak we wschodnich krajach arabskich, mają podstawę kwadratu.


Tego samego dnia pojechaliśmy do Meknes, byłej stolicy sułtana Mulaja Ismaila z rodu Almorawidów. Przeczytałam w przewodniku, że to marokański Wersal, z luksusowymi pałacami, tarasowymi założeniami parkowymi i ozdobnymi meczetami. Nic z tego nam nie pokazano. Miasto wpisane jest na listę dziedzictwa UNESCO, ale jego centrum w żaden sposób nie zachwyca. Wręcz przeciwnie.


To centralna ulica Meknes, prowadząca na bazar i do zabytkowej bramy Bab Mansur, najpiękniejszej w murach miejskich (mających 40 km długości, widać je w tle).  Brama niestety w remoncie, zasłonięta płachtą. I miejski bazar także remontowali przed sezonem letnim (zapewne).


Meczetów, ozdobnych, było sporo.  Tu wyjątkowy minaret Wielkiego Meczetu, z ceramicznym,  zielonym licem. Ale czemu te wózki muszą szpecić widok? Takich kontrastów jest w Maroku wiele na każdym kroku. A rozgardiasz, bałagan, śmieci nikomu nie przeszkadzają z miejscowych. To taka "specyfika". Mnie to zniechęcało.


Pokazano nam mauzoleum sułtana Mulaja Ismaila. Perłą rękodzieła XVII wieku.




A gaśnica na ścianie musi być!

Praca dawnych rzemieślników (snycerzy) zachwyca.

Po tym długim dniu nocowaliśmy w hotelu w Meknes (znów taka późna obiadokolacja, obfitość wszystkiego, ale tak niezdrowo objadać się na noc).
A na następny dzień w drodze do Rabatu (130 km) zwiedzaliśmy ruiny rzymskiego miasta Volubilis, opuszczonego przez Rzymian ok. 280 r n.e. (najcenniejszy archeologiczny skarb Maroka, wpisany, a jakże, na listę światowego dziedzictwa UNESCO).


O tym niezwykłym miejscu, o stolicy - Rabacie, o Casablance,  Marakeszu  i nie tylko, napiszę w następnym wpisie.



poniedziałek, 1 maja 2023

Historia, natura i kultura Rudaw - zamki, torfowiska, muzea

 W Erzgebirge (Rudawach) co wioska, to zamek :) Jest ich tutaj mnóstwo. W czasach NRD, jako niesłuszne politycznie, niszczały i nikt o większość z nich nie dbał. Po zjednoczeniu Niemiec zamki zaczęto odbudowywać. Pierwszym w pełni odbudowanym zamkiem był zamek Scharfenstein. W 1994 roku był jak nowy ;)



Jak większość saksońskich zamków zbudowany na wysokiej skale. Do tego zamku trzeba sie było wspiąć pieszo (akurat rozkopano drogę dojazdową).


Warto było. Z bliska zamek był jeszcze ładniejszy.


To brama wjazdowa , z tyłu wieża.

W zamku znajduje sie muzeum zabawek i ozdób bożonarodzeniowych. Rudawy znane są w całych Niemczech z prac snycerskich i zabawek drewnianych. Szczególnie popularne są figurki dziadków do orzechów (przedstawionych jako żołnierze w mundurach z XVIII wieku, w tym roku był to motyw świąteczny w sklepie DUKA). Te figury miewają nawet metr wysokości i kosztują ogromne pieniądze, (ok 100 euro). Do muzeum nie poszliśmy, nie mieliśmy nastroju na ozdoby świąteczne. 

To przykład rzeźbionego świecznika z naszego hotelu.

8 km od zamku Scharfenstein znajduje się urocze miasteczko Wolkenstein , z zamkiem o tej samej nazwie (a właściwie, to miasteczko przyjęło nazwę od zamku). Te zamki powstawały w XIV wieku. Zostały odbudowane w stylu gotyckim, często z elementami renesansowymi (bramy, portale).


Tak z daleka wita podróżnych zamek Wolkenstein, na wysokiej skale (spore powiększenie).

Ale prowadzi do zamku szosa, bardzo kręta i stroma. Na samej górze okazuje się, że obok zamku zbudowano miasteczko i nie jest tam tak stromo i "górzyście".


Tu Ratusz na rynku w Wolkenstein, z "gaikiem", wiosennym drzewkiem na środku. Jak widać pogoda była zmienna, jednak ciągle zimno.


To widok na miasteczko spod bramy zamku.


A to właśnie brama do zamku (w pochmurny dzień). W zamku jest muzeum historii zamku i miasta, także eksponaty etnograficzne z regionu . I "atrakcja" (dla mnie wątpliwa) - izba tortur z narzędziami katowskimi (gdybym zrozumiała, co znaczy "Folter", to bym tam nie poszła).


I jeszcze widok w "przepaść" z murów zamkowych.

Zobaczyliśmy jeszcze ogromny zamek Augustusburg (i miasteczko o tej nazwie). Ten zamek zbudował w latach 1567-1572 elektor August Saski, przodek króla Augusta II Mocnego, króla Polski.


Widok od strony dziedzińca (padało). 


Jedna z bram wjazdowych. Zwiedzenie wszystkich atrakcji zamku (m.in. muzeum motocykli (?) i kaplicy zamkowej z obrazem Lukasa Cranacha (który był nadwornym malarzem Augusta) trwałoby zbyt długo dla nas (bylismy w drodze do domu). Zwiedzilismy tylko wystawę "Elektor z wizją", poświęconą życiu i dziełu elektora "ojca" Augusta Saskiego.
Ogólnie zamek mnie nie zachwycił, taki ciężki, mało "bajkowy", no i pogoda nie dodała mu urody.

Mieszkaliśmy w granicach miasta Marienberg. To miasto z tradycjami górniczymi, szczególnie górnictwa rud metali (także srebra).
W XIX- wiecznym dawnym spichrzu, a czasach NRD -magazynie warzyw i owoców,  odrestaurowanym w 2006 roku , utworzono muzeum Rudaw i tradycji górniczych i bibliotekę. Ciekawe zbiory, piękne przykłady ludowej snycerki (tzw. piramidy - rzeźbione kilkupoziomowe "wieże", z ruchomymi figurkami, stawiane na czas Bożego Narodzenia na powietrzu. Wiatrak na czubku konstrukcji, napędzany przez wiatr, poruszał figurkami na poszczególnych "piętrach" - platformach (platformy obracały sie wzdłuż  głównej osi).


Miasto "górskie" (górnicze) Marienberg zostało założone w połowie XVI wieku przez Księcia Henryka.


Tu widok na renesansowy Ratusz i pomnik księcia Henryka (z 1900 roku).


A tak miasto Marienberg wita przyjezdnych :)

Wspomniałam poprzednio, że mieszkaliśmy w górskim hotelu na Wzgórzu Trzech Braci.
W 1882 roku powstała tam żelazna wieża widokowa księżniczki Marii. Miała 18 m 
wysokości. W czasach NRD znalazła sie na ternie wojskowym. Zaniedbana i przerdzewiała została rozebrana w 1977roku.
W latach 1993/94 zbudowano w tym samym miejscu nowa wieżę, nawiązująca kształtem do tej dawnej. Jest teraz atrakcja turystyczna okolicy. Ma 24,3 m wysokości (wznosi się na bezwzględną wysokość 515 m n.p.m.) i ma 135 stopni.


Wspięłam sie na nią :)
Z wieży roztacza się rozległy widok na zachodnią część Rudaw.


Z pierwszego poziomu zrobiłam zdjęcie hotelu.



Kopalniany wagonik przypomina górnicze tradycje miasta Marienberg, ale także historie hotelu, który w swoich początkach ( poł. XIX w.) był miejscem odpoczynku górników.

Przyroda w końcu kwietnia ledwo budziła sie do życia. Liście na drzewach były przeważnie w fazie pączków. No i trafiliśmy na falę zimna (temperatury poniżej +10 st.). Ale spacery służą zdrowiu, więc robiliśmy spacery po pobliskim lesie (świerkowym). Pojechaliśmy też zobaczyć odradzające się torfowisko.
Przez dziesięciolecia epoki NRD wydobywano torf metoda przemysłową (tzw. kopalnia torfu, po wysuszeniu służył za opał). Po upadku NRD kopalnię zamknięto, a obszar dawnej kopalni stał się rezerwatem. odtworzenie dawnego torfowiska, to proces żmudny i długotrwały. tworzenie sie torfowiska, to kilka tysięcy lat, minimum 200 lat. Obecna ścieżka dydaktyczna przez odradzające się torfowisko pokazuje bagienny las (lasek), który ma zaledwie 34 lata. Moje wnuki i ich dzieci i wnuki będą mogły obejrzeć i docenić w pełni efekty działań obecnych ekologów.


Wszędzie dużo wody.


Widać, jakie te brzózki jeszcze młode.


Drogowskaz. Gdy powiększycie zdjęcie, zobaczycie na tablicy  jagodowego ludzika - to ludzik z występującej tu na bagnach jagody pijanicy (lekko halucynogennej), czyli borówki bagiennej, łochyni.
Jak podczas każdego wyjazdu nie mogło zabraknąć przyjemności łasucha: kawki i miejscowe ciastka :)


W cukierni na Rynku w Marienbergu :)


A takie podwieczorki serwowano nam w hotelu. :)

I na zakończenie jeszcze wspomnienie półdniowego wypadu do Czach. Do Karlowych Warów. Z hotelu mieliśmy do nich nieco ponad 60 km. Żal nie skorzystać z okazji zobaczenia tego kurortu.






A za 10 dni kolejne atrakcje, wyjazd do "ciepłych krajów". Trzymajcie kciuki!